Czy polskie „Quantitative easing” mogłoby posłużyć na zbrojenia?

Nie mamy pieniędzy, mamy duży jak na nasze możliwości dług, zapożyczamy się, żeby pokryć koszty bieżącego funkcjonowania i transferów społecznych. Bezpieczeństwo naszego kraju opiera się przede wszystkim na własnych zdolnościach obronnych, które są funkcją wydolności ekonomicznej państwa. Nasza armia jest mała, niedoinwestowana i wyposażona w sprzęt nazwijmy to – nie pierwszej młodości. Zakup znacznej ilości nowoczesnego sprzętu, jego przyjęcie na uzbrojenie i eksploatacja to olbrzymie pieniądze, których nie mamy i mieć nie będziemy, albowiem bez realnego zagrożenia zewnętrznego – namacalnie pokazywanego w telewizji – zawsze będą pilniejsze wydatki.

W razie pojawienia się konieczności nagłego dozbrojenia naszej armii w sprzęt wojskowy, rząd nie ma innych możliwości na znalezienie pieniądza niż: pożyczyć, dodatkowo opodatkować społeczeństwo, albo wydrukować puste złotówki, czy też, jak kto woli z amerykańska zastosować operację kontrolowanego luzowania ilościowego “Quantitative easing” w stosunku do złotówki. Na samym początku rozważań, trzeba stwierdzić, że byłoby to nie do końca legalne, albowiem wymagałoby złamania kilku istotnych przepisów prawnych, z odebraniem niezależności bankowi centralnemu na czele, no, ale czego nie robi się dla obronności – Sejm, może wszystko przyjąć i uchwalić. Przynajmniej w teorii, a w rzeczywistości – niestety nie może bez konsekwencji, tak jak to robi władza np. w USA. W stosunkowo krótkim wywodzie, udowodnimy, że nie jesteśmy już krajem, który może bez konsekwencji zdecydować się na ścieżkę inflacyjną celem finansowania własnych zbrojeń. W istocie nie jest to możliwe nawet po cichu, a nasze państwo nie jest już suwerenne, albowiem podlega regulacjom ochrony obcej własności znajdującej się na jego terenie, czy też ono się znajduje na terenie cudzej własności.

Posiadamy własną walutę, której ilość w obiegu reguluje Narodowy Bank Polski, którego najważniejszym celem jest ograniczanie inflacji – czyli takie regulowanie ilości pieniądza, żeby jego ilość w obiegu jak najbardziej zbliżała się do masy towarów i usług wyprodukowanych w gospodarce. Szczegóły rozważań o ilości pieniądza M3 możemy sobie darować, wiedza na ten temat jest powszechnie dostępna – nas interesuje strona podażowa, czyli zwiększanie masy tego pieniądza w obiegu poprzez sztuczne luzowanie ilościowe np. w formie spłat rat obligacji złotówkowych nie pieniędzmi z budżetu państwa lub kolejnych pożyczek, ale właśnie poprzez luzowanie ilościowe – czyli w praktyce stosowne działania na kontach należności NBP – zwiększające ilość pieniądza w obiegu o każdorazową kwotę należnych obligacji skarbu państwa.

Teoretycznie nie ma w tym nic złego, skoro robią to z powodzeniem nasi wielcy sojusznicy Amerykanie – głównie w celu finansowania swojej olbrzymiej armii, myślą o tym Europejczycy ze strefy Euro i wkraczają na tą ścieżkę Japończycy. My nie zrobilibyśmy niczego innego, jak właśnie skopiowali ich rozwiązania – polegające na psuciu pieniądza, poprzez sztuczne wpompowywanie jego dodatkowej ilości do obrotu. Przy czym, w naszym przypadku byłby to pieniądz oferowany tylko i wyłącznie na wykup zobowiązań skarbu państwa i być może samorządów. Posiadacz obligacji wiedziałby, że zawsze dostanie za nie złotówki, jednakże w ujęciu generalnym – uwzględniając inflację, dostanie tych złotówek mniej, albowiem z każdą wypłatą stosunek ilości pieniądza w obrocie względem ilości dostępnych dóbr materialnych ulegałby zmianie. Oznaczałoby to stosunkowo niewidoczną inflację, której najbardziej jaskrawym efektem byłaby ucieczka od złotówki wszystkich inwestorów finansowych, którzy posiadają waluty wymienialne. Złoty stale traciłby na wartości, wraz z kolejną transzą wykupu obligacji o określoną przez reakcję rynku stopę postąpienia. Prawdopodobnie w ciągu 2-3 lat płacilibyśmy za euro czy też litr paliwa kilkanaście złotych, a nie kilka jak obecnie. Jeżeli przy tym udałoby się zamienić większość zadłużenia z obcego na złote, to poprzez wprowadzenie na rynek korzystnych papierów wartościowych – kolejnych obligacji, można by było uniknąć, a przynajmniej znacząco kontrolować ryzyko pojawienia się niekontrolowanej kilkunastoprocentowej inflacji – stale trzymając ją poniżej progu 9%. To byłoby możliwe do utrzymania, pod warunkiem jak wskazano – ograniczenia zadłużenia zagranicznego nieomalże do zera i zapewnienia stałości i przewidywalności nowego sposobu finansowania potrzeb państwa. Innymi słowy, rynek musiałby się na to przygotować, że tak teraz będzie funkcjonowała złotówka. Bronilibyśmy dalej wartości waluty, ale funkcjonowalibyśmy w warunkach kontrolowanej inflacji na poziomie lekko nas zaskakującym, większym niż psychiczna granica 3-5% a niższym niż nieakceptowalne przekroczenie 10%, czyli przy progu alarmowym, 9% jako maksymalnie akceptowanym, przy którym trzeba byłoby zaniechać dalszego luzowania ilościowego (drukowania pieniądza).

Poza spadkiem wartości złotego względem innych walut, oczywistym byłoby jawne okradanie społeczeństwa, albowiem jego siła nabywcza niepokojąco by malała i nasilałaby się presja wzrostu wynagrodzeń. To oczywiste, ale nasze społeczeństwo jest do okradania go przez państwo (i inne sąsiednie) przyzwyczajone i w zasadzie nie ma nic przeciwko temu, zwłaszcza, gdy kradzież jest zorganizowana, zalegalizowana i stanowi jak powiedział nasz pan premier “legalne oszustwo”. W istocie byłaby to taka duża piramida, o której wiedzielibyśmy, że się kiedyś wywróci, ale w międzyczasie nieco łatwiej byłoby znaleźć w Polsce pracę, utrzymać dzieci i być może spowodowałoby to po jakimś czasie wypracowanie rezerw demograficznych umożliwiających przezwyciężenie samo zaciskającej się spirali inflacyjnej. Poza tym, od czego są denominacje? To znane manewry gospodarcze, aplikowane, co jakiś czas naszemu wynędzniałemu i nieposiadającemu elementarnej wiedzy ekonomicznej społeczeństwu – skoro zrobiliśmy to już raz na początku transformacji, dlaczego mielibyśmy z tych dobrodziejstw nie skorzystać ponownie? Przecież wszystko mogą uzasadnić nasi magicy od społecznego przekazu – lansując hasło “denominacja jest fajna”, “zdenominuj babci portfel” itd. Oczywiście wszystko, co jest napisane w tym akapicie to jawne szaleństwo, ale autor do końca nie zwariował – tylko “bawi się” w proroka, albowiem to i tak nas czeka – tylko w wersji przyspieszonej, jak nie zdobędziemy się na reformy – bo rząd skądś pieniądze musi mieć. Jeżeli nas nie złupi – po prostu poluzuje ilościowo – czyli dodrukuje i po sprawie, a narodzie zdychaj sobie z głodu! Autor jedynie apeluje, żebyśmy to, co nieuchronne zrobili z głową, w sposób kontrolowany i mieli z tego dodatkowe korzyści.  Jest oczywistym, że ten ciąg założeń skazuje pomysł na pełną utopię, ale warto spróbować.

Otóż w naszym wydaniu, dodatkową korzyścią z rolowania zadłużenia poprzez kontrolowaną inflację – czyli de facto – przesuwanie problemu spłaty długów w przyszłość, czy też jawnego robienia “tata wariata” ze społeczeństwa urządzając mu w razie potrzeby ukoronowanie zbiorowej i zalegalizowanej grabieży pod hasłem denominacji – byłaby zdolność rządu do wyasygnowania znacznych sum na zbrojenia. Jeżeli wydatki na uzbrojenie i ogólnie na wojsko, obronność, byłyby konsumowane w 100% w kraju, to znaczy, że kupowano by tylko i wyłącznie za inflacyjne pieniądze – uzbrojenie wyprodukowane w kraju, przez “krajowe podmioty” i “krajowych pracowników” z krajowych surowców i z użyciem krajowej myśli technologicznej – to moglibyśmy kupić bardzo duże ilości niezwykle potrzebnej w trudnych czasach broni. Umiejętnie lawirując obiegiem pieniądza – pomiędzy kolejnym luzowaniem, częściowym spłacaniem z budżetu (z podatków) a emitowaniem kolejnych obligacji – można by wypracować nadwyżkę operacyjną, która akumulowałaby się w uzbrojeniu. Jest to stosunkowo bezpieczne w średnich okresach czasu, albowiem produkcja np. czołgów, amunicji i karabinów generalnie nie zwiększa przyrostu dóbr na rynku, gdyż nie podlegają one obrotowi rynkowemu, wręcz przeciwnie – akumulują w sobie nadwyżki w gospodarce, uwalniając pieniądz w ramach zwykłych procesów w gospodarce – zasilając podmioty produkujące broń. Do póki ci wzbogacający się na produkcji broni w sposób kontrolowany wydają zgromadzone nadwyżki, to nie ma dramatu inflacyjnego. Czego najlepszym przykładem były Niemcy w latach 1933-1945, to tam sprawdzono ten model w praktyce – w 100% z wyjątkiem sprowadzania surowców ze Szwecji – produkowano tam broń z własnych zasobów, za marki pochodzące z obligacji inflacyjnych i rabowania podbitych krajów. Moglibyśmy powtórzyć ten model, ale w sposób kontrolowany – znacząco przyczyniając się do wypełnienia arsenałów wszystkim, co strzela, jeździ, pływa i lata a może nam pomóc w obronności.

Żeby uniknąć pełnego upadku, jak również “upojenia inflacyjnego”, kiedyś temu sposobowi finansowania zbrojeń trzeba by powiedzieć stop. W tym znaczeniu, że rzeczywiście potrzebna byłaby kolejna terapia szokowa, denominacja, a może nawet unieważnienie jakiejś części oszczędności (i należności), może nawet przyjęcie nowej waluty – najlepiej Euro. Być może w ten sposób udałoby się nam znacząco zmniejszyć zadłużenie, nabyć znaczny arsenał a do tego wszystkiego wyjść z twarzą z Euro. Oczywiście nasze pensje i emerytury wyrażone po denominacji i przewalutowaniu, byłyby o wiele niższe niż mogłyby być bez stosowania tak opisanej alchemii finansowej, ale to może i dobrze, albowiem mielibyśmy mniej pokus, będąc przy tym bardziej konkurencyjni.

Nasz dramat polega na tym, że w przypadku przegrania wojny możemy stracić niepodległość lub część terytorium – przy czym po nawet najmniejszym przegranym konflikcie załamie się nasza gospodarka (nikt z zagranicy nam nie pożyczy bez decyzji politycznej), więc warto czasami zaryzykować i pomyśleć niekonwencjonalnie, żeby móc rozgrywać – nawet kartami marnej, jakości, a nie być rozgrywanym w atłasowych rękawiczkach naszych tzw. sojuszników i gumowych rękawicach naszych wrogów.  Poza tym, naprawdę warto jest być uzbrojonym po zęby, nawet jakbyśmy mieli wszystko po jakimś czasie złomować – to zawsze należy rozpatrywać w kategoriach korzyści alternatywnych i strat alternatywnych. A niezależność, wolność i niepodległość są najważniejsze.

One thought on “Czy polskie „Quantitative easing” mogłoby posłużyć na zbrojenia?

  • 21 września 2012 o 18:49
    Permalink

    Czego chce Pan bronić panie krakauer?
    Huty Mittala, Brown-Boverii (d. elblaski ZAMECH), sieci supermarketów Tesco czy banków, które w 70% są zagraniczne?
    Jakakolwiek obrona ma sens wówczas, gdy wspólnota Narodu Polskiego ma coś wspólnego.
    Może Amber Gold wraz z gdańską sitwą prawniczą zasługuje na obronę?
    Do tego przed kim?
    Każdy potencjalny przeciwnik nie atakowałby naszego kraju, bo Państwo Polskie zanika powoli o obszarach coraz to ujawnianego absurdu.
    Po co atakować strukturę, skoro i tak sama upadnie.
    A istotne jej elementy i tak są pod kontrolą zagranicznych, globalnych mocodawców oraz agencji ratingowych.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.