Ekonomia

Czy mięso to już luksus dla Polaków?

 Patrząc na stosunki społeczne i kondycję społeczeństwa z perspektywy lodówek, a właściwie ich zawartości można dojść do bardzo ciekawych, w zasadzie nie powtarzalnych wniosków. Żywność kupowana przez ludzi i modele żywienia się mówią bardzo dużo o statusie społecznym poszczególnych jednostek i rodzin oraz o ogólnej zamożności danego społeczeństwa, albowiem generalne zwyczaje i obyczaje są niepowtarzalne np. w detalicznym handlu mięsem. Przykładowo na tzw. zachodzie – a konkretnie w każdym szanującym się sklepie masarskim, czy też stoisku detalicznym w Bawarii, – jeżeli kupujemy wędlinę lub szynkę – cokolwiek plasterkowego, co leżało przez dłuższy czas w regale chłodniczym – zobaczymy, że osoba sprzedająca odrzuci pierwszy plasterek na osobną kupkę przeznaczoną np. jako tzw. resztki dla zwierzaków. Co kraj to obyczaj! Jednakże widać na tym przykładzie, że za Odrą panują zupełnie inne standardy jeżeli chodzi o sprzedaż detaliczną mięsa, zresztą nie tylko w takiej formule, ale także w innych.

Przykładowo w Niemczech sprzedaje się olbrzymie ilości mięsa mrożonego, co zdecydowanie ułatwia logistykę, albowiem upowszechnienie takiego standardu zapewnia inny standard świeżości, – co ma znaczenie zarówno dla sprzedających jak i kupujących. Jednakże prawdopodobnie wynika to z innej zamożności naszych sąsiadów i nas, albowiem mało kogo w Polsce stać na posiadanie – nawet w domu dwóch osobnych zamrażarek i zakup na raz np. 100 kg mięsa drobiowego na promocji. Poza tym – jak to przewieść? Zmagazynować? Logistyka gospodarstwa domowego w biednej Polsce a bogatych Niemczech to zupełnie inne rozwiązania cywilizacyjne. Polacy przez swoją mizerię finansową przyzwyczaili się do standardu mięsa świeżego tzn. kupują to, co akurat zamierzają skonsumować, jeżeli coś leży dłużej niż dwa – trzy dni z zasady nie nadaje się do jedzenia. Po prostu jesteśmy zbyt biedni, żeby magazynować mięso w domach – a zakupy robimy przeważnie zawsze z presją chudego portfela, który determinuje to, co jemy.

Polski rynek przetwórstwa mięsa i sprzedaży jest podzielony, Unia Europejska wymusiła swoje standardy – w wyniku, czego mamy generalnie rynek regulowany z warunkowym dopuszczeniem po spełnieniu wyśrubowanych standardów. Nie jeden przedsiębiorca się już przekonał, że znalezienie zbytu to jeszcze nie pełnia sukcesu – trzeba wcześniej znaleźć surowiec! To nie zawsze bywa takie proste – zwłaszcza w naszym zakłamanym społeczeństwie.

Efekty tego jak jest zorganizowany rynek i jak jesteśmy biedni są ceny jakie płacimy – przykładowo około 16 zł za 1 kg piersi z kurczaka, około 5-7 zł za ćwiartki z kurczaka, niewiele więcej za podroby i inne skrawki biednych zwierząt, które w swoim krótkim życiu nigdy nie widziały słońca. Inne pożywienie jest już o wiele droższe – kiełbasa bez zawartości żelatyny kosztuje dużo powyżej 25 zł za kilogram, w ogóle sklepy z zawartością prawdziwego mięsa w mięsie są wydzielone i trudne cenowo w dostępie dla zwykłych zjadaczy chleba. Proszę się zastanowić, – kiedy ostatnio jedliście państwo do syta coś konkretnego, co nie było eksterminowanym gazem truchłem kurzym lub filetem z resztek rybich i wszystkiego, co da się zmielić – smażonym w grubej warstwie panierki?

Otóż prawdziwe mięso tak naprawdę jest dla nas nieosiągalne – wystarczy pomyśleć ile kosztuje w naszych sklepach cielęcina – poniżej 50 zł nie można niczego kupić, a najlepsze kawałki to często ponad 70 zł! Często trzeba zamawiać! Bo zwykłe stoiska czegoś takiego w ogóle nie kupują, albowiem nie ma na to zbytu. Prawdziwe mięso – bez mielenia, bez szprycowania substancjami utrwalającymi i przedłużającymi żywotność – to rzadkość, przywilej mieszkańców wsi i małych miasteczek, gdzie masarz nie może sobie pozwolić na utratę dobrej opinii oraz bogatych mieszkańców miast, którzy kupują mięso w specjalnych sklepach z tzw. zdrową żywnością lub luksusowych delikatesach.

Co zatem jemy, jeżeli w ogóle jemy mięso? Głównie przetwory promocyjne sprzedawane przed datą ważności i inne produkty mające z żywym zwierzęciem mniej więcej tyle wspólnego, co daje im obrazek prawdziwego mięsa na opakowaniu lub na ścianie ciężarówki rozwożącej po hurtowniach.

To wszystko dodajmy dzieje się przy niesłychanym w historii państwa wspieraniu rolnictwa i przetwórstwa z funduszy rozwojowych. Co byłoby z nami, gdyby nie Unia i jej miliardy na rolnictwo? Może właśnie odwrotnie – realny rynek spowodowałby konkurencję także jakościową?

Niestety Polacy są i będą skazani na smak solonej żelatyny z dodatkami mięsa, najczęściej innego niż to, co pokazane jest na opakowaniu. Można się tylko cieszyć, że współczesna nauka pracuje nad możliwością wytwarzania mięsa z pominięciem procesów zwierzęcych – mięso z próbówki będzie idealne smakowo, w pełni wartościowe i o wiele tańsze w produkcji.

Łza się w oku kręci jak uświadomimy sobie, że jeszcze pod koniec lat 90-tych nie było problemem kupienie prawdziwego mięsa, składającego się tylko z mięsa – prosto od rolnika, który przywoził je po porannym uboju na targ w mieście! Owszem, ono czasami miało włosy, ewentualnie ociekało krwią, ale starsi na pewno pamiętają, że miało zupełnie inny smak no i co ciekawe – pomimo ogólnej biedy było nas na nie stać – ku zadowoleniu rolników. Obecnie niestety mięso staje się towarem luksusowym dla Polaków.

One Comment

  1. Wychodzi mi, że oprócz forsowania mniejszościowych idei ruchów LBGT i mniejszościowych wielbicieli tzw. ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH – lansowany jest WEGETARIANIZM.
    Smutne, jak 38 mln naród da sobie wciskać takie NISZOWE IDEE.
    Mięso jest O.K.
    Ubój rytualny – niekoniecznie!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.