Ekonomia

Czy my umiemy już tylko kupować i konsumować? Polska półkolonią gospodarczą?

 Podzielmy nasze społeczeństwo na kilka zasadniczych i podstawowych części – kierując się udziałem i rolą w gospodarce, jako podstawowym kryterium oceny. Przede wszystkim możemy podzielić społeczeństwo na osoby czynne zawodowo i osoby już lub jeszcze niepracujące. Populacja zdolna do pracy to około połowy ogółu społeczeństwa. Reszta to osoby w kwiecie wieku, dzieci, niepełnosprawni i inne grupy wykluczone z udziału w gospodarce z przyczyn najczęściej losowych.

Bardzo ważne jest uświadomienie sobie w tym momencie pewnej rzadko ujawnianej publicznie okoliczności – otóż zbiór konsumentów równa się 100% lub więcej populacji, natomiast zbiór osób wytwarzających dobra i obsługi do konsumpcji jest zawsze mniejszy i liczy około50% populacji. Oznacza to, że produktywność osób aktywnych zawodowo musi być na tyle duża, żeby byli w stanie wytworzyć dobra dla siebie oraz niepracującej – bez względu na przyczynę – połowy społeczeństwa. Nie ma, co się obrażać przy tym na emerytów, albowiem pamiętajmy, że wszyscy będziemy kiedyś emerytami, ale nie wszyscy będziemy mieli emerytury! To naturalna kolej rzeczy, na którą nie można się obruszać, w przeciwieństwie do np. grup sztucznie uprzywilejowanych socjalnie – rzeczywiście żyjących w jakiejś mierze na koszt reszty społeczeństwa. W naszych rozważaniach te grupy uprzywilejowane należy uznać za podzbiory o obniżonej wydajności, albowiem korzystają w swojej istocie z subwencji systemowych.

Mamy, zatem w gospodarce z sytuacją, że nie dość, że jeden pracuje za dwóch to jeszcze na nim pasożytują specjalnie uprzywilejowani i wszyscy ci, którzy nie produkują niczego, co przysparza wartości, ale swoją pracą umożliwiają trwanie systemu. Chodzi oczywiście o pracowników administracji państwowej i samorządowej, żołnierzy, policjantów, sędziów i inne grupy zawodowe – niezbędne z punktu widzenia biurokratycznego państwa.

W ostateczności mamy też, tych, którzy pracują wytwarzając dobra i usługi mające wartość rynkową, to znaczy takie, za które ktoś inny chce zapłacić. Tutaj zaczynają się prawdziwe problemy, albowiem nie mamy tu równości. Jedni pracują w pracach typu fizycznego, inni w pracach umysłowych, jeszcze inni są artystami, nie ma równości – zbiór jest bardzo zróżnicowany.

Mało, kiedy zastanawiamy się, kto generuje wartość dodaną napędzającą całą gospodarkę, albowiem już obecny kryzys pokazał, że nie da się wszystkiego outsoursować i utrzymywać jedynie z usług, albowiem mają one stosunkowo krótkie łańcuchy tworzenia wartości i nie przyczyniają się do znacznego wzrostu ogólnego poziomu bogactwa.

Produkcja dóbr, zwłaszcza produkcja dóbr innowacyjnych – okazuje się absolutnie najważniejszą i najbardziej wydajną działalnością gospodarczą. Najlepszym przykładem takiego podejścia jest przykład sukcesu gospodarczego Niemiec, Korei i Chin. Każde z tych państw ma swoje zestawy przewag, które wykorzystuje. My natomiast nie mamy w zasadzie żadnej przemysłowej specjalizacji, która powodowałaby, że liczylibyśmy się, jako wytwórca dóbr przemysłowych.

Negatywną konsekwencją upadku przemysłu w Polsce, a wręcz porzucenia działalności przemysłowej stało się pozbawienie naszego kraju i społeczeństwa wielu wysoce dochodowych miejsc pracy i wielu korzystnych przedsięwzięć zdolnych do generowania przyrostu wartości. Najlepszym przykładem naszego dramatu jest absolutny brak narodowych marek – nie tylko w przemyśle FMCG, ale także specjalizacjach niszowych typu B2B. Być może kiedyś historycy będą badać, dlaczego w kraju nie było polityki przemysłowej przez 23 lata? Dzisiaj zadawanie takich pytań jest najdelikatniej mówiąc trudne, jednakże warto się nad tym samodzielnie i na własny użytek zastanowić.

Jeżeli zatem nie produkujemy niczego konkretnego – to skąd w naszym kraju akumulowane są pieniądze? Co jest źródłem zasilania naszej gospodarki w gotówkę? Innymi słowy, co się sprzedaje?

Z pewnością takim hitem mogłaby być żywność, niestety poroniona polityka konserwująca rachityczne stosunki rolne na wsi uniemożliwia koncentrację i masową produkcję standaryzowanych produktów rolnych. Dlatego prawidłowa odpowiedź na postawione powyżej pytanie, – co się sprzedaje – powinna wskazywać na łańcuchy logistyczne głównie zagranicznych przedsiębiorstw, w których filiami w Polsce – uczestniczymy. Poza tym z pewnością liczy się rynek sprzedaży detalicznej w kraju, czego najlepszym dowodem jest oparcie dochodów budżetu na podatkach pośrednich.

Wniosek jest niestety smutny – naszą siłą jest głównie to, że dokonujemy zakupów. Całość gospodarki może się załamać – w momencie, gdybyśmy wypadli z międzynarodowego podziału produkcji np. z powodu wzrostu kosztów pracy. Powoduje to, że trzeba dobrze przemyśleć moment przyjęcia Euro oraz wszelkiego rodzaju regulacje prawne związane z majstrowaniem przy kosztach zakupu pracy przez przedsiębiorców.

Nie jest łatwo być półkolonią gospodarczą! Myślenie o rozwoju w takich realiach jest praktycznie niemożliwe bez poświęceń i wyrzeczeń.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.