Kultura

Czas gniazd I

A pora była wczesna…

Rzeczywiście, pora była wczesna. Bardzo wczesna. Nieprzyzwoicie wczesna. Pora dnia oczywiście. Wcześnie wczesna. Wczesno-poranna. Późno nocna. Ledwo co zabierało się za świtanie. Co prawda, nie tak wczesna, jak sobie początkowo założyłem. Ale i tak wczesna. Tak po prawdzie, to zamierzałem wyruszyć jakąś godzinę wcześniej, jeszcze przed świtem astronomicznym. Ale mi się zasiedziało przed laptopem. Sprawdzałem jeszcze pogodę, której się dziś pogorszyło wydatnie. Uczyłem się z mapy na pamięć szczegółów terenu, na który się wybierałem. Ale o tym później jeszcze może kilka słów. Przeglądałem te mapy zbyt długo poszukując na nich miejsc, które warto będzie na tej wyprawie nawiedzić. Które mogą być interesujące na tyle, aby je sfotografować. Ale o tym zupełnie inna szykuje się opowieść. No i się zasiedziałem i przegapiłem odjazd. Dlatego wyszedłem godzinę później.

Chodź pokażę

1995-07-20 Łódź

jak wiersz powstaje
skryjmy się tutaj
będziemy czekać
aż coś się pojawi

o widzisz tam
spójrz na
krawędź uwagi
coś drgnęło
teraz powoli
będziemy się skradać
nie wiem jak długo
tyle ile trzeba

dobrze zatrzymajmy się
owszem można iść dalej
lecz ta już ku
niczemu nie prowadzi
teraz rzuć okiem
za siebie przez plecy
tam w załamaniu
niegdyś czystego papieru
zaczęliśmy swe łowy
tu koniec wyprawy

wiersz naszym śladem
a gdzie zwierzyna
umknęła może
uda się następnym razem

Adam Gabriel Grzelązka

Okienny szelest

Gdy wszystko było już gotowe, gdy plecak przygotowany na dzisiejszą wyprawę, gdy mapy przejrzane, gdy szczegóły możliwie najwierniej zapamiętane, wyszedłem z domu. Plecak został zapełniony sprzętem po brzegi. Nigdy do końca przecież nie wiadomo, co konkretnie może się tam na miejscu przydać. Lepiej było przyjąć wariant maksymalny, z wykorzystaniem dwu aparatów, statywu i lampy błyskowej. Trochę ciężko, ale co zrobić. Nie na tyle, aby to był jakiś poważny kłopot na parogodzinnej wycieczce. Ot niedogodność. Taki los. Takie potrzeby. Na miejscu okaże się dopiero, co dźwigałem niepotrzebnie, a z czego skorzystam. Jaki wariant zostanie zrealizowany i co będzie można obejrzeć, co sfotografować i czego do tego użyję. Przynajmniej niczego nie zabraknie z tego co mam, bo brakuje mi paru rzeczy, w które dopiero zamierzam się kiedyś wyposażyć w miarę możliwości.

Już byłem gotów, aby wyjść, już niemal wyszedłem z domu. Kurtka, plecak, klucze w ręku. Coś mnie jednak tchnęło, tak w ostatniej chwili, aby rozszczelnić okno. A co tam, nie będzie mnie przecież kilka godzin, dzionek ma być jako tako słoneczny z możliwymi zachmurzeniami, niech zatem się pokój powoli wietrzy. Tak też zrobiłem. Szpara niewielka, minimalna, a powiało, jakbym całe okno otworzył. Oho, nieciekawie. Sprawdziłem owszem temperaturę, ale nie rzuciłem okiem na informacje o porywach wiatru. Wieje mocniej, niż podejrzewałem. Na dodatek lodowato. To dlatego wczoraj dopiero co było dwadzieścia stopni, a dziś już jednak tylko ma być dziesięć. Wszystko przez ten wiatr. Dobrze, że rozszczelniłem to okno. Inaczej bym zmarzł porządnie albo i zawrócił nawet.

Szybka decyzja. Zakładam dodatkowo bluzę pod cienką wiosenną kurtkę. Trudno, ją też będzie trzeba sobie dźwigać przez cały dzień. W sumie opłaciło się. Wiało niemal cały czas. Chwilami robiło się naprawdę lodowato. Żałowałem, że nie zabrałem ze sobą rękawiczek. Za to, gdy przestawało niekiedy wiać, było za ciepło, niemal gorąco. Miła, aczkolwiek rzadka i krótka odmiana. Raz nawet na tyle zrobiło się miło, że kurtka wylądowała ostatecznie w plecaku. Na jakiś czas. Bowiem przyszedł był i taki moment, kiedy z radością ją z tego plecaka wydobyłem ponownie.

Świta

Powoli świta. Czerń nocy ustępuje jutrzence. Powoli, niepostrzeżenie, jednak stanowczo rozjaśnia się. Wiatr szaleje w najlepsze. W porywach. Zmiennie. Lodowato. Przyczaja się, by nagle dmuchnąć w oczy. Przerzedzone chmury nabierają różowej poświaty. Ja tymczasem podążam na tramwaj. Pierwszy dzienny kurs tej linii. Początkowy wariant zakładał przejazd nocnym transportem. Ale, jak już wspomniałem, zgapiłem się i musiałem odczekać, aż zaczną normalnie kursować tramwaje dzienne. Plus sytuacji taki, że pojadę bez żadnych przesiadek. Prosto do celu. No, może bardziej w jego pobliże, bo trzeba będzie jeszcze co nieco sobie dojść. Ale nocny wariant owo podejście także zakładał. Zmieniła się jedynie godzina dotarcia na miejsce.

Brałem pod uwagę jeszcze i taki wariant, że pojadę tam rowerem i gdzieś go po drodze zostawię, przypnę. Wiatr mi ten pomysł skutecznie wyperswadował. I dobrze, bo powrót nie należałby do przyjemnych z powodu silnych porywów. Zmarzłbym i zmachał nieprzeciętnie.

Przystanek

Dotarłem na przystanek PST. Podziemny przystanek tramwajowy położony pod jednym ze skrzyżowań. Wspominałem o nim już w niejednej mojej opowieści. Podobnie i o tutejszych mieszkańcach – gołębiach.

W którymś z ostatnich esejów opisywałem ich losy po tym, jak osiatkowano strop tych przystanków. Dziś znów powrócę w tym tekście do tego fascynującego tematu. Mam na myśli oczywiście nie siatkę czy nawet miejsce, ale same ptaki. A to za przyczyną najświeższych spostrzeżeń, jakie dane mi było poczynić dziś w oczekiwaniu na środek transportu.

Wiosna jest, jaka jest. Ostatnio znów jest jakby tak nieco bardziej. Za wyjątkiem dnia dzisiejszego, który najzwyczajniej zzimniał sobie na całego. Wszędzie w przyrodzie daje się spostrzec wiosenne poruszenie. Co krok napotykamy żółć forsycji i biel drzew owocowych. Coraz intensywniejszą, coraz gęstszą biel. Już nie nieśmiałe pierwsze pojedyncze białe kwiatuszki, ale białe gęste całuny spowijające drzewa. Rozpięknia się pełną gębą.

Ptaki zgodnie z koleją rzeczy zabrały się za swoje pasie gody. Budują gniazda. Także gołębie. Także te z przystanku tramwajowego. Tym jest ciężko na tych nowych, już im nieprzychylnych jak kiedyś przystankach. Konkurencja wciąż duża, a miejsca mało. Bardzo mało. I warunki wielce niesprzyjające. Ale co tam, jakoś trzeba się przecież dostosować. Zew natury silniejszy jest od napotkanych przeszkód. Trzeba się zatem zmierzyć z tymi przeszkodami, wpasować jakoś w nowe niesprzyjające środowisko. Znaleźć jakąś lukę dla siebie.

Poznań, 2015.04.12
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. wieczorynka

    Lirycznie, zatem chętnie przeze mnie przeczytane, na co zwróciłam uwagę autor korzysta z map, ja też. Co natomiast zauważyłam współczesne pokolenia to już tylko GPS, czytałam o kilku zabawnych przypadkach gdy kierowca zdał się na GPS i wjechał do rzeki, nawet jakiegoś oceanu lub zaplątał się w mokradła nie wiedząc gdzie się znajduje. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

17 − 1 =