Polityka

Czy historyk może rządzić państwem bez posiadania wizji rozwoju?

 Odpowiedź na postawione w tytule pytanie może być tylko i wyłącznie twierdząca, tak można rządzić państwem, miastem, samorządem bez posiadania jego całościowej i kompleksowej wizji rozwoju, nie jest ona do tego niezbędnie potrzebna. Bez wizji w państwie funkcjonuje wiele spraw, w zasadzie nawet całe państwo doskonale daje sobie radę bez posiadania świadomości jakiejś ogólnej wizji rozwojowej, albowiem dominująca większość czynności i relacji to automatyzm i pochodna koniecznych życiowych decyzji.

W praktyce element wizji, ma podobne znaczenie jak posiadanie skodyfikowanej konstytucji, jak wiemy są kraje, które takiego dokumentu nie mają, a są w pełni demokratyczne i doskonale funkcjonują opierając swój wewnętrzny ustrój na szeregu norm zwyczajowych i narosłym przez lata prawodawstwie, a są także kraje, które pomimo tego, że mają i to nawet całkiem niezłą konstytucję ledwo uginają się pod ciężarem głupoty i niemocy własnych elit.

Pech chciał, że niestety żyjemy właśnie w kraju drugiego typu, dlatego też zdefiniowanie jakiejkolwiek nawet bardzo ogólnej wizji i działania na rzecz jej realizacji mogłyby być niezmiernie efektywne i pożądane. Co więcej, w naszych realiach właściwa wizja tego, dokąd zmierzamy, – jako całość, jako państwo, jako społeczeństwo – byłaby doskonałym punktem skupiającym uwagę społeczeństwa a zarazem wspomagałaby jego motywację do wzmożenia wysiłków na rzecz starań w urzeczywistnianiu tej wizji?

Oczywiście wizja to coś nadzwyczajnego, to najogólniej formułując – szczególny sposób wyrażania aspiracji, a do tego trzeba już w przypadku zbiorowości takich cech rządzących jej właściwością jak kultura, demokracja, szacunek do drugiego człowieka, czy też poszanowanie prawa. Niestety tych cech nie wyraża się powszechnie w naszym elitarnym społeczeństwie. W zasadzie należałoby w ogóle przeprowadzić badania z poczucia wspólnoty narodowej obywateli Polski, albowiem gołym okiem widać, że jest z tym i to poważny problem. Dlatego nie można np. dziwić się elitom, że przeważnie są wielonarodowe (więcej niż polski paszport), nie płacą już w Polsce podatków lub mówią w rozmowach między sobą o konieczności załatwienia zielonej karty na wyjazd do USA dla swoich rodzin. Bez poczucia wspólnoty narodowej, nie może być mowy nawet o próbie zdefiniowania jakiejkolwiek formuły aspiracyjnej, wyrażającej wspólny cel dążeń – w konsekwencji nie ma nawet potrzeby formułowania wizji. Takie społeczeństwo zamienia się z czasem w masę konsumencką i pole do popisu dla różnego rodzaju cwaniaków, przestępców i wyzyskiwaczy, gdyż samo w sobie, jako bezkształtna i bezideowa masa może być tylko i wyłącznie zasobem. W tym przypadku zasobem siły roboczej, zresztą to już kiedyś a konkretnie w latach 1939-1945 słyszeliśmy.

Jeżeli bowiem faktycznie nasz premier rządzi krajem na „czuja”, w którym degeneracja myśli państwowej poszła już tak daleko, że np. Dmowskiego przedstawia się w mediach, jako antysemitę! A Piłsudskiego, jako dyktatora! To nie ma się już chyba, co przejmować żadnymi próbami wyrażania jakichkolwiek aspiracji, zwłaszcza adresowanych przez ogół. Już sama próba uświadomienia spracowanym i upodlonym przez panującą tu rzeczywistość ludziom, że jakaś abstrakcyjna wizja wyraża ich aspiracje to trywialny frazes. Liczy się ławka w parku, podwyżka świadczeń socjalnych i cena cukru! A nie zdolności do abstrakcyjnego myślenia! Jeszcze nastąpiłoby skrajne nieszczęście i społeczeństwo zaczęłoby na poważnie interesować się powodami, dla których tutaj jest tak jak jest, czyli jak to powiedział ostatnio premier, lepiej jest być spawaczem niż bezrobotnym politologiem. No właśnie, dlaczego? A to taki doskonały wyraz braku wizji w polityce edukacyjnej. Albowiem, jeżeli rzeczywiście lepiej jest w tym kraju być spawaczem niż politologiem, co stwierdza sam premier, to znaczy, że np. jest to ostatni rok, kiedy państwo zapłaci za jakiekolwiek miejsce na studiach politologicznych na swoich uniwersytetach i te zajęcia od przyszłego roku dla wszystkich będą płatne? No bądźmy konsekwentni, studenci już studiujący mogą się szybko przekwalifikować na spawalnictwo, a ci, co piszą prace magisterskie mogą próbować obalić tezę premiera. Prawdopodobnie w normalnym kraju, rządzonym przez elitę, której chociaż minimalnie zależy na narodzie, który ją karmi i państwie, który z nim dzieli – sytuacja, w której upadek jest tak totalny, bo rządzą nim historycy bez wizji – nie miałaby miejsca, gdyby ci historycy przywiązywali, chociaż minimum zainteresowania do nauk politologicznych. Być może wówczas, politolog byłby czymś tak elitarnym, z samej racji czarnej magii, którą uprawia, że zawsze znalazłby dla siebie pracę np. w administracji rządowej. No i wówczas byłaby praca i dla niego i dla spawaczy, a wszyscy zarabialiby więcej.

Wnioski? Co najmniej dwa – pierwszy tak można rządzić państwem nie posiadając wizji rozwoju, będąc przy tym marnym historykiem, albowiem ta wiedza jak wiemy nie jest człowiekowi na stanowisku premiera niezbędna, ale nie stanowi też przeszkody, jednakże skutki tego rządzenia są takie, że w kraju lepiej jest być spawaczem niż politologiem, a pracy de facto nie ma i dla jednego i drugiego. Drugi wniosek jest mniej więcej taki, że jeżeli się chce rządzić, trzeba się liczyć z koniecznością mówienia ludziom przykrych rzeczy. Jeżeli jest za dużo politologów, to nie upadla się ich sprowadzeniem do roli zupełnie niepotrzebnych w gospodarce gadających głów, ale ogranicza się podaż politologów – likwidując stosowne katedry. Poza tym, zawsze można zwiększyć ilość historyków, ci jak wiemy radzą sobie świetnie, bo albo rząd, albo pałac prezydencki, albo specjalny instytut przechowujący historyków. Rewelacja, Polska historią stoi, która niestety jak wiemy – czasami ma zwyczaj pokazywać nam swoje okrutne oblicze, a potem – o ile przeżyją to właśnie politolodzy mają, o czym pisać ciekawe książki.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.