Cud nad Wisłą a zakłady Manfreda Weissa na wyspie Csepel

15 sierpnia to wspaniała rocznica upamiętniająca “Cud nad Wisłą” – wielkie zwycięstwo wojsk odrodzonej Rzeczpospolitej nad wojskami jednego z byłych zaborców, która miała miejsce w dzień Wniebowzięcia Matki Bożej.  Jakkolwiek nie ma dowodów na osobiste wstawiennictwo matki Bożej za polskimi oddziałami, jak również brak jest dowodów jej osobistego udziału w walkach, to kilka dni wcześniej, bo 12 sierpnia wydarzyło się coś, co za taki cud mogłoby uchodzić. Było to… przybycie kilkudziesięciu wagonów z Węgier na stację w Skierniewicach okrężną drogą przez Rumunię. W wagonach tym było sporo uzbrojenia w tym 22 miliony pocisków do Mauserów, karabinów powszechnie używanych w polskich oddziałach pochodzącego z armii zaborców.

Bitwa warszawska była zwieńczeniem kampanii wojennej, w której starły się siły odradzającej się Polski i budującej swoją potęgę komunistycznej Rosji.  Bez wątpienia bez zwycięstwa pod Warszawą, nie było by zwycięstwa w tamtej wojnie, a bez tego nie byłoby międzywojennego państwa polskiego, przynajmniej w takim kształcie, jaki znamy z historii. Co więcej istniało realne niebezpieczeństwo, że Armia Czerwona po pokonaniu Polski nie zatrzyma się, tylko dokona eksportu rewolucji dalej na zachód – do objętych pożarem komunizmu Niemiec. W przypadku ziszczenia się takiego scenariusza, reszta świata zachodniego mogłaby paść niczym kostki domina, albo Europie Zachodniej wycieńczonej po Wielkiej Wojnie groziłoby kolejne starcie, z przeciwnikiem zewnętrznym na linii frontu gdzieś w krajach Rzeszy Niemieckiej oraz na ulicach własnych miast z robotnikami domagającymi się zaprzestania walk z pierwszym krajem robotników i chłopów.

Lenin i Piłsudski doskonale wiedzieli, o co toczy się gra, dlatego też przegrana w wojnie z Polską spowodowała dramatyczne skutki w całej strategii komunistów względem otoczenia, z ich perspektywy była to kampania kończąca wojnę interwencyjną, w wyniku, której część dawnej strefy wpływów okazała się poza zasięgiem. My swoje zwycięstwo zawdzięczamy z jednej strony męstwu i poświęceniu, ale nie możemy zapominać, że nie miałoby ono miejsca gdyby nie wydatna pomoc sojuszników zachodnich w tym głównie Francji, na której to rachunek tą wojnę toczyliśmy. Z perspektywy zachodu, wojna Polski z Rosją była mniejszym kosztem niż konieczność wejścia do walki własnych oddziałów wojskowych, dlatego też udzielono nam tak niezwykle wydatnego wsparcia wojskowego. Między kwietniem a czerwcem 1919 roku z Francji do Polski przybyło około 70 tyś doskonale wyposażonych, odżywionych i umundurowanych “błękitnych żołnierzy” pod dowództwem generała Józefa Hallera. Równolegle Francja umożliwiła duże dozbrojenie Wojska Polskiego we własny i amerykański sprzęt z demobilu, bardzo wiele tego wyposażenia pozostało po niedawno zakończonej wojnie. Polska Wojskowa Misja Zakupów w Paryżu od dowództwem gen. Jana Romera była pompą tłoczącą uzbrojenie i amunicję do potrzebującej ojczyzny. Z czasem przyszło nam bardzo słono zapłacić za tą pomoc, albowiem sojusz z Francją ukształtował politycznie całą naszą międzywojenną państwowość.

Jednakże szczególnie trzeba wiecznie pamiętać o niestety przemilczanej pomocy braci Węgrów, bez których darmowej pomocy – nie byłoby, czym strzelać do Rosjan pod Warszawą. O czym mało, kto pamięta, to właśnie rząd Węgierski zdecydował się wówczas pomóc Polsce ze wszelkich możliwych sił i środków materiałowych, jakie posiadał. Szczególnie bezcenna – bo na wagę złota była doskonała węgierska amunicja do karabinów Mausera, której 22 miliony sztuk dotarły do Polski kilka dni przed bitwą. Węgry w krytycznym momencie były jedynym państwem, który przyszedł nam z pomocą w momencie, w którym tej pomocy najbardziej potrzebowaliśmy. Pomoc z Francji była zablokowana przez Rząd czeski – który zajął Zaolzie i niemiecki wyjątkowo nam wówczas wrogi.  Bez tej pomocy nie było by kontr uderzenia znad Wieprza, ponieważ zabrakłoby amunicji. Weiss Manfréd Acél- és Fémművek na wyspie Csepel, produkowały na polskie potrzeby, za które płacił rząd węgierski premiera Pála Telekiego. Węgrzy chcieli pomóc nam własnoręcznie oferując przybycie około 30 tyś kawalerzystów, jednakże rządy Czechosłowacji i Rumunii nie zgodziły się na przemarsz. Węgrzy dobrze wiedzieli, co oznacza rewolucja komunistów, albowiem wielkim wysiłkiem ledwo, co obalili rewolucję Węgierskiej Republiki Rad Beli Kuna.

Węgierska pomoc została bardzo szybko zapomniana, a bez niej po prostu przegralibyśmy. Natomiast pomoc francuska, za którą przyszło nam słono płacić zdominowała życie polityczne w Polsce przedwrześniowej – tak silne były wówczas wpływy zachodnich wywiadów w naszej elicie. Polska przez cały okres międzywojnia była tylko i wyłącznie buforem odgradzającym od siebie dwa potężne i rosnące w siłę mocarstwa. Dla polityki francuskiej byliśmy bardzo wygodnym straszakiem, który mógł skutecznie przeciwstawić się Niemcom w przypadku ich ataku na Francję. Polska była na to przygotowana, za co słono zapłaciła 17 września, kiedy to porozumienie dwóch wrogów zostało skonsumowane.

Natomiast powodów, dla których prawie zapomniano w Polsce i nie świętuje się węgierskiego wsparcia, bez którego w sierpniu 1920 roku nie mielibyśmy szans w walce z Armią Czerwoną nie da się zrozumieć. To wydarzenie bez precedensu, o którym mało, kto wie, nawet obecny Prezydent – jak wynika z powyżej linkowanego artykułu, miał wątpliwości, co do właściwego upamiętnienia tej pomocy. A szkoda, albowiem prawdziwych przyjaciół jak mówi przysłowie, poznaje się w biedzie…

Współcześnie na wyspie Csepel istnieją jedynie pozostałości po potężnych zakładach metalowych pana Weissa, wspaniały szpital przyzakładowy i liczne domki pracowników zakładu są do dzisiaj żywym pomnikiem tamtej epoki – potężnego węgierskiego przemysłu, który tak bardzo nam pomógł w krytycznej godzinie próby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.