Polityka

Czy nasze kawiorowe elity są w stanie otrząsnąć się ze snu?

 Obserwując „aferę Obamową”, oraz dąsy prezesa pewnej partii związane z zaproszeniem go przez Prezydenta państwa – szczerze wątpię, czy nasze kawiorowe elity są w stanie samodzielnie otrząsnąć się ze snu. Chocholi taniec trwa, samozadowolenie wynikające z dostępu do żłobu przypomina pochrząkiwania orwellowskich świń, jak się jest na górze życie jest fajne. Kasa za darmo, odprawy, karuzele stanowisk, nic do roboty, jedynie zasiadanie, ewentualnie jakieś rady, gabinety polityczne, limuzyny, no z samolotem rządowym się nie udało, ale za to można wynajmować. Naprawdę naszej elicie powodzi się świetnie, a z dochodami na poziomie kilkunastu tys. zł miesięcznie Polska to wspaniały kraj, a Warszawa nie jest jakoś szczególnie droga. Zwłaszcza, że pieniążki wpadają za dosłownie nic, z klucza – po prostu z przydziału.

Jeżeli ktoś myśli, że nasi politycy na stanowiskach urzędniczych się przepracowują to jest w błędzie, ach te obiadki donoszone przez sekretariaty, jeżeli pan „X”, wyjątkowo nie stołuje się w restauracji. Inni nie mają gorzej, stosunkowo najbardziej poszkodowani są parlamentarzyści, goła pensja, dieta, biuro, ryczałt jeden, ryczałt drugi – cieniutko, na co zresztą swego czasu skarżył się pewien parlamentarzysta Prawa i Sprawiedliwości z Podhala… dosłownie na waciki kilkanaście tysięcy! Realnymi zwycięzcami są natomiast nasi politycy lub polityczni menadżerowie na stanowiskach biznesowych. Liczne spółki Skarbu Państwa, rady nadzorcze, zarządy, a także firmy eksperckie przygotowujące dla nich różne opinie, w których pracują żony, siostry, kochanki, itp. lub jeszcze ciekawsze rozwiązania. A to wszystko przy minimalnej odpowiedzialności, przecież decyduje się o środkach publicznych a nie swoich.

Abstrahując od kwestii ile i czego kto ma i w zamian, za co warto się zastanowić nad samym mechanizmem politycznym, który umożliwia usankcjonowany dobór władz i rządy obecnej elity. Należy mieć świadomość, że to nie politycy sami decydują o tym, co się dzieje z tym krajem. Można postawić hipotezę, że politycy nie są najważniejszymi i kluczowymi decydentami chyba, że za jakąś przełomową sprawą mają poparcie dominującej części opinii publicznej – wówczas rzeczywiście decydują i rządzą. Rzeczywistymi decydentami, czyli osobami podejmującymi strategiczne decyzje są ci, którzy kreują rzeczywistość. Dotyczy to głównie tzw. rynków, a ściślej osób decydujących o międzynarodowych przepływach kapitału i dużych inwestycjach. Nie ma w tych kręgach Polaków, co więcej nikt się z nimi nawet nie konsultuje. Osoby, które decydują o liczących się globalnie przepływach finansowych doskonale wiedzą, że kapitał nie ma narodowości, ale trzeba pamiętać, że te osoby jednak narodowość i własne interesy mają. Co więcej umieją je doskonale realizować. To do tych decyzji dostosowuje się decyzje polityczne, wie o tym każdy kraj, który chociaż raz wpadł w pułapkę zadłużenia zagranicznego. Jest finansowanie – to rolujemy i płacimy odsetki, nie ma finansowania, albo odsetki za jego utrzymanie są przerażające, to mamy problem, zmienia się rząd, następny będzie wiedział, jakiego błędu należy uniknąć i z kim nie warto zadzierać. Taka władza jest bardziej przerażająca niż władza polityczna, albowiem tej nikt nie wybiera. Ona po prostu jest, ma najpotężniejszą broń, jaką jest pieniądz i potrafi jej używać dla ochrony własnego interesu. Sama wizja ryzyka odcięcia finansowania paraliżuje każdego decydenta odpowiadającego za budżet. Najsilniejszą stroną, w zasadzie specyficzną cechą władzy finansowej jest jej absolutna podatność na przekupstwo – po prostu ten, kto da więcej i najbardziej uprawdopodobni, że spłaci swoje zobowiązania w terminie – wygrywa.

Patrząc na naszą elitę i jej stan samozadowolenia, nie widać ludzi realnie troszczących się o państwo, jako całość. Znając, co nie, co realia polskiej administracji i polityki, można by obronić kolejną tezę- o jawnej i nieskrywanej wrogości niektórych instytucji względem siebie. Rząd Polski składa się z szeregu wzajemnie, co najmniej obojętnych przedstawicieli grup interesu, mających na pierwszym planie własne problemy a nie troskę o interes całości. W ogóle można podejrzewać, że na polskiej scenie polityczno-administracyjnej, nie ma żadnego liczącego się ośrodka decyzyjnego mającego na pierwszym planie interes państwa – rację stanu –a nie interes swojej własnej instytucji. To nawet nie jest pozostałość starej polski resortowej, to po prostu zawiść i zazdrość o budżet, władze, wpływy, korzyści i możliwość. Niby w porządku, system działa – a jak to wszyscy widzą, – najgorsze jest to, że nie wytwarza wartości dodanej tego, co się nazywa śmietanką na kawie, co nadaje prawdziwą wartość. Konflikt za czasów prezydentury tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego był na to najlepszym dowodem, ale kto zdaje sobie sprawę z faktu, że żyje w kraju, który przez pewien okres czasu miał dwa wzajemnie sobie niechętne i nietolerujące się ośrodki władzy państwowej. To nie jakaś bananowa republika! To nasza ziemniaczana ukochana Polska! Do takiego upadku to państwo doprowadziliśmy, a raczej doprowadziły nasze elity.

Jeżeli ktoś liczy na to, że w Polsce możliwe jest zwyczajne zastępstwo na poszczególnych szczeblach w strukturach władzy ten się skrajnie myli. Najlepszy dowód dzisiaj, po podpisaniu przez Prezydenta ustawy podnoszącej większy wiek emerytalny, Prawo i Sprawiedliwość zrobiło konferencję i oznajmiło Polsce i światu, że unieważni tą decyzję, że nie jest ona trwała. Czy obie siły naprawdę nie mogą się porozumieć w sprawie emerytalnej w ten sposób, żeby wypracować kompromis korzystny dla wszystkich? Nie da się? Nie chcą? Nienawidzą się? To może by dać chłopcom pistolety i zgasić światło na godzinę, wcześniej zawieszając kodeks karny na wycinku terytorium kraju? Panowie z koalicji i opozycji załatwią sprawy między sobą, nie będą przelewali jadu na społeczeństwo.

W ten sposób dochodzimy do bardzo efektywnego podsumowania, otóż – takie wydarzenie prawdopodobnie zmieniłoby naszą polityczną rzeczywistość tylko na gorsze, albowiem, czym innym jak nie resetem personalnym, z perspektywy sceny politycznej była katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem? I co? Jeszcze większa nienawiść, jeszcze więcej jadu, jeszcze mniejsze pola kompromisów. Wniosek: tylko istotny czynnik zewnętrzny, zagrażający wymianie stołków przez elitę może skłonić przedstawicieli naszej kawiorowej elity do solidnej refleksji, a może nawet wyciągania jakichkolwiek wniosków. Bez tego nie ma, co liczyć na katharsis, albowiem jedna strona pozornego sporu, potrzebuje jak powietrza drugiej strony – albowiem nie wyobrażają sobie innej retoryki niż wyrażanie nienawiści względem znanego, rozpoznanego i lekceważonego pozornego nieprzyjaciela.

Póki się nic drastycznego nie stanie, chocholi taniec elity będzie dalej trwał. Niech nikt nie ma złudzeń, zupełnie nie ma znaczenia to ile kosztuje benzyna, obiad, opłaty miesięczne za mieszkanie, proszę zamknąć oczy i wyobrazić sobie patrzenie na Polskę zza szyby wygodnej limuzyny, z kierowcą, mającej zawsze parking, która po prostu jest, nie trzeba za nią płacić. Naprawdę, Polska zza szyby wygodnej limuzyny to fajny kraj… niektórzy jak nawet nasz pogrążony w obłokach absurdu minister „60 mln zł” nawet mylą go ze Szwajcarią… Obyśmy znowu nie musieli płacić krwią i łzami za sny naszych samozadowolonych i spełnionych elit.

6 komentarzy

  1. Bardzo dziekuje za obszerna odpowiedz na pytanie, nie spodziewalem sie tego. Jest arcyciekawa, szczegolnie celne jest zdjecie orwellowskiej wersji naszych elit. 🙂
    Jesli chodzi o drugie pytanie, to obecnie do wymiany administratorow III RP potrzeba 460 wspolczesnych wersji Eugeniusza Kwiatkowskiego. Byloby wrecz wspaniale miec chociaz jednego.

  2. Obawiam się że trafna analiza i wnioski z niej płynące.

  3. mroczny i sprawiedliwy

    Czyli co jest już tak do dupy, że musimy poczekać na powtórkę z “Katynia pierwszego” aby nowe, niewypaczone elity pojawiły się w tym Kraju? A może Naród powinien zrobić rewolucję na wzór Rewolucji Francuskiej z końca XVIII wieku ze wszystkimi konsekwencjami takiej rewolucji dla obecnych elit?

    • ok__koko_spoko

      elita ma społeczeństwo w dupie. jesteśmy dla nich mniej znaczącym bydłem niż chłop pańszczyźniany dla swojego skarłowaciałego pana szlachciury

  4. Diagnoza trafna! Ale większość myślących o tym wie, pytanie ilu nas jest? 1-5% społeczeństwa?
    I gdzie te elity mogące zmienić przyszłość? Oczywiście w obecnej sytuacji globalnej ( jak tu napisano) na pewne sytuacje nie mamy wpływu, ale żeby choćby nie było jednego porządnego polityka? Chcącego coś zmienić. Jak na razie otacza nas banda lewicowych, centrowych i prawicowych demagogów, chcących za każdym razem ugrać coś dla siebie i dla swojej kompani. Żeby dopchać się do stanowisk decyzyjnych trzeba krakać jak reszta wron, takim delikwentom podkłada się różne świństewka żeby potem nie mogli się uniezależnić. Każdy polityk jest co najmniej moralnie, jak nie finansowo umaczany w coś. To coś się łatwo wyciąga.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.