Wojskowość

Czego USA nauczyły się w Iraku i Afganistanie a wykorzystują w Libii i Syrii

 Mocarstwowość USA jest faktem, nikt rozsądny, nie dysponując arsenałem termojądrowym lub niemający nic do stracenia nie myśli o przeciwstawieniu się ich supremacji. Kraj ten poniósł wielki wysiłek ekonomiczny i militarny w Iraku, ponosi w Afganistanie i ustrzegł się jej w Libii, aczkolwiek też zapłacił krwią własnych przedstawicieli.

Interwencja w Iraku nie miała żadnych podstaw, została zrealizowana na zasadzie – silniejszy pisze historię, przewaga militarna US Army była nie do powstrzymania nawet dla sprawdzonych w boju i ostrzelanych dywizji pancernych armii irackiej. Wszystkie kraje regionu z Iranem włącznie zrozumiały, że nikt nie jest w stanie przeciwstawić się amerykańskiej agresji, jeżeli wielki szatan zechce – wejdzie do każdej stolicy i nic nie można na to poradzić. Jednakże wielki szatan bardzo szybko przekonał się, że jak już wejdzie do jakiejś stolicy to czeka go tam taka masa problemów, że przerosną one wszelkie ewentualne korzyści. W Iraku na skutek amerykańskiej (i sojuszniczej) inwazji zginęło ponad milion ludzi. Dominująca część to ofiary skutków inwazji i wojny domowej, jaka nastąpiła po zniknięciu formalnej – naturalnie wykształconej w tym kraju władzy. W efekcie w kontekście regionalnym nastąpiła destabilizacja układu sił, pustki, bo rozpuszczonej armii irackiej nie zapełniło nic i nikt, długo jeszcze nowy rząd w Bagdadzie będzie odbudowywał potencjał tego, co w tym kraju było wcześniej. Pomimo olbrzymich, wręcz niewyobrażalnych zysków z ropy naftowej, coś takiego jak struktury wojskowe – tworzy się latami. Amerykanie zrozumieli to, ale zdecydowanie za późno. Wszelkie bajki o demokracji i wolności znikły w zamęcie, jaki spowodowała tam wojna domowa, której brutalność przekracza wszelkie nasze wyobrażenia o intensywności zabijania się nawzajem. Wynikiem amerykańskiej obecności stało się zastąpienie supremacji krwawego dyktatora, który jednak gwarantował pewien poziom wewnętrznego porządku i stabilizacją, a także potężny potencjał liczący się w bilansie regionalnym – zupełnym chaosem, można wręcz mówić o terrorze chaosu. Nagle nic nie było już pewne. Amerykanie bardzo szybko zrozumieli co zrobili, dlatego wycofali się, żeby nie ponosić dalszych kosztów, chociaż odpowiedzialności nikt z nich nie zdejmie.

Po Iraku nastąpił Afganistan, tam działano już o wiele bardziej rozważnie, wymyślono standardową opowiastkę o wspieraniu demokratycznego rządu i prawa kobiet do głosowania, jednakże ponownie się okazało, że pewnych rzeczy nie da się przeprowadzić albowiem nawet elitarni zabójcy szkoleni na elektronicznie sterowanych bieżniach z hydromasażem i wodotryskiem to małe dziewczynki w różowych pantofelkach względem wojujących od czasów Aleksandra Wielkiego bosych górali z Kandaharu. Fakty afgańskie mówią same za siebie, tam po prostu nie ma, o co walczyć – eliminacja reżimu Talibów otworzyła puszkę Pandory, lokalne klany, rody, plemiona – uznają wojnę za normalny sposób wyrażania się i odnoszenia do otoczenia. Strzelanie jest w Afganistanie powszechniejsze od wysyłania emaili! Jeżeli się tego nie rozumie, jako wielcy amerykańscy stratedzy wychowani na grach, w których ma się kilkanaście żyć, a dodatkowe zawsze można dokupić płacąc kartą kredytową rodziców – to nie ma powodu w ogóle się tam wybierać. Po opuszczeniu władz lokalnych, z takim trudem osadzonych tam przez tyle lat krwi, potu i dolarów – zostaną one jedną z wielu stron tamtejszego konfliktu, przy odrobinie szczęścia może uda się prezydentowi udać na emigrację. Skutkiem wyjścia z Afganistanu może być tylko chaos, który jeżeli rozleje się na sąsiedni Pakistan, to dopiero będzie ciekawie.

Te nauki nie poszły jednak w las, amerykanie to ludzie inteligentni, wyciągają wnioski. Wiedzą, że zastąpienie reżimu, kosztujące bilion dolarów powoduje tylko chaos, destabilizację i zmianę regionalnej równowagi w niewiadomą. Dlatego po dwóch lekcjach – nie pchali się oficjalnie na pustynie libijską, która jak wiemy z niedawnej lekcji historii jest idealnym terenem działania dla czołgów. Sukces tam mógł być banalny, szybki, stosunkowo tani, albowiem regularne wojska libijskie, czy też najemnicy afrykańscy dla zaprawionych w bojach i uzbrojonych po zęby Marines to nic więcej jak strząśnięcie komara. Jednak USA do Libii formalnie nie weszły pozostawiając sprawę w rękach Europejczyków, których przywódca ówczesny prezydent Francji – potrzebował sukcesu pod hasłem demokratycznego pomachania szabelką. Wyszło jak wyszło, ale nie naruszono regionalnej równowagi sił, w tym znaczeniu, że brak formalnego zaangażowania się wielkiego szatana nie był impulsem do wzmocnienia obecności międzynarodowego Talibanu. Nie było pretekstu do obrony wiary, braci muzułmanów itp. Udało się uniknąć przekształcenia Libii w niewiadomą, kraj ten, jeżeli w miarę szybko stanie administracyjnie na nogi – ma szanse uniknięcia chaosu. Zawdzięcza to o dziwo – powstrzymaniu się USA od oficjalnej interwencji. Co prawda taka polityka może być odczytana przez innych globalnie aspirujących graczy, jako oznaka słabości no, ale cóż – takie są czasy, a przecież nikt nie przeczy faktom, że za awanturę iracką w zasadzie zapłacili Chińczycy – konsekwentnie kupując amerykańskie obligacje. Dług trzeba będzie spłacić już w zupełnie nowych warunkach geostrategicznych.

Następnym polem do wyklarowania się nowej strategii amerykańskiej okazały się ku zmartwieniu całego świata Egipt i Syria. O ile w przypadku pierwszego kraju – udało się tamtejszej elicie i strukturom nie dopuścić do upowszechnienia się chaosu, to niestety w Syrii wybuchła regularna wojna domowa, w której scenariusz zaczyna przypominać wariant iracki, ale bez udziału żandarma – wielkiego szatana, który usunąłby lokalnego watażkę. O celach USA najlepiej świadczy fakt, że nawet nie zdecydowały się na przeprowadzenie poważnego zamachu na obecnego prezydenta Syrii, co więcej nie uczynił tego do dzisiaj Izrael. Wszyscy się boją chaosu i wejścia Syrii wprost w retorykę Irańską, której następstwem mogłaby być tylko wojna totalna na Bliskim Wschodzie. Dlatego o wiele bezpieczniej jest obserwować jak Syria się wykrwawia i rujnuje, bezpiecznie wspierając słabszą stronę – przy swobodnej możliwości inflirtacji kraju przez własne służby specjalne. Przecież nikt nikomu niczego nie udowodni, wielość uzbrojenia, amunicji, szczegóły umundurowania – to wszystko jest zglobalizowane. Ważne jest, kto i w kogo strzela i co dzięki temu może osiągnąć, strzelający zawsze się znajdą zwłaszcza, że z przebiegu tej wojny można wywnioskować, że nastąpił tam bunt znacznej części aparatu siłowego. Jeżeli to jeszcze odpowiednią chwilę potrwa, to potencjał Syrii ulegnie takiemu ograniczeniu, że kraj ten nie będzie się liczył w regionalnym bilansie sił.

Cel tego osłabienia Syrii jest oczywisty – przed ewentualną awanturą Irańską, trzeba rozmiękczyć wszelkie ewentualne źródła wsparcia, rozumianego w kategoriach źródła chaosu. Syria jest jedynym krajem regionu, który byłby skłonny – oczywiście poprzez swoje macki w Libanie zaatakować Izrael, Hezbollah nie zdziała wiele bez zaplecza w Damaszku, albowiem Irańska pomoc dla tej organizacji jest łatwa do zablokowania lub przechwycenia, jeżeli nie przechodzi przez terytorium Syrii.

Wniosek – USA wyciągają wnioski ze swoich strategicznych błędów. To, co wcześniej zdobywano przy pomocy ciężkich dywizji pancernych w pełnym rozwinięciu, obecnie osiąga się za pomocą popularnych mediów społecznościowych i umiejętnego sterowania za ich pośrednictwem emocjami tłumów. Zastępowanie nawet najbardziej krwawych dyktatorów przez chaos ma ten skutek ujemny, że destabilizuje regionalny układ sił. Na to nie mogą sobie pozwolić nawet potężni i bezpiecznie pływający na swoich olbrzymich lotniskowcach Amerykanie. Jednakże ostateczne cele tej polityki wskazują na rozsądne przygotowywanie gruntu do ataku na Iran, albowiem arsenał atomowy tego państwa jest wyzwaniem dla świata niemającym precedensu. Nikt na Zachodzie tego nie zaakceptuje, co więcej można być bardziej niż pewnym, że nie zaakceptuje tego nikt na Bliskim Wschodzie. Skutek może być tylko jeden – wojna.

One Comment

  1. Bardzo dobry artykuł.
    Jednak Amerykanie wnioski wyciągają wielorakie.
    Jeśli My jako Polska, osiągniemy samodzielną zdolność obronną na 6 m-cy, to nawet udzielą nam gwarancji i po tym okresie – przybędą z pomocą…
    Tak zeznaje u Żakowskiego niejaki George Friedman, właściciel prywatnej agencji wywiadowczej “Stratfor”.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.