Ekonomia

Czy pomysły socjalistów na kryzys mają sens?

 Zwycięstwo Francoisa Hollande’a, który mówi o sobie, że jest socjalistą wlało krople otuchy w zgłodniałe osłony socjalnej gardła europopulistów, nierobów i urzędników wszelkiej maści – państwo ma dbać o nasze gwarancje socjalne! Taka jest jego podstawowa rola! Emerytury i renty, służba zdrowia i edukacja, to triada socjalna, – za którą opowiada się tzw. lewica jak Europa długa i szeroka. To jest to, czego wszyscy oczekują i potrzebują – żeby państwo zapewniło środki na starość lub w razie niezdolności do pracy, lecznictwo i edukację. Do tego w zamożniejszych krajach dochodzi jeszcze „socjal” rozdawniczy, czyli nic innego jak najzwyklejsze rozdawanie pieniądza w oparciu o współczynniki, których spełnianie uprawnia do pobierania środków z państwowej lub państwowo-samorządowej, – ale zawsze publicznej kasy.

Pakt stabilności zakładał, że wszystkie kraje strefy Euro, w znacznej mierze zredukują deficyt, – co to oznacza? Mniej więcej tyle, że przestaną finansować się długiem na koszt przyszłych okresów (czy też przyszłych pokoleń). Pomysły ekonomiczne pana Hollande`a zakładają co prawda zwiększenie wydatków, ale także i przychodów sfery publicznej poprzez podniesienie podatków. Francuzi zgodzili się płacić więcej w imię dostępu do doskonałego systemu świadczeń socjalnych, jakie gwarantuje im ich państwo. Jednakże, co to znaczy płacić więcej? W przypadku tak bogatego społeczeństwa jak francuskie dopłacenie paru euro do każdego rachunku miesięcznie lub nieco mniejszy odpis podatkowy – to nie jest dramat. Tam nie ma kredytów na styk tj. rata hipotecznego = pensja jednego z małżonków za przeciętne mieszkanie. To zupełnie inny system społeczno-gospodarczy, w którym sektor socjalny jest niesłychanie silny, stanowi istotny element całej sfery ekonomiczno-społecznej – warunkując ogólnocywilizacyjny poziom rozwoju kraju.

Dotychczas nieomal wszystkie europejskie kraje, a także USA, żyły zgodnie z zasadą, że część pieniędzy się pożyczy. Owszem było to możliwe i funkcjonowało bardzo efektywnie, do póki kwota corocznych zobowiązań odsetkowych, jakie musiały ponosić budżety państw z tytułu zaciągniętych pożyczek nie była kwotą dominującą tzn. nie stanowiła pierwszego (najwyższego) wydatku z budżetu. Zadłużenie publiczne wyzwoliło demona obsługi długu! Kwota odsetek dla wielu krajów stała się nie tylko nie do udźwignięcia, ale nagle politycy zaczęli zdawać sobie sprawę, że obsługa długu to także koszt alternatywny, albowiem żeby nie dług można by sfinansować wiele potrzebnych rzeczy. W efekcie dług, jako taki stał się nagle niesłychanie niepopularny od strony politycznej, albowiem utracone korzyści ze względu na pobieranie renty odsetkowej z budżetu dla właścicieli kapitału – stało się koniecznością. Sprytni Grecy, od pewnego momentu zadłużenia – doskonale wiedzieli, że mogą tylko dalej pożyczać, ponieważ w przypadku ich gospodarki czy się ma odsetki od 150 czy 300 mld długu – to i tak nie miało żadnego znaczenia, ponieważ nie byli w stanie regulować swoich zobowiązań. Nagle się okazało, że ich dług stał się problemem „świata” a dokładnie tej jego części zwanej wierzycielami Grecji. Grecy prawdopodobnie chętnie ogłosiliby bankructwo i powiedzieli „nic nam nie możecie zrobić”, jednakże wierzyciele w trosce o swoich kolejnych dłużników powiedzieli – o nie… przynajmniej udawajcie, że spłacacie – starajcie się. Dlaczego? Ponieważ droga bankructwa to przywilej krajów niepodległych, a państwa w Unii Europejskiej, a zwłaszcza w strefie Euro niepodległe nie są – muszą swoje zobowiązania spłacać – aczkolwiek i tak wielu twierdzi, że to jest lepsze niż wojna z wierzycielami. Ale wyobraźmy sobie kolejne państwa UE ogłaszające bankructwo – Portugalia, Hiszpania, Włochy, Belgia, Irlandia, Francja… W ich ratowaniu tzw. paktem wcale nie chodzi o utrzymanie ich przywilejów socjalnych – czy też poziomu życia, ale przynajmniej światełka w tunelu zwrotu zadłużenia. Albowiem to zadłużenie to bogactwo innych – przywileje socjalne innych, opieka zdrowotna innych, edukacja i emerytury, które wyparują w momencie, gdy państwa zadłużone zerwą z fikcją ogłaszając, że nie są w stanie spłacić swoich zobowiązań. I nic im nie będzie można zrobić.

Teoretycznie taki model polegający na upadku finansowym połowy państw europejskich, odwrocie od euro i przejściu do walut narodowych (lub wspólnej waluty śmieciowej) byłby prawdopodobnie najzdrowszym sposobem na uratowanie Europy, jako takiej. Załamałby się niemiecki eksport, drastycznie wzrosła cena „niemieckiego euro”, dla Niemiec oznaczałoby to recesję. To prawdziwy dramat dla kraju, który wyeksportował kapitał wierząc, że państwa pożyczające rozwiną się dzięki niemu do tego stopnia, że będą w stanie finansować swoje zobowiązania i rachunki za niemieckie towary, albo jeszcze lepiej samemu je u siebie produkować –a koncernom z nad Renu odprowadzać należne tantiemy. Ta fikcja pękła jak bańka mydlana. Niemcy mają problem, albowiem bankructwo Europy będzie oznaczać u nich recesję na skalę porównywalną z wielką recesją, która wiadomo „kogo” doprowadziła do władzy wiadomo kiedy.

Jeżeli więc, słuchając nowego francuskiego prezydenta chcielibyśmy pójść drogą luzowania pieniędzy i pompowania sektora publicznego, to nie tylko zbankrutowalibyśmy przed końcem roku, ale zbankrutowalibyśmy w tak totalny sposób, że cofnęlibyśmy się do gospodarki w stanie z lat 1990-1995. Fikcja kreacji pieniądza we współczesnej gospodarce finansowej opiera się na ciągłym pokryciu jego wartości we wzroście efektywności rynku w przyszłych okresach. Dlatego tak ciężko jest uzyskać kredyt, bo nie tylko trzeba mieć dobre zabezpieczenie, ale przede wszystkim także uprawdopodobnić, że biznesplan się powiedzie. Niestety biznesplan socjalistów nie domyka się, opiera się na założeniu, że gospodarka wsparta inwestycjami – ruszy, przynosząc nowe miejsca pracy – nowy wzrost gospodarczy, jeszcze większe dochody z podatków. Nie jest to pozbawione sensu, pod warunkiem, że nie ma ryzyka inflacji, lub jeszcze groźniejszego demona deflacji. A w przypadku pompowania pieniądza z pustego w próżnię – niestety balansujemy na granicy uwolnienia inflacji, a następnie konieczności zdławienia jej – dramatycznymi decyzjami.

Proszę się zastanowić, czy żeby oszczędzić 10 tysięcy złotych – weźmiecie państwo kredyt na 10 tyś zł – spłacany w miesięcznych ratach po około 1300 zł – przez rok, co da sumę spłaty 14600 zł? Czy odłożone z kredytu 10 tyś to faktycznie 10 tyś w świetle kosztów 14600? Może oszczędność jest pozorna, bo za zabawę w próbę oszczędzania zapłaciliście 4600 zł? Niestety tak działa ekonomia sektora publicznego napędzanego długiem.

W Polsce na rozmiar nieszczęścia dokłada się jeszcze to że nie mamy Euro – a pewna w razie zmiany polityki finansowej – deprecjacja złotego spowoduje, że zadłużenie denominowane w twardej walucie wzrośnie automatycznie! I to znacząco, co ciekawe – nawet bez zaciągania jakichkolwiek nowych zobowiązań! Wówczas koszt obsługi długu będzie rosnąć. Nie da się oszczędzać pożyczając. Jednakże zupełnym szaleństwem jest wydawanie pożyczanych pieniędzy (tych 10 tyś) i równoległe spłacanie kredytów, wówczas pozostajemy tylko z kredytem, Francuzi przynajmniej mają croissanty… i Moulin Rouge… Francja zawsze pozostanie wielka…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.