Ekonomia

Czy polska gospodarka jest już na ścieżce wzrostu?

 Ożywienie gospodarcze w świetle danych GUS – „Wstępny szacunek produktu krajowego brutto w III kwartale 2013 r.” – dostępny [tutaj] staje się faktem, czytamy tam m.in.: „W III kwartale 2013 r. PKB wyrównany sezonowo (w cenach stałych przy roku odniesienia 2005) wzrósł realnie o 0,6% w porównaniu z poprzednim kwartałem i był wyższy niż przed rokiem o 1,7%. PKB niewyrównany sezonowo (w cenach stałych średniorocznych roku poprzedniego) wzrósł realnie o 1,9% w porównaniu z III kwartałem 2012 r. W okresie trzech kwartałów PKB był realnie wyższy o 1,1% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.” Przyspieszenie kwartalnego wzrostu PKB stało się faktem, ożywienie gospodarcze nabiera tempa, to koniec kryzysu, może jeszcze nie możemy mówić o odbiciu się gospodarki, jednakże święta na pewno zrobią swoje dla gospodarki.

Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że być może nasza gospodarka nie jest jeszcze na ścieżce wzrostu, ale na nią wchodzi i chce się na niej znaleźć przy pierwszej lepszej okazji, którą niestety może stworzyć tylko i wyłącznie wzrost popytu wewnętrznego. Zarówno inwestycyjnego jak i – tak cenionego – konsumpcyjnego! Bez tego żaden eksport szału nam nie zrobi, ponieważ eksportujemy co prawda na potęgę, jednakże często główną składową gospodarki narodowej wkładaną do tego eksportu jest tani wkład pracy w produkt. Wszystko inne jest pochłaniane przez koszty obce. Nie można się tutaj oszukiwać, podobnie jak PKB nie urośnie na eksporcie zbyt wiele, tak też i nie zarobi budżet, ponieważ nie ma tam ukochanego podatku burżuazyjnych włodarzy państwa, czyli VAT-u. No a co to za sprzedaż bez VAT-u?

Jednakże z pobudzeniem popytu krajowego jest problem. Problem ten ma swoje korzenie wśród głównych korzeni wszelkiego zła w Polsce powstał mniej więcej w tym właśnie okresie, kiedy rozpoczęła się transformacja. „Popiwek” – walka z „demonem inflacji” kosztem zwykłych zjadaczy chleba zrobiła swoje, ceny pracy jako składowe systemu kosztów są w głębokim niepowarzaniu pracodawców. Nie ma systemu instytucjonalnego racjonalizującego zarobki, w taki sposób żeby dialog w Komisji Trójstronnej dotyczył tego zagadnienia. Co jest oczywiście bardziej w interesie przedsiębiorców niż pracowników, związkowcy mogą strugać przysłowiowego „nierozumiejącego”, ale ludzi nie interesują wzajemne fobie panów związkowców, polityków i biznesmenów – chcą kasy. Jeszcze się boją porozumieć i wyjść na ulicę, tak jak np. Francuzi, czy Włosi, ale kiedyś to nastąpi. Fasady powołane do społecznej kontroli spełniają swoja funkcję.

I wszystko jest fajnie, przedsiębiorcy mają niższe koszty, wielkie korporacje nieco tańsze wyroby finalne, czy też części montowane w Polsce, mniejsze koszty to dla nich wyższe zyski, tylko, że jest problem otóż nie ma kto kupować w gospodarce, ponieważ konsumenci indywidualni najczęściej nie mają pieniędzy, ewentualnie mają ich bardzo mało. W warstwie zagregowanej oznacza to mniej więcej tyle, że nie ma popytu, nie idą sygnały po łańcuchach logistycznych – system ulega zakłóceniu. W wielu przypadkach, co było widać po kawiarniach, klubach, kwiaciarniach – nastąpiło zwijanie się infrastruktury rynkowej, albowiem nie było chętnych na pokrycie kosztów jej działalności inkorporowanego w cenach ich usług i wyrobów.

Efektem jest właśnie spowolnienie gospodarcze, a teraz będzie nim ślimaczenie się tempa wzrostu gospodarczego. Za co oczywiście zapłacimy wszyscy mniejszym standardem usług publicznych, większym zadłużeniem – no bo jednak nieprodukcyjną część społeczeństwa trzeba utrzymywać „z czegoś” a w ostatecznym rozrachunku przecież budżet dołoży, a my to będziemy spłacać przez kolejne kilkadziesiąt lat.

Nie ma nic złego w finansowaniu wzrostu PKB długiem, najlepiej jednak jak ten dług pochodzi z krajowych oszczędności, a nie z krótko- lub średnioterminowego kapitału para spekulacyjnego, bazującego na znajomościach, układach i nazwijmy to najdelikatniej – słusznie już minionej obsadzie personalnej.

Z pewnością wzrost nawet niewielki pomoże nam ogólnie, już sama świadomość „prosperity” może wywołać efekt skali w postaci dobrych nastrojów i pozytywnych – pro rynkowych zachowań uczestników rynku. W efekcie rzeczywiście może się poprawić sytuacja budżetowa, która najdelikatniej mówiąc jest opłakana. Trzeba pamiętać, że załamanie się takiego systemu jak nasz oznacza wariant argentyński do sześcianu, po którym wspomnienie o stanie wojennym zniknie z kart historii, albowiem będzie nowy „etos”, chociaż tym razem może już bez styropianu.

Równolegle co ciekawe rośnie inflacja w strefie Euro! Czyżby to był efekt wyprzedzający luzowania ilościowego?

One Comment

  1. Bardzo dobry artykuł. Władza i biznesmeni dbają tylko o własne interesy chwaląc się ile to zarobili na czysto w danym roku kalendarzowym i odkładają pieniądze na konta lub wydają je poza granicami kraju, a podrzędni pracownicy zarabiają najniższą krajową i nie mają na podstawowe produkty. To im należy podnieść płace a oni już rozruszają gospodarkę swoją siłą popytu, bo ciągle cierpią na ogromny niedosyt towarów. W jakim państwie poza Polską, pracownik budżetówki ma dopłatę do najniższej krajowej? Nie dostaje premii, nagród a także wypracowanego stażu pracy bo tym się pokrywa ową dopłatę. Najbiedniejsi są zawsze oszukiwani!. Dyrektorzy placówek nie dają nagród pracownikom tylko sponsorują samorządy, bo to oni z tych pieniędzy pokrywają swoje dopłaty do najniższej pensji. To przede wszystkim jest niekonstytucyjne, bo wszyscy inni pracownicy dostają swoje premie w całości, swoją wysługę i nagrody. Poza tym przecież nikt na tym nie traci: producenci włożą to w koszty, podniosą cenę towaru, zatem i vat, ponadto połowa płacy idzie na podatki wszelkiego rodzaju, akcyzy, i wraca do budżetu. Kiedy nareszcie władza zrozumie, że żeby rozkręcić gospodarkę należy dać zarobić tym najmniej zarabiającym. Oni nie odłożą to na konto bo ciągle brakuje im do życia! ( 1 180 zł. netto,
    na miesiąc, to nawet nie jest 300 eu. !ięcej diety ma europoseł na dzień!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.