Ekonomia

Czy możemy uniknąć dryfu rozwojowego?

 Czy Polska, jako państwo może sama obronić się przed kryzysem? Zacznijmy od wyjaśnienia, czym w istocie jest ten kryzys. Mamy do czynienia ze zwijaniem się gospodarki wywołanym przez upadek światowej piramidy finansowej stworzonej przez spekulantów – braki w finansowaniu powodują ograniczanie popytu a co za tym idzie dostosowanie podaży dóbr i związany z nim spadek zapotrzebowania na pracę. W efekcie w gospodarce jest coraz mniej pieniędzy i coraz mniej pracujących, zmniejsza się siła nabywcza ludności – gospodarstwa domowe nie mają pieniędzy na podtrzymywanie dotychczasowego trybu życia, przez co dochodzi do wdrożenia nowych mechanizmów dostosowawczych. System dąży do chwilowej równowagi na innym poziomie zaspokojenia i wykorzystania zasobów, część społeczeństwa znajduje się poza systemem.

Nasza gospodarka jest elementem gospodarki europejskiej w o wiele większym stopniu niż to się nam może wydawać, podstawą naszego eksportu, – o którym można powiedzieć naprawdę wiele dobrego, a zwłaszcza to, że jest silnie zdywersyfikowany – jest popyt w Unii Europejskiej oraz w pewnym stopniu popyt na towary z Unii Europejskiej w innych strefach gospodarczych, albowiem wiele z naszych produktów eksportowych to półprodukty.

Obecnie te mechanizmy gospodarcze ulegają spowolnieniu o ile nawet nie zatrzymaniu i zanikowi. W efekcie zmniejsza się zapotrzebowanie przedsiębiorstw krajowych na pracę, przez co zmniejszy się ogólna siła nabywcza ludności – będąca sumą dochodów społeczeństwa uzyskiwanych z różnych źródeł. Skutki tego będą automatyczne – już obserwowany spadek dochodów podatkowych, zubożenie części społeczeństwa, postępujące powiększanie się sfery ubóstwa i co najgorsze – wpadnięcie w dryf rozwojowy, tj., sytuację, w której nie będziemy w stanie finansować swojego rozwoju, albowiem wszystkie posiadane pieniądze będziemy wydawać na spłatę zadłużenia i koszty bieżące.

Do tej pory przez 22, czy też już 23 lata transformacji stale udawało się nam odnotowywać dodatni przyrost Produktu Krajowego Brutto, jednakże ten wzrost był oparty na wykorzystaniu prostych czynników i w pewnym stopniu na wzroście efektywności ogólnej gospodarowania. Te rezerwy znalazły już swój popyt na zachodzie, a właściwie swoje miejsce w globalnej gospodarce. Jednakże jest to o wiele za mało, żeby zagwarantować krajowi, – czyli ludziom – stałe bogacenie się, a nawet można zaryzykować tezę – o utrzymaniu poziomu dochodów. Nie jest tajemnicą, że osiągnęliśmy już szklany sufit i nie mamy możliwości się przez niego przebić bez wzrostu innowacyjności i nowej, jakości w zakresie podejścia do uzyskiwanej efektywności gospodarczej. Nasz kraj wyczerpał swoją dotychczasową ścieżkę rozwoju wynikającą z prosty przeobrażeń i przekształceń – innego wykorzystywania posiadanego potencjału. To się właśnie kończy! Niższe koszty pracy nie mogą być na zawsze naszym atutem, jeżeli chcemy osiągnąć poziom zamożności zbliżony do naszych sąsiadów z zachodu, na których podobno się wzorujemy. Zresztą w czasach kryzysu i to nie wystarczy, albowiem wszyscy nagle zaczną podwyższać posiadane poziomy efektywności, maksymalizując zyski przy minimalizacji kosztów. To normalne postępowanie gospodarcze w czasach kryzysu.

Nasz problem polega na tym, że nasza gospodarka i społeczeństwo – niestety nie są nastawione na innowacje, a ściślej nie potrafimy opracowywać innowacji, co więcej można zaryzykować tezę, że w większości przypadków w ogóle nie mamy potrzeby ich wprowadzania, a nawet nie widzimy możliwości ich opracowywania, albowiem potrzeba innowacyjny przerasta nasz sposób widzenia i rozumienia świata. Tak, to oznacza, że jesteśmy zacofani, zarówno ogólnie, jako gospodarka, jak również, jako społeczeństwo, w którym nawet „mlekomat” lub „automatyczny punkt skupy butelek” wzbudza lęk i zastanowienie. Oczywiście tego typu kwestie nie mogą być wyznacznikami innowacyjności społeczeństwa, ale już np. porażka rządowych planów e-administracji i tego konsekwencje dla obywateli – jak najbardziej.

Przykłady mniejszego i większego znaczenia można mnożyć w nieskończoność, podczas gdy w praktyce to i tak w ogólnie złej sytuacji nie ma znaczenia, bo liczy się generalnie cały system a ten głównie dzięki wysiłkowi setek tysięcy przedsiębiorców działa i umożliwia nam finansowanie naszego państwa.

Jeżeli udałoby się skłonić przedsiębiorców do innowacyjności, w tym rolników, znaleźć na nią kapitał – i byłoby to coś więcej niż legalny system operacyjny w mieście i antena telewizji satelitarnej na wsi, to mielibyśmy do czynienia z nową, jakością dla naszej gospodarki.

Powinniśmy poszukiwać nisz eksportowych umożliwiających nam mikro specjalizacje gospodarcze, wypełniane przez rzeszę małych i średnich przedsiębiorców, powiązanych w większe ugrupowania gospodarcze, posiadających zaplecze finansowe i naukowe. Nie ma przeszkód, żeby sprytnie pomyślaną sieć przedsiębiorców – ściśle wyspecjalizowanych w różnych dziedzinach gospodarki opracować, wspierać i wdrożyć. Wielką nadzieją są tzw. klastry gospodarcze, obejmujące dane gałęzie gospodarki na danym terenie. Jeżeli uda się wypracować mechanizmy współpracy tego typu instytucji ze źródłami finansowania, możemy otworzyć swój potencjał na wyzwania globalizacji.

Bez względu na model, jaki wybierzemy, czekają nas liczne wyzwania i kłopoty związane z dużą konkurencyjnością na rynku światowym. Musimy mieć kilka dużych programów z wykorzystaniem kapitału publicznego – w tym środków unijnych, które umożliwiłyby nam rozwój nowych kompetencji. Inaczej nie da się w łatwy sposób doprowadzić do zagregowania wielu rozdrobnionych potencjałów, z których nie wynika nic nadzwyczajnego – nie ma wartości dodanej.

Rząd, a w szczególności minister gospodarki powinien posiadać rozeznanie, co do tego typu nisz, które można wypełnić poprzez kooperację z krajowymi producentami i usługodawcami, w konsekwencji powinien przygotować program umożliwiający otwarcie takich potencjałów. Czas najwyższy przestać wydawać pieniędzy unijnych na krypty narodowe, wsparcie bezrobocia na wsi i muzea folkloru ziem wiejskich, czy też prawdziwe „katedry na pustyni”, jakich naprawdę wiele wybudowano w ostatnich latach w Polsce. Musimy inwestować efektywnie i takich sposobów wykorzystania publicznych pieniędzy należy oczekiwać od rządu. Tylko w ten sposób można odtworzyć przerwane kryzysem dotychczasowe więzi gospodarcze, ale już na innym – nowym poziomie odniesienia.

Być może wówczas uda się nam uniknąć dryfu rozwojowego, jednakże warunkiem jest uruchomienie nadzwyczajnej produktywności odpornych na wszystko i praktycznie nieskończenie zaradnych Polaków.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.