Paradygmat rozwoju

Czy kiedyś skończymy okres transformacji?

 Jak to jest obudzić się z ręką w nocniku najlepiej wiedzą nasi post styropianowi politycy, których najwyższą polityczną ambicją przez cały okres transformacji było dołączenie Polski do struktur zachodu. Bezustannie od przełomu na progu lat 90-tych XX-tego wieku słyszymy o konieczności wyrzeczeń, reform, wytrzymywania i tolerowania sytuacji przejściowej – albowiem dokonujemy transformacji.

Transformacja jest totemem obrośniętym dogmatem wolnego rynku, prywatyzacji, (która się właśnie kończy) i wielkich haseł – jak budowa społeczeństwa obywatelskiego, wolnego rynku i czego tam jeszcze nie wymyślimy. Te procesy faktycznie się dzieją, nasz kraj odnosi w nich mniejsze lub jeszcze mniejsze sukcesy i często spore porażki. To transformacja i procesy jej towarzyszące oraz to, w jaki sposób odciska ona swoje piętno na naszej rzeczywistości decyduje o kształcie naszej codziennej rzeczywistości. Największą ceną, jaką zapłacimy za dogmat transformacji będzie cena nienarodzonego pokolenia, albowiem bardzo wiele osób wyemigrowała a dominującą większość świadomej ekonomicznie części społeczeństwa nie pozwoli sobie na więcej niż jedno dziecko, przy czym w ogóle rezygnacja z posiadania potomstwa jest często świadomym wyborem. To koszt transformacji, ubędzie nas – Polaków, osób mówiących po Polsku – potomków białych „homo sapiens”, o korzeniach słowiańskich.

Przez cały okres transformacji, ci, którzy nie wyemigrowali żyją w takich warunkach, jakie tutaj są. Skazani na mimowolną eutanazję w placówkach tzw. służby zdrowia, niekończące się korki na ulicach naszych miast, powodujące, że życie tutaj staje się droższe w aspekcie transportowym niż na zachodzie, brak podstawowych rozwiązań socjalnych, czy chociażby dobrej urbanistyki odpowiednio rozplanowującej strefy funkcjonalne miast – w celu zapewnienia podstawowych ułatwień do życia w nich. Wiele można wymieniać, jak kwestie dróg i kolei – przykładowo 140 minut jazdy między Krakowem a Katowicami pociągiem w 2012 roku to prawdopodobnie najgorszy wynik w europejskim korytarzu transportowym w całej Unii Europejskiej.

Niestety musieliśmy się przyzwyczaić, że kraj w trakcie transformacji nie jest rajem. Mało, kto pracując w pocie czoła na umowach śmieciowych zastanawiał się, kiedy będzie lepiej? Kiedy odczuje poprawę? Może nie ogólną, bo tego przecież najwięksi optymiści nie oczekują po naszej ojczyźnie, ale chociaż w wybranych sferach zagadnień – znajdujących się w subiektywnych sferach zainteresowania poszczególnych osób. Niestety, okazuje się, że transformacja – będzie trwać przez cały okres pokoleń żyjących obecnie, może wnuki czytających te słowa będą miały szanse na życie w realiach zbliżonych do np. czeskich. Wcześniej nie ma nawet, co liczyć na jakąkolwiek poprawę, czeka nas dalej ciąg wyrzeczeń i stała eksploatacja – płacenie długów bieżących i po poprzednich okresach. Dlaczego? Prominentni przedstawiciele rządzącej elity m.in. ustami pana Jana Krzysztofa Bieleckiego pytani o te zagadnienia odpowiadają mówiąc o konieczności przejścia przez odpowiednie formacje historyczne – proces budowy instytucji społeczeństwa kapitalistycznego i przejście przez drogę do dobrobytu. Coś, co trwało na zachodzie 300 lat, u nas nie może trwać dużo krócej, albowiem np. budowa odpowiedniej kultury prawnej to nie tylko kwestia kodyfikacji, ale także przystosowania do funkcjonowania w ramach prawa kolejnych pokoleń. Pech chciał, że niestety nie mieliśmy tyle czasu, co państwa, na których się wzorujemy.

Już chociażby z tego prostego powodu w naszych głowach powinna zapalić się lampka sygnałowa – przecież, jeżeli zachód miał 300 lat czasu, miał kolonie, miał niewyobrażalne bogactwo i tyle czasu zajęło mu dojście do obecnego poziomu, to my nawet rozwijając się dwa razy szybciej niż przeciętna tamtych państw w tym okresie potrzebujemy, co najmniej licząc 100 lat spokoju i czasu na niezakłócone budowanie. Pech nasz jednak jest tak olbrzymi, że 100 lat spokoju to nie widzieliśmy od czasów Złotego Wieku (XVI wiek), więc posiłkując się analogiami historycznymi powinniśmy wyciągać wnioski i poszukać innych rozwiązań na rozwój, jak również nieco inaczej go zdefiniować, żeby nie tylko zdążyć, ale przede wszystkim wydobyć się ze spirali nieszczęścia, w której tkwimy od okresu zaborów.

To, że nasze państwo upadło m.in. za pomocą sąsiadów to fakt, jednakże sporo było także w tym naszej winy. Ostatni upadek ten z 1939 i 1944/45 zawdzięczamy już głównie sprzeniewierzeniu się naszych „sojuszników”, których naprawdę trudno lepiej ocenić od wrogów! Nie było naszej winy w Jałcie. Skutki odczuwamy do dzisiaj i jeszcze długo będziemy odczuwać, o ile w ogóle ustalony wówczas porządek okaże się trwały w pierwszej połowie XXI wieku – to będziemy mogli mówić o sukcesie. Będziemy wówczas świętować 100 lat ciągłości państwowej, bo jednak PRL – to była jak na nasze standardy wolność wewnętrzna!

Jeżeli zatem oswoimy się ze świadomością, że transformacja będzie trwała wiecznie, może rząd powinien za pomocą jakichś tęgich głów od marketingu inaczej ją nazwać? Może warto urządzić jakąś ogólnonarodową szopkę, przykładowo z okazji ostatecznej spłaty „długów Gierka”, czy też jakiegoś innego symbolu – nieco go podkręcić i oświadczyć narodowi, że co prawda transformacja dalej trwa i trwać będzie, ale jesteśmy już na drodze do sukcesu. Czasami takie strzelanie pustymi sloganami w rodzaju potrzeby budowy dobrobytu może się bardzo opłacić, albowiem ludzie lepiej zmotywowani mają mniej stresów a przez to żyjąc swobodniej podejmują lepsze decyzje, wywołując pozytywnie spełniającą się przepowiednie. Jednakże czy jakikolwiek optymizm w kraju moherowych beretów i lemingów jest możliwy?

Na rozwiązania w sferze realnej nie ma, co liczyć, chyba, że chodzi o scenariusze negatywne.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.