Czy nie popełniamy strategicznego błędu z wydatkami na zbrojenia?

Nasz rząd ma poważne zamiary zbrojeniowe, przez szereg najbliższych lat chce wydawać po kilka miliardów rocznie, razem jest mowa o kwocie około 100 miliardów złotych w całej planowanej perspektywie. Te pieniądze mają służyć uzupełnieniu dziur technologicznych w uzbrojeniu, nadrobieniu dystansu w zakresie sprzętu nowoczesnego w takich dziedzinach jak np. obrona powietrzna i przeciwrakietowa i inne. Pomyślano o kompleksowym zabezpieczeniu potrzeb armii, od Wojsk Lądowych – po Marynarkę Wojenną. Kupimy cały szereg różnych systemów uzbrojenia, od uzbrojenia pojedynczego żołnierza po okręty podwodne.

Część środowisk związanych z produkcją, sprzedażą i generalnie lobbingiem na rzecz uzbrojenia produkcji krajowej – podniosło słusznie alarm pod hasłem, marnowania szansy dla rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego. Te głosy z pewnością są potrzebne i dobrze się dzieje, że krajowi producenci umieją skutecznie lobbować za produkcją wojskową w Polsce, jednakże nie można się zgodzić na upośledzenie wojska, kupowanie złomu lub niepotrzebnego uzbrojenia, tylko dlatego, żeby utrzymać producentów – obecnie najczęściej prywatnych. Niestety żadnego z typów uzbrojenia, jakie potrzebujemy nie potrafimy samodzielnie w kraju wyprodukować i import, zakup licencji – współpraca z partnerami zza granicy to konieczność. Trzeba pamiętać, że w razie konfliktu zbrojnego w granicach kraju – nie mamy co liczyć na własny przemysł obronny, a jedynie na to co mamy w magazynach, po prostu dynamika współczesnych konfliktów zbrojnych jest taka, że nie mamy szans znacząco uzupełnić straty, czy też wzmocnić swój potencjał w oparciu o własny przemysł. To nie jest możliwe, a szkoda.

Nie mamy też szans na jakieś nadzwyczajne sukcesy eksportowe, chyba że jako podwykonawcy zagranicznych koncernów. Trzeba się z tym pogodzić, ponieważ nie mamy pieniędzy na prace badawczo-wdrożeniowe, dlatego opłaca się współdziałać w ramach struktur europejskich koncernów ponadnarodowych. Jeżeli to się uda, to będzie bardzo dobrze, w tym znaczeniu żeby robić to w czym naprawdę jesteśmy dobrzy, dodatkowo produkować to co każdy kraj musi robić samodzielnie a cała reszta to współpraca i import. Nie mamy alternatywy – czasy autarkicznego produkowania czołgów mamy za sobą – niestety.

Realia są natomiast dzisiaj takie, że sporo sprzętu i jednostek wojskowych, a nawet większość jednego z rodzaju wojsk jako jedyne uzasadnienie ma etaty dla kadry. Tylko dlatego utrzymuje się w wojsku nadal pewne samoloty i okręty, żeby panowie oficerowie mieli swoje etaty. Jest to oficjalne uzasadniane potrzebami szkoleniowymi – zapewnieniem ich ciągłości, ale litości! Naprawdę pływanie okrętem, którego komputery mają czytniki kart perforowanych to lekko mówiąc śmiech i strach, albowiem w razie rzeczywistego konfliktu, okręt który może używać głównie działa i to postawionego na śródokręciu – to pływająca trumna. Po co nam więc broń, z która będzie więcej problemu niż pożytku?

Niestety chyba podobnie myśli się o zakupach uzbrojenia, niestety można przypuszczać, że tutaj nadal myśli się kategoriami minionych konfliktów oraz wieloletnich przyzwyczajeń – jako uzasadnienia stanów etatowych w jednostkach. To niesłychanie bolesne, ale niestety prawdziwe. Po prostu znaczna część sprzętu jaki kupimy, w naszych realiach jedynie zastąpi dotychczasowy złom, nie będzie progresji ilościowej, jedynie jakościowa i to pod warunkiem dokonania dobrego wyboru. Natomiast prawdopodobnie kupimy najmniej nowoczesnych technologii, którymi można nie tylko zaskoczyć przeciwnika, ale dzięki kupionej za ciężkie pieniądze przewadze technologicznej zagwarantować sobie przewagę nad nieprzyjacielem.

Generałowie zawsze myślą kategoriami minionych konfliktów. Tego się nie da wyleczyć, nie można nic z tym zrobić, w tym znaczeniu, że cała nauka wojskowości jest uwarunkowana retrospektywnie, a jej głównym uzasadnieniem są rzeczywiste sukcesy na danym Teatrze Działań Wojennych, w realiach opisywanych znanymi kanonami. Można się śmiać, ale na niektórych poligonach gdzie służą artylerzyści – nastawy armat i broni rakietowej nie zmieniają się od lat powojennych, kiedy to weszły do uzbrojenia podstawowe typy artylerii. Pododdziały przyjeżdżają, ustawiają się, pociski, ładunki i z głowy – wiadomo gdzie złom spadnie – za lasem na pole. Jednakże czy myśląc w ten sposób możemy wygrać, albo przynajmniej nie przegrać kolejnej wojny?

W świetle dostępnych opracowań, za 10 lat – na jednego żołnierza armii zachodniej będzie dostępny jeden robot. To znaczy, robotyzacja armii jest czymś tak oczywistym, że nie tylko nie da się jej przeciwstawić, ale po prostu trzeba się przygotować do zwalczania obcych robotów, albowiem można mieć absolutną pewność, że będzie się ich celem.

Dodatkowo informatyzacja i walka informatyczna, to jest pieśń przyszłości, która będzie decydować o tym, czy walka w ogóle się odbędzie. Nie da się bowiem dzisiaj prowadzić walki bez komputerów, to już nie jest możliwe. Elektronika jest wszędzie, w tym przede wszystkim w systemach zwiadu i zarządzania polem walki. Od tego się nie odejdzie, zwłaszcza w nowoczesnych armiach typu zachodniego, które opierają swoją przewagę na technologii.

Powyższe musi być dla nas zagadnieniami do rozważenia, albowiem kupowanie skorup ma sens tylko wtedy, jeżeli można dzięki nim nawiązać walkę z przeciwnikiem. W naszym przypadku zachodzi niebezpieczeństwo, że możemy nie mieć czy zwalczać robotów bojowych nieprzyjaciela. Jest tutaj oczywiste, że walka człowiek-robot, to będzie niczym walka przy pomocy narzędzi kamiennych z uzbrojeniem ze stali lub jeszcze gorzej.

Czas pokaże, czy mieliśmy słuszność, jednakże musimy mieć świadomość, że nie stać nas na błędy strategiczne. Stare typy uzbrojenia, mogą być tak przydatne w konflikcie przyszłości jak kawaleria we wrześniu 1939r., właśnie ten przykład i przykład marynarki, którą wysłaliśmy sami za granicę, żeby jej nie stracić – czyli, nie użyliśmy jej bojowo do walki z przeciwnikiem, czym udowodniliśmy sobie sami absolutną nieprzydatność ówczesnej floty do konfliktu z Niemcami – powinny służyć nam za przestrogę.

Przykładowo – jak chorym umysłowo trzeba być planistą, żeby planując wydać ponad 100 mld złotych na uzbrojenie nie zaplanować prac badawczo-rozwojowych tam, gdzie uzyskanie nowego i groźnego typu uzbrojenia – jest możliwe dzięki integracji dostępnych urządzeń cywilnych! Przykładowo bez najmniejszego problemu moglibyśmy sami opracować pociski balistyczne najpierw krótkiego potem średniego zasięgu oraz pociski manewrujące dalekiego zasięgu – to nie jest żadna filozofia, wystarczy trochę plastiku, silnik, żyroskop, komputer i oprogramowanie wykorzystujące dostępne instrumentarium cywilne i wojskowe (mapy, GPS, radionawigację itd.) oraz fundusze na niepowodzenia i próby. Niestety nie, nie ma na to szans – takie myślenie przekracza schematy pojęciowe naszych planistów. W ogóle szkoda słów! Coś co w USA, ludzie budują w garażach, my musimy kupować, oczywiście pod warunkiem, że ktoś to nam sprzeda i to w takim stanie, że będzie działać zawsze a nie tylko wtedy, gdy w określonym momencie – wpiszemy określony kod – dostarczony przez sojuszniczego producenta.

Rosyjskie tłumaczenie tekstu [tutaj]

Jedna myśl na temat “Czy nie popełniamy strategicznego błędu z wydatkami na zbrojenia?

  • 4 stycznia 2014 o 11:57
    Permalink

    Wydatki na zbrojenia są w Polsce niepotrzebne, bo napędzają głównie zagranicznych dostawców czy licencjodawców.
    Gdybyśmy przez 5-10 lat zmniejszali wydatki na wojsko z 1,95 % PKB do 0,4%, a potem je podnieśli do 0,8 % – bylibyśmy bogatsi.
    Przykładem Niemcy i Japonia, które po przegranej II Wojnie Światowej, przez około 10 lat nie wydawały na obronę narodową, a Japonia do dziś nie ma Wojska, tylko Siły Samoobrony …
    Jak zaczniemy “olewać” nasze wydumane potrzeby obronne, to Sojusznicy poważnie zastanowią się nad sensem obrony naszego terytorium – albo i nie, co teraz ma miejsce.
    Tak się umówili z Rosjanami, że u nas ma być NYBYLANDIA …
    Więc nie ma sensu się wysilać na coś, co i tak nie zapewni nam obrony.
    Obronę przed jakimkolwiek napadem z którejkolwiek strony zapewniliby by nam Talibowie, którzy jak Tatarzy w I-szej RP bronili nas od Wschodu!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.