Ekonomia

Czy nasza gospodarka upadnie?

 kala zadłużenia wszystkich krajów zachodu, nie zapominając o żadnym z nich powoduje, że samo utrzymanie długu, nie myśląc już o jego spłacie jest koszmarem, z którym muszą zmagać się wszystkie rządy.

Naturalną tendencją jest przenoszenie kosztów kryzysu na społeczeństwo, czyli na wszystkich. Rządy mogą to robić na kilka sposobów: prowadząc politykę poluzowania finansowego jak USA, poręczać kolejne pożyczki pieniędzmi, które się wydrukuje jak będzie potrzeba – jak to robi Europejski Bank Centralny, czy też w ostateczności najnormalniej w świecie żyłować z ludzi. Tutaj też są, co najmniej dwie metody, pierwsza polegająca na wzroście opodatkowania jest znana np. z Polski, druga to nic innego jak zmniejszanie dotychczasowej obecności państwa w sferze publicznej – w tym póki, co lubują się zachodnie demokracje. No, ale oni mają, na czym oszczędzać, naprawdę mają, z czego spadać – nie musimy im współczuć, może z wyjątkiem naprawdę doprowadzonego na skraj nędzy społeczeństwa Grecji.

Dotychczasowy model funkcjonowania świata zachodniego się nie sprawdził. Nie da się wszystkiego w nieskończoność finansować rolowanym długiem. Dotychczasowy model był bardzo wygodny dla posiadaczy i właścicieli kapitału, albowiem pożyczanie pieniędzy rządowi i instytucjom publicznym w ogólnym rozumieniu tego słowa było uznawane za bardzo bezpieczną i pewną inwestycje, która umożliwiała pomimo znacznego związania kapitału na stosunkowo długie okresy – żyć na wysokiej stopie z pozyskiwanych odsetek. Dzisiaj jest z tym problem taki, że koszt kapitału jest śmiertelnie niski, niektóre banki mają ujemne stopy procentowe (poniżej inflacji), co powoduje, że pieniądz jest czymś, od czego się w generalnym ujęciu ucieka na ile tylko można. Stąd wraz z każdą falą zasilania systemu dolarem z Rezerwy Federalnej wzrasta nam cena surowców, zwłaszcza ropy, miedzi i innych rzeczy, które można na pewno sprzedać. Nagle dramatycznie wzrosło znaczenie zwykłej standardowej gospodarki, złoto okazało się doskonałym materiałem do spekulacji. O dziwo, jedynie nikt nie chce kupować akcji, które odnotowują historyczne minima. Niewiele jest bezpiecznych przystani dla posiadanego kapitału, ciężkie czasy dla bogaczy.

Dlatego też, bogaci nie wydają a to, co już wydają starają się lokować najefektywniej jak się da. Dominują, zatem zakupy dóbr luksusowych, na które zawsze jest zbyt, zwłaszcza w trakcie kryzysu. Nieruchomości mają się różnie, te dobre zawsze się sprzedadzą. Przede wszystkim poszukiwane są inwestycje, gwarantujące przechowanie wartości w oderwaniu od samego pieniądza, ale posiadające stosunkowo dużą płynność, albowiem czasy są niepewne. Z tych wszystkich cech, papiery dłużne sfery publicznej są bardzo ryzykowne, ale zarazem są nadal jedyną możliwą przystanią dla całej masy kapitału, z którym nie ma, co zrobić (tzn., którego nie ma gdzie bezpieczniej ulokować).

Jeżeli pomysły pseudoliberalnych polityków, wezmą górę nad rzeczywistością i dalej wzrost kosztów utrzymania państwa będą przerzucać bezrefleksyjnie na społeczeństwo, to grozi nam za łamanie podstawowych łańcuchów ekonomicznych, albowiem zwykli ludzie, tj. ci, którzy nie posiadają kapitału, a utrzymują się z pracy własnych rąk nie mają szans w takim systemie. Wszystkim sprzedającym swoją prace grozi pauperyzacja, albowiem ze względu na skąpstwo posiadaczy kapitału, a także lęk przed inflacją – płace nie rosną w takim tempie jak koszty utrzymania. Brutalizacja życia ekonomicznego wychodzi w dolnych kwantylach społeczeństwa, gdzie pensja starcza ledwo na życie. To jest poważny problem, bo popyt konsumpcyjny jest motorem napędowym każdej wolnorynkowej gospodarki, nie da się go zastąpić ani przez inwestycje przedsiębiorców, ani przez aktywność nieskończenie pazernego sektora publicznego. Po prostu, jeżeli ludzie przestają kupować, zaczynają się przygaszać wszystkie gałęzie zależności w gospodarce. Mechanizm wygląda tak, że najpierw klasa średnia przestaje kupować samochody, albowiem wbrew pozorom dla wielu ludzi to nadal cel życia, następnie oszczędza się na remontach, nowych meblach, telewizorach, potem odpada urlop, w dalszej kolejności ubrania i trochę jedzenie, dalej jest już tylko głód i niedopłacanie poszczególnych rachunków – na zasadzie „a to przeciągnę”. Póki płaci się kredyty nie jest jeszcze źle, ale ziarno upadku jest już posiane, to się nazywa kryzys.

Rząd chcąc zachować sprawność całego systemu, powinien ze wszelkich sił stymulować siłę klasy średniej, tj. konsumentów i małych i średnich przedsiębiorców, albowiem to oni a nie wielkie korporacje decydują o realnym popycie w naszej gospodarce. Bez sprzedaży i kupowania silnik się zatrze, nasza gospodarka opiera się na podatkach pośrednich – nie ma podatku jak nie ma transakcji, a transakcji jest coraz mniej, ponieważ ludzie muszą wydawać coraz więcej pieniędzy na podstawowe składowe kosztów życia, otrzymując w zamian coraz mniej. Dobrym pomysłem, byłyby radykalne cięcia wydatków np. sfery socjalnej (tam gdzie jest to możliwe) oraz radykalna obniżka wszystkich podatków pośrednich wraz z ujednoliceniem stawki.

Ponieważ nie mamy żadnej odporności na kryzys, to jakiekolwiek zawirowanie, które przełamie amortyzator naszej waluty narodowej spowoduje totalne wynędznienie społeczeństwa. To prawdopodobnie największe ryzyko naszej gospodarki, dlatego możemy się spodziewać, że NBP będzie bronił waluty jak niepodległości, ale w sposób płynny, albowiem trendu nie jest w stanie odwrócić. Nie bez powodu mądrzy Chińczycy nie wpuszczają swojej waluty do totalnego obrotu na giełdach światowych, sami ustalają kurs i są w stanie po nim każdemu, kto się zgłosi wymienić w zasadzie nieskończoną ilość waluty.

Prawdopodobnie dojdziemy do punktu, w którym trzeba będzie coś zrobić z walutą, traktowaną, jako miernik wartości. Inflacja to najprostszy sposób, ale to w przypadku Euro nie wchodzi w grę, albowiem nie pozwolą na to najpotężniejsze kraje. Dlatego bardzo prawdopodobnym jest wariant stopniowego powracania do standardu złota, rozumianego, jako poszukiwanie zabezpieczenia majątkowego dla pieniądza. Może to oznaczać sytuację, w której jeżeli się będzie chciało mieć 100 Euro za rok, to trzeba będzie je wydać na cokolwiek, co tą wartość przechowa i odtworzy. Model wielkich przepływów pieniężnych w żaden sposób niekontrolowanych, dziejących się w oderwaniu od realnych zdarzeń gospodarczych mamy właśnie w agonii. Całe wyzwanie polega na tym, żebyśmy to my pierwsi nie umarli zanim beneficjenci tego modelu nie nasycą swoich nieskończonych potrzeb.

Ekonomiczne perpetum mobile niezjadające swojego ogona jest niemożliwe.

One Comment

  1. PowePointRangers (ret.)

    Nie! Nie upadnie polska gospodarka.
    Z polskiego długu żyje zbyt wiele instytucji międzynarodowych, a póki co mamy dobry ranking oraz dobrego specjalistę od kreatywnej księgowości, ministra 66 milionów Vincenta R.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.