Czy należy się bać drugiej fali kryzysu?

W Polsce, zdecydowanie tak. To naprawdę poważne niebezpieczeństwo ekonomiczne a w jego konsekwencji mogą pogłębić się problemy społeczne prowadzące do zupełnej zapaści państwa. Można obronić tezę, że nasze państwo, podobnie jak inne słabe państwa może w wyniku kryzysu przestać funkcjonować. Jest powszechną tajemnicą, że stan zapaści w naszych realiach jest codziennością, albowiem wiele sfer publicznych pozostających we władztwie państwa chronicznie i przez wiele lat nie domaga, kuleje, często będąc w istocie atrapami przeplatanymi z fikcją. Przykładowo polskie państwo udaje, że nas leczy, generalny stan lecznictwa jest dramatyczny, przy czym lecznictwo specjalistyczne np. w zakresie chorób nowotworowych jest tak trudnej sytuacji, że rzutuje ona, na jakość leczenia. Takie są fakty, nie dawno mieliśmy do czynienia z dramatem w tej dziedzinie po tym jak jeden z producentów zagranicznych wstrzymał okresowo dostawy.  Okazało się, że polskie szpitale nie mają stosownych preparatów w zapasie nawet na kilka tygodni. Jeżeli mimo tego ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości niech zastanowi się, czy przyjedzie po niego pogotowie? Podobnie polskie państwo udaje, że nas uczy. Szkoły podstawowe i średnie funkcjonują głównie dla nauczycieli, w których ci mają swoje miejsca pracy chronione kartą! Oczywiście w zależności od szkoły, ale obserwując bezradność polskich nastolatków w doborze studiów, znalezieniu pracy i absolutny pomór kreatywności nie wspominając już o lukach w wiedzy, absolutnie nie można być naszemu szkolnictwu wdzięcznym. Chyba jeszcze gorzej jest w szkolnictwie wyższym, które produkuje kolejne roczniki humanistów: filologów, nauczycieli i innych “specjalistów”, na których w naszej gospodarce ze względu na niż demograficzny nie będzie przez najbliższe kilkanaście lat popytu.  W zasadzie w każdej dziedzinie publicznej mamy silną dysfunkcję, atrapę i stwarzanie pozorów przyzwoitości. Chyba najbardziej bolesną okazała się ostatnio atrapa wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania, które doskonale się spisały w sprawie pewnej gdańskiej firmy rzekomo oferującej inwestowanie w złoto. Właśnie mamy w mediach wspaniały taniec kompetencji poszczególnych środowisk prawniczych, odrzucających od siebie odium odpowiedzialności. Rząd powinien zlikwidować sądownictwo i prokuraturę, które dopuściły się takich dramatycznych zaniedbań w tym przypadku i odtworzyć je na nowo. Podobnie nadzór finansowy, który jak się okazuje jest tylko dla bogatych. Czy te instytucje są nam w ogóle do czegoś potrzebne? Przecież nie działają! Jeden sprytny biznesmen rozłożył całe polskie państwo obnażając kolejne atrapy tworzące jego obraz. Problem polega na tym, że niestety Polacy muszą n, co dzień z tych atrap korzystać, albowiem rzeczywistość w naszym państwie, które chyba nie jest dla wszystkich po równo – jest ciekawsza od fikcji.

Trudno jest wyobrazić sobie konsekwencje sytuacji, w której drastycznie spadną przychody budżetu państwa z podatków. Niestety zemści się dogmat duszenia społeczeństwa podatkami pośrednimi, tak przez lata hołubiony przez kolejnych liberalnych specjalistów od finansów publicznych. Stworzono system, w którym bogaci nieproporcjonalnie korzystają z dobroci systemu, nieproporcjonalnie mało na niego łożąc. W efekcie, kiedy biedacy, nędzarze i resztki klasy średniej – wegetując – zmniejszą konsumpcję, przechodząc na gospodarkę w jakiejś formie autarkiczną, gwałtownie zmniejszą się dochody państwa z płaconych przez nich do tej pory podatków. Zabraknie wówczas na wszystko, a wiadomo, że uginamy się pod ciężarem długów, płacimy kolosalne kwoty odsetek, spłacamy kolejne transze papierów wartościowych, a przy tym mamy niezreformowane największe problemy państwa, powodujące, że budżet jest narażony na chroniczny deficyt. Mowa oczywiście o systemie zabezpieczeń społecznych. Grupy uprzywilejowane w ogóle nie dopuszczają do świadomości możliwości, że można by było im zmniejszyć świadczenia emerytalne. Najwięksi beneficjenci systemu – rolnicy – zupełnie nie mają świadomości kosztów świadczeń, jakie pokrywa państwo w związku z ich egzystencją i przyszłymi wypłatami emerytur. Ten horror albo nas pogrąży i upadniemy, albo społeczeństwo będzie musiało się zgodzić na powrót inflacji, albowiem nie będzie innej możliwości zapewnienia wypłat świadczeń licznym beneficjentom. Należy pamiętać, że sytuację dodatkowo pogarsza masowa emigracja, albowiem pozbawiliśmy się potencjału ludnościowego na poziomie całej aglomeracji warszawskiej. Nie można się, zatem dziwić, że system świadczeń społecznych absolutnie się nie bilansuje. Mamy strukturalną nierównowagę, czas zlikwidować przywileje i niestety ciąć świadczenia – do minimalnych, albowiem jest żeby ludzie dostawali przykładowo po 800 zł przy niskiej inflacji niż mieliby dostawać nawet po 8000 zł w takiej sytuacji jak na progu transformacji, kiedy to zapach farby drukarskiej świeżych banknotów był głównym zapachem nawet w sklepach mięsnych.

Rząd i popierająca go elita nie ma świadomości, w jakiej totalnej nędzy, na co dzień żyją Polacy, dotyczy to, co najmniej połowy – i to tej zdrowej z punktu widzenia statystyki publicznej części społeczeństwa. Wiele polskich rodzin ledwo, ledwo wiąże koniec z końcem, czasami nie dając sobie rady już od dawna. Nikt nie zastanawiał się skąd taka popularność różnego rodzaju lichwiarsko-złodziejskich pożyczek, które są dostępne wręcz na każdym rogu ulicy lub przez nawet sms? Wynika to z biedy, nędzy zdesperowanych ludzi, którzy nie mają od “pierwszego” do “pierwszego” a potrzebują jeść, dać dzieciom itd., żeby jakoś funkcjonować. Naszym dramatem jest totalny brak jakichkolwiek rezerw u znacznej części społeczeństwa, nie mamy zasobów, wolnych środków, społeczeństwo jest wyzbyte z wszelkiej własności, a nowe pokolenia nie mają szans na jej akumulowanie, albowiem nożyce dochodowo-kosztowe są tak rozwarstwione, że z przeciętnej pracy, przeciętnie opłacanej nie wystarcza na przeciętne warunki funkcjonowania. To niemożliwe. Jeżeli ktoś myśli inaczej, niech spróbuje w przeciętnym mieście założyć rodzinę i utrzymać się za przeciętne dochody!  Jeżeli ta grupa społeczna straci dochody, lub bezie je miała znacząco ograniczone, to wówczas popadnie w jeszcze większe uzależnienie od lichwiarzy i innej maści złodziejów i pasożytów żerujących na społeczeństwie a w konsekwencji upadnie. W efekcie ludzie wyjdą na ulice, a zwykłych Polaków, jak już nie będą mieli nic do stracenia nie powstrzyma nikt i nic, biada każdej władzy i jej pomagierom, jeżeli podnieśliby ręce na głodny tłum Polaków i Polek w ich własnym kraju. Po scenariuszu stłumienia rozruchów mielibyśmy rewolucję, ale nie uliczną, albowiem Polacy są już doświadczeni w klęskach, a każde nawet małe dziecko wie, jaką potężną bronią może być karta wyborcza. Innymi słowy, kolejne wybory wygrałaby partia konserwatywno-populistyczno-rozdawnicza, a efekty 22 lat transformacji w ciągu jednej nocy trafiłby szlag. Zaczęłyby się prześladowania beneficjentów systemu, pojawiłoby się ryzyko hiperinflacji, upadek znaczenia państwa na arenie międzynarodowej, z pewnością powróciłyby kartki umożliwiające racjonowanie środków spożywczych. Najgorsze byłoby w tym to, że “ci” ludzie okazaliby się na kartach historii zbawcami ojczyzny, przeprowadzając ją przez okres największego kryzysu od czasów poprzedniej transformacji. Cały lub w części dotychczasowy dorobek mądrości i owoc wyrzeczeń Polaków zostałby zaprzepaszczony.

Właśnie, dlatego pragnąć zachować nasz kraj takim, jakim jest, należy doprowadzić do oszczędności w wydatkach publicznych nawet kosztem cięć socjalnych. Niestety wszyscy muszą partycypować w kosztach kryzysu, nie tylko pracujący, nie tylko ubodzy. Należy podwyższyć podatki na posiadaczy własności, w taki sposób, żeby państwo zbierało jakiś procent przyrostu ich majątków wynikających z posiadania i operowania na własności. Równolegle, jakkolwiek by to nie było bolesne, nie ma wyjścia trzeba podwyższyć podatki powszechne, jednakże wraz ze zmniejszeniem ogólnych wydatków. Różnicę należy wykorzystać na zmniejszanie długów, albowiem wielkość odsetek nas za kilka lat i tak samowolnie udusi (dług denominowany w walutach obcych w razie inflacji w Polsce przekroczy wszelkie możliwe wskaźniki dopuszczalności). Największym demonem, jakiego należy się obawiać jest inflacja wyhodowana na populizmie, może ona spowodować upadek całego systemu, jaki znamy dzisiaj. Oczywiście dojdzie on ponownie do równowagi, jednakże może się okazać, że ci, co mieli jeszcze stosunkowo dobrze, w nowych realiach mają się tak jak obecnie najbiedniejsi. Pocieszające jest jednak to, że mamy potencjał wynikający z naszej zdolności do dostosowywania się nawet do najbardziej dramatycznych scenariuszy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.