Paradygmat rozwoju

Cienie geostrategii bez alternatywy

 Niemcy inwestując w Polskę, w tym w szczególności dokładając niewielkie kamyczki do zdolności polskiej armii, dokonują długofalowej inwestycji. Długofalowej ale takiej, która już zaczyna im przynosić konkretne korzyści. Oznacza to pojawienie się korzyści politycznych i militarnych dla Niemiec, nie zawsze tożsamych z naszymi własnymi – a często dla nas szkodliwych. Tekst jest innym ujęciem już prezentowanej tematyki „Czy mamy alternatywę geostrategiczną”.

Korzyść podstawowa wynika z faktu, że pozostając z Polską w sojuszu, zachodni sąsiedzi kupili sobie „przestrzeń bezpieczeństwa” wynikającą z posiadania bufora o szerokości kilkuset kilometrów – w postaci Polski właśnie. Bufor ten posiada, abstrahując od stopnia jego nowoczesności, liczne jak na współczesne europejskie standardy uzbrojenie. Mieszkańcy „Buforlandu” zaś mimo, że na ich mentalności silne piętno odcisnęły lata ludowej demokracji, a ostatnie ćwierćwiecze i przejęta w tym czasie od nowych liderów opinii moda na wygodny konsumpcyjny tryb życia, dołożyła swoje – są narodem w dużo większym stopniu bitnym, niż przyzwyczajone od dawna do wygodnego i bezpiecznego życia, „statystycznie” pacyfistyczne społeczeństwo niemieckie.

Nie jest zatem uzbrajanie (do pewnego tylko poziomu!) „Buforlandu” działalnością charytatywną, a chłodną kalkulacją. Bowiem „Buforland” w mniejszym stopniu traktowany jest jako sojusznik, którego w razie potrzeby należy wesprzeć, a w większym, jako teren i narzędzie, które wykrwawi ewentualnego agresora ze wschodu i spowoduje, że dostanie on zadyszki uniemożliwiającej na dłuższy czas kontynuowanie dalszego marszu. Przy czym pogodzić się trzeba z tym, że los „Buforlandu” i jego mieszkańców, jest dla strategów – realistów z drugiej strony Odry zupełnie obojętny, bo… niby, dlaczego miałoby być inaczej? Ważne, by spełnił swoje zadanie. Może się zdarzyć, że zniszczony i wycieńczony będzie potrzebował odbudowy, a na tym można przecież zarobić.

Brzmi brutalnie i amoralnie? Zapewne, ale całe stosunki międzypaństwowe tak naprawdę niewiele z moralnością mają przecież wspólnego. Nieroztropnym idealizmem, wydaje się nie branie pod uwagę tych narzucających się wniosków, rysujących dla Polski nieciekawą perspektywę.

Czym można poprzeć te spostrzeżenia? Otóż, takie właśnie jak opisane powyżej, patrzenie na Polskę przez niemieckich strategów, pozwoliło im w okresie ostatniej dekady znacznie ograniczyć fundusze przeznaczone na armię, uzawodowić ją i rozbroić z ciężkiego sprzętu. Trudno powiedzieć na ile powszechna jest w naszym kraju świadomość, że ostatnia koncepcja reorganizacji Bundeswehry, zakłada jej redukcję do stanu 175 – 185 tysięcy ludzi, przy czym znacznie większy niż w Polsce będzie tam odsetek urzędników w mundurach w stosunku do żołnierzy pełniących funkcje liniowe. To wciąż dużo w porównaniu do 100 – 120 tysięcy, które liczyć ma Wojsko Polskie. Ale w odróżnieniu od polskiej, armia niemiecka ma być formacją lekką, „odpancernioną” i utrzymywaną głównie na potrzeby zagranicznych misji interwencyjnych. Dość wspomnieć, że czołgów… Bundeswehra będzie mieć mniej (bo 225), niż przekazanych Polsce Leopardów (128 obecnie i 128 kolejnych jak wszystko na to wskazuje w najbliższym czasie), które wszak nad Wisłą stanowią jedynie uzupełnienie dla licznych wozów konstrukcyjnie radzieckich i ich rodzimych modyfikacji. Jedynym niemieckim komponentem, na tyle licznym i dobrze wyposażonym, by móc brać udział w europejskich bojach, pozostaje Luftwaffe, która jednak nawet w stosunku do niedawnych planów ulec ma redukcji, wobec zmniejszenia zamówienia na samoloty Eurofighter ze 180 (w 1997) do 143 (w 2012) i wypowiedziach sugerujących spadek tej liczby do 108. W jaki więc sposób Niemcy mogłyby militarnie wesprzeć „Buforland”?

Nie byłaby zatem armia niemiecka raczej zdolna również do inwazji na Polskę, co zakładają czarne scenariusze, ale czy to ma nas uspokoić? I czy trzeba bujnej wyobraźni by dopuścić możliwość, że w przypadku inwazji od wschodu, Niemcy mogą ogłosić swoją neutralność, w myśl łacińskiej maksymy „rebus sic stantibus”? A w wariancie katastroficznym, również „pokojowo” zająć okolice Szczecina, by zabezpieczyć końcówkę Nord Stream i zapewnić sobie dopływ rosyjskiego gazu, odcinając Polskę przy tym od możliwości korzystania z gazoportu (który wtedy byłby jedynym źródłem zaopatrzenia polskiej gospodarki i domostw w gaz), oraz wszelkiego wojskowego wsparcia materiałowo-technicznego ze strony innych sojuszników? Bo stając murem za sojusznikiem, Niemcy mogą doprowadzić swoją uzależnioną potężnie od dostaw zagranicznych surowców gospodarkę, na skraj ruiny. A to dla nich groźniejsze niż utrata inwestycji i rynków zbytu w Polsce. Światowa opinia publiczna byłaby takim zachowaniem raczej zniesmaczona, ale w zaciszu gabinetów uznawane by to prawdopodobnie zostało za przejaw egoistycznej wprawdzie, ekonomiczno – politycznej konieczności.

Jeszcze jedna rzecz zdaje się godna uwagi. Tak jak Niemcom zależy, by Polska była na tyle silna, aby jak najbardziej osłabić potencjalnego wschodniego agresora stając się dla Niemiec tarczą, tak jak najbardziej w ich interesie jest, by nasz kraj nigdy nie dostał w ręce realnie przydatnego miecza. Bo wtedy zaczną czuć się niepewnie. Więc wszelkie nasze marzenia i plany o posiadaniu własnej broni odstraszania, a nawet własnej tarczy antyrakietowej, czy eksploatacji gazu z łupków, bardzo muszą Niemców niepokoić. Nie dla tego, że zachodni sąsiedzi Polski nie lubią tylko, że czyni to nasz kraj bardziej niezależnym i mniej wrażliwym na chwilowe koniunktury, a co za tym idzie mniej podatnym na wszelkie formy nacisku czy to militarnego, politycznego czy ekonomicznego.

Tezy te, w żaden sposób nie nawołują do zrywania obecnych sojuszy, zaniechania współpracy gospodarczej czy wojskowej, zaostrzania tonu w dyskusjach z innymi państwami, czy pozbawionego podstaw agresywnego zachowania wobec nich. Mają tylko unaocznić, że wszelakie działania Niemiec, prowadzone są tylko i wyłącznie w interesie Niemiec. Tak samo jak wszelkie działania polskiej dyplomacji i armii powinny być prowadzone wyłącznie w interesie Polski. A jeśli są one zgodne z interesem któregokolwiek sojusznika, to tym lepiej – nie będziemy samotni. Szkodliwy jest natomiast dogmat o jedynej drodze w geopolityce, bo to z góry ustawia polityków nim przesiąkniętych w złej pozycji negocjacyjnej.

Dlatego, chcąc prowadzić z zachodnim sąsiadem współpracę na poziomie partnerskim, a nie występować jedynie w roli narzędzia realizacji jego interesów – już z definicji nie zawsze zgodnych z naszymi, należy szukać również innych opcji geostrategicznych. Oparcie się na wielkich zawsze rodzi groźbę, że możemy zostać poświęceni na ołtarzu ich własnych ambicji. Dlatego pomocy i oparcia dobrze szukać również wśród krajów dostrzegających te same zagrożenia i mających równie wiele do stracenia, co Polska. A to wymaga tworzenia wokół siebie nowej przestrzeni bezpieczeństwa. Szukanie takich separatystycznych sojuszy – choćby złożonych z koalicji mniejszych państw z obu stron wschodnich rubieży NATO i UE, czy najbardziej nawet fantastyczne wizje wymarzonej przyszłej polskiej potęgi, wcale nie kłócą się z przynależnością do obecnego bloku militarnego i wspólnoty gospodarczej. Przeciwnie: posiadając własne, niezależne od nich zaplecze polityczno-militarne, Polska może stać się bardziej równoprawnym i wymagającym partnerem do współpracy. Partnerem właśnie, a nie buforową prowincją.

15 komentarzy

  1. Stach Głąbiński

    Te rozważania przypominają opisane przez Długosza kombinacje rycerstw wielkopolskiego, mazowieckiego, sandomierskiego, krakowskiego i śląskiego, gdy każda z wymienionych grup współpracę z pozostałymi rozważała bez odwoływania się do wspólnoty. Liczył się, co nasz znamienity kronikarz słusznie określał mianem głupoty, wyłącznie krótko i egoistycznie pojmowany własny interes i dawne porachunki. Można też sięgnąć do analogii z jeszcze wcześniejszych dziejów, gdy np. Pałukowie wieść, że Niemcy złupili jakiś Milczan czy innych sąsiadów, kwitowali stwierdzeniem: dobrze tak draniom za to, iż nam ongiś narobili szkód.

    • Witam! Szczerze powiem, że nie wiem jak odpowiedzieć, bo albo ja źle rozumiem Pański komentarz, albo Pan źle odczytał to co napisałem: w tekście nie ma słowa o wzajemnych uprzedzeniach, braku chęci współpracy, czy rewanżu. W teście jest mowa o realiach polityki międzynarodowej i świadomości ograniczeń jakie niosą wszelkie (inne też) sojusze. Pozdrawiam. RW

      • Stach Głąbiński

        I właśnie podobnymi “realiami” zajmowali się nasi przodkowie, co powodowało widoczne również w artykule odsuwanie na drugi plan myślt o korzyściach (tzw. synergia) stwarzanych przez współpracę. Z artykułu wynika, że Polska dla sąsiadów stanowi jedynie bufor, którgo zniknięcie nie jest stratą, a nawet może dać korzyść w postaci powiększenia terytorium własnego państwa. Mamy tu dawne wyobrażenie o potędze władcy wyznaczonej przez posiadannie obszaru i jego naturalnych bogactw z tym, że przez monarchę rozumie się nie osobę, lecz plemię. Takie pojmowanie świata w sposób konieczny rodzi walki o terytoria a zarazem tępienie i przymusową asymilację obcych. Na szczęście takie wyobrażenia zanikają występując jedynie w środowiskach typu niemieckich ziomkostw czy polskiego PiS. Klęską byłoby objęcie w Polsce, Rosji i Niemczech rządów przez ludzi o opisanej prymitywnej mentalności, a przedstawiony katastroficzny scenariusz byłby jedynie jedną z wielu możliwych tego nieszczęścia konsekwencji. Gdyby takie zwyrodnienie władz nastąpiło, żadne zbrojenia nie ochroniłyby od nieszczęść zarówno nas i sąsiadów.

  2. Witam

    Ciekawie przedstawienie oczywistych tez, nikt nie ufa Niemcom w 100%… przynajmniej nikt naiwny, ale jaką mamy alternatywę na real? To:
    “Dlatego pomocy i oparcia dobrze szukać również wśród krajów dostrzegających te same zagrożenia i mających równie wiele do stracenia, co Polska. A to wymaga tworzenia wokół siebie nowej przestrzeni bezpieczeństwa. Szukanie takich separatystycznych sojuszy – choćby złożonych z koalicji mniejszych państw z obu stron wschodnich rubieży NATO i UE, czy najbardziej nawet fantastyczne wizje wymarzonej przyszłej polskiej potęgi, wcale nie kłócą się z przynależnością do obecnego bloku militarnego i wspólnoty gospodarczej. Przeciwnie: posiadając własne, niezależne od nich zaplecze polityczno-militarne, Polska może stać się bardziej równoprawnym i wymagającym partnerem do współpracy. Partnerem właśnie, a nie buforową prowincją.”
    – to jest dowód na to że chyba żyjemy na innych planetach i w innych reżimach intelektualnych. Co pan przepraszam chce zbudować? W oparciu o co? Proszę pana nie stać nas nawet na samodzielne opracowanie podstawowych kwestii militarnych, a co dopiero na to żeby cokolwiek móc komukolwiek zaoferować. Napisałem tu kiedyś w jednym z tekstów, że naszym wielkim sukcesem będzie jak nasze samochody zaczną kupować Niemcy. Proszę zacząć myśleć tymi kategoriami, po tym jak pan wróci ze swojej uczelni lub pracy tramwajem dofinansowanym w 68% (przeciętnie) przez panią Kanclerz Federalną… Sieg Merkel!

    • Witam i pozdrawiam. Niestety wbrew temu, co Pan napisał są w naszym Kraju osoby, które wszelkie wypowiedzi polityków, biorą za dobrą monetę. Bo gdyby tak nie było, to skąd brały by się przekonania od “przyjaźni” bądź “nienawiści” różnych krajów? Jak Pan zapewne był łaskaw zauważyć, nie znalazło się w moim tekście ani jedno słowo nawołujące do zrywania sojuszy, czy uprzedzania się wobec innych. Pisząc o strategach niemieckich, opisałem ich możliwe (domniemane) decyzje, które są zgodne z realizmem politycznym. I tu jak widać odmiennie rozumujemy. Po o ile pańskie poczucie realizmu minimalistycznego, nakazuje się pogodzić z faktami uznawanymi za niezmienne, o tyle moje przekonanie o wyższości realizmu aktywnego nakazuje poszukiwanie rozwiązań alternatywnych, nie rezygnując (od razu) z większości atutów stanu obecnego. A, do słuszności własnego sądu, przekonuje mnie choćby przykład Niemiec: gdyby 150 lat temu myślano tam tak, jak Pan proponuje… nie było by tego państwa, a tylko szereg maleńkich królestw i ksiąstewek. A bliżej naszych czasów: nigdy nie doszło by do zjednoczenia RFN i NRD. Pan wybaczy, ale śmiem mieć odwagę patrzeć dalej niż najbliższa przeszkoda i nie podzielać Pańskich obaw, ani zachwytów.

      • Strategie niemieckie są niezmienne od Fryderyka II Wielkiego, jedynie zmieniają się sposoby ich urzeczywistniania. Bajki o realizmie aktywnym proszę poopowiadać emerytom żyjącym za 700 zł i rodzicom dzieci czekającym po 3 miesiące do onkologa – to tyle tytułem próby budowy mocarstwowości… Pana sąd nie tylko jest niesłuszny, ale po prostu pusty ponieważ pan nie proponuje żadnej alternatywy dla tego co mamy w tej chwili (abstrahując od kwestii czy to wystarcza dla naszych aspiracji czy nie). Co do Niemiec 150 lat temu, to proszę pana o zjednoczeniu zdecydowała potęga przemysłu i jego potrzeby bardziej niż myślenie polityczne, któremu zresztą Cesarz był do ostatniej chwili przeciwny wydatnie gniewając się na Bismarcka. Proszę pamiętać o tym, że także zjednoczenie Niemiec zostało solidnie przez Kohla opłacone. My natomiast nie mamy pieniędzy nawet na to żeby przyciągnąć do siebie Ukrainę, co więcej nie potrafiliśmy nawet na tyle wysterować wschodnią polityką unijną, żeby to się stało. Więc więcej pragmatyzmu proszę zamiast wynaturzania się na temat domniemań co do moich obaw lub zachwytów… Śmiało proszę patrzeć dalej… jeszcze śmielej jest jednak spojrzeć głodnym polskim dzieciom prosto w oczy, to proszę pana wymaga prawdziwej odwagi, większej niż gdybanie i myślenie życzeniowe, za które płaci się krwią i stratami potencjału.

      • Krakauer. Proszę troszkę odpuścić z wycieczkami osobistymi. Mogę przychylać się do sensownych argumentów, ale nie będę się uginał się pod autorytarnym i “jedynie słusznym” stwierdzeniem o braku alternatywy dla bycia, nawet nie protektoratem, bo to my mamy być ich obrońcą w sensie militarnym, ale buforem dla obcego państwa. Narzucanych poglądów nasłuchałem się przez pierwszych 20 lat swojego życia i proszę wybaczyć, że nie trawię takiego tonu. Skoro nie widzi Pan żadnej drogi pozostania poza układem zależności, to jak Pan wytłumaczy fakt, że z takiego układu udało się wyjść Niemcom – nie tak jak my wspieranym w pewien sposób, ale odbudowanym niemal w całości przez USA w po
        wojnie? Tu dysproporcja potencjałów wszelakich: ekonomicznego, demograficznego i militarnego, między tymi dwoma krajami, była zdecydowanie wyższa niż między Polską, a Niemcami. I jeszcze jedno: uzależnianie się od kogokolwiek, czy czegokolwiek (nawet od pomocy), brak poszukiwania alternatyw, prowadzi w dłuższej perspektywie do utraty suwerenności. Sami się tej wolności wyboru mamy pozbawiać? W imię tego, że się tego od nas oczekuje, choć nawet nie wymaga?! Ale o tym Pan przecież wie. Aha, nie życzę sobie doszukiwania się w moich poglądach jakiś propozycji za które trzeba płacić “krwią i utratą potencjału”, bo ich tam nie ma Szanowny Panie!

        • RW w przypadku prymitywnej argumentacji, kogoś kto sili się na polemikę nie ma litości. Nie pozwolę na to żeby ktokolwiek mydlił czytelnikom oczy możliwością – opcją budowy polskiego imperium, bo do tego w istocie sprowadza się konsekwencja pańskiej retoryki. Co do wycieczek osobistych proszę to sobie rozumieć jak pan chce, ale jak uważnie wczyta się w mentorski styl swojego pierwszego komentarza, być może pan zrozumie uzasadnienie dla protekcjonalnej czy też lekceważącej odpowiedzi. Poza tym w niczym ci człowiecze nie uchybiłem – jeszcze… więc licz się z tym na co się powołujesz. Ani mnie ani czytelników nie interesują pańskie doświadczenia z całych 20 lat życia… ani odpowiadanie na kolejne wyrwane tezy podręcznikowych agitek w rodzaju odbudowy Niemiec. Widzi pan, a państwo Hetytów nie zostało odbudowane, a wie pan dlaczego? Widzi pan analogię? Więc w skrócie – Amerykanom opłacało się odbudować potężne Niemcy ponieważ miały w tym interes, widziały w Niemczech zaporę przed komunizmem, który groził Europie. A to, że Niemcy się uniezależniły zawdzięczają temu o czym pisałem – a na co pan nie zwrócił uwagi – swojej potędze przemysłowej, gospodarczej, bogactwu i znaczeniu. Odbudowały mistrzowsko swój potencjał korzystając z protekcji dawnego pogromcy. Nie ma tu żadnej analogii do sytuacji Polski. Oczywiście, że uzależnienie prowadzi do utraty suwerenności, ale my już od dawna nie jesteśmy państwem suwerennym, w zasadzie mało kiedy w historii takim byliśmy 🙂 Więc nie ma sporu – jest nierozumienie przez pana faktów i używanie paraleli, wykluczających rozumienie rzeczywistości. Już samo to, że pisze pan o poszukiwaniu alternatyw jest standardowym błędem, który zdaje się każdy popełnia – ale mało osób go sobie uświadamia. Alternatywa proszę pana zawsze może być tylko jedna. I nie obchodzi mnie to czego pan sobie życzy lub nie, ale jeżeli pisze pan niebezpieczne rzeczy – nie zamierzam na ten temat milczeć. Proszę przyjąć radę – zdecydowanie lepiej szło panu pisanie o okrętach, to było bardzo ciekawe. Geopolitykę proszę traktować o wiele bardziej odpowiedzialnie.

  3. Krakauer. Szanowny Panie. Jakiekolwiek jednoznaczne wskazywanie alternatyw, a tego Pan ode mnie w komentarzu wymagał, byłoby z mojej strony co najmniej niepoważne. Od tego mamy ministerstwo spraw zagranicznych, sejmową komisję s.z., które wspiera w tych działaniach cały korpus dyplomatyczny, rzesze analityków i wywiad. Nawet tworzenie samych tylko ogólnych koncepcji, wymaga posiadania zbieranej przez tych ludzi wiedzy, której nie posiadam ani ja, ani Pan. Moim celem jest zwrócenie uwagi na błąd w Pańskim rozumowaniu, polegający na zarzuceniu szukania alternatyw, co w dłuższej perspektywie doprowadziłoby do pełnego upodmiotowienia naszego Kraju. A zarzucanie, mi chęci pogorszenia losu “kalek, wdów i sierot” jest co najmniej nieładne, bo nic w moim tekście, nawet przy wytężeniu wyobraźni na to nie wskazuje. Podobnie jak na chęć, czy nawet dopuszczenie możliwości szafowania krwią i potencjałem. Proszę o merytorykę, nie demagogię. Pozdrawiam.

    • Przypominam, nie alternatyw ale alternatywy. Skoro jest niepoważne to po co pan o tym pisze? nie warto się wypowiadać na tematy na które nie ma się nic do powiedzenia! A jeżeli rzeczywiście szuka pan myśli strategicznej w miejscach, które pan wymienił to nie ma sensu kontynuować z panem znajomości. nie ma żadnego błędu w moim rozumowaniu szanowny panie – jest pana w percepcji. Trzeba czytać ze zrozumieniem. Ja nie zarzucam szukania alternatyw, ja mówię że jej nie ma (prawie na pewno nie ma) na tą chwilę. Do póki nie będziemy mieli przełomu w postaci np. broni atomowej… czy sytuacja się nie zmieni. Jeżeli pan alternatywę widzi – proszę ją wskazać a nie zasłaniać się pozornymi autorytetami.
      Co do mojej wiedzy, proszę się wypowiadać raczej o swojej.
      Szafowanie krwią, głód, bieda i straty – są właśnie wynikiem takich konceptualistów teoretyków, którzy chcieliby a nie wiedzą jak i dla samej możliwości buntu się zbuntują, chociaż nie widzą drogi – za dużo już takich straceńców w historii mieliśmy. Proszę szanować ciepłą wodę w kranie, naprawdę warto. nie pozdrawiam, na tym poziomie nie będziemy więcej dyskutować.

      • Oczywiście, że na tym poziomie dyskusja nie ma sensu. Ps. Na obecnej ekipie rządzącej państwowość polska się nie kończy, przypominam. Więc zarzucanie mi szukania autorytetów w tej ekipie jest poniżej poziomu jakiego się po Panu spodziewałem. Na ciepłej wodzie w kranie, szczególnie gdy kurek do niej trzyma kto inny, moje oczekiwania wobec państwa się nie kończą. Oczekuję po nim również suwerenności. Żegnam.

        • O proszę – udało się zdemaskować sympatyka a może i przedstawiciela prawicowej-prawicy. Własnie na tym polega problem, że na tej ekipie państwowość może się skończyć, po tym jak jej kolesie z prawicowego układu wezmą władzę będziemy mieli finis Poloniae. Proszę darować sobie zarzucanie – jedynie komentowałem to do czego się pan odwoływał, proszę nie być żenującym. Znalazł się specjalista od oczekiwać wobec państwa… Suwerenności… Idź pan bądź suwerenny, ale najpierw sprecyzuj pan to o czym pan piszesz – pokaż pan tą alternatywę czy nawet alternatywy! Potem możemy dyskutować. problem polega jednak na tym, że jej – ich nie ma, są tylko zagrożenia, właśnie w postaci krwi, biedy, sierot, wojny i braku ciepłej wody w kranie… Nie żegnam jest mi pan obojętny…

  4. Przepraszam za oczywistą pomyłkę w komentarzu: oczywiście “uprzedmiotowienia” nie “upodmiotowienia”.

    • Stach Głąbiński

      Ja się pogubiłem. Krakauerowi chyba chodzi o to, że nie możemy zbroić się, gdyż brak nam pieniędzy, ale to – tak mi się zdaje – nie przeczy treści artykułu? Mnie natomiast razi naiwne postrzeganie interesu państwa, narodu, władcy itp. Swoje zastrzeżenia spróbuję objaśnić w odniesieniu się do stwierdzenia KW o uzależnieniu niemieckiej gospodarki od dostaw surowców. Otóż aktualnie uzależnione są gospodarki wszystkich krajów od USA do np. Beninu jednak nie od czegoś innego, lecz od globalnej współpracy i wymiany. Efektywnie może odbywać się ona jedynie między zamożnymi krajami. Im kraje biorące w tej wymianie będą bogsatsze, tym ta współpraca będzie efektywniejsza. W warunkach PRAWIDŁOWEJ współpracy bogacenie się jednego z uczestników daje korzyść pozostałym, a odpowiednio tracimy na czyjejś biedzie. Nie przebiega ta współpraca idealnie, ale nie jest najgorzej, a czynione są starania, by ją udoskonalić

  5. Krakauer. Jak Panu szybko szufladkowanie przychodzi. Czy Pan też przyłącza się do łowów na “Pisiorów” i “Prawiczków”? Nie takie miałem dotąd o Panu zdanie. Czy dla Pana, pomiędzy dowolną “filią”, a “fobią”, nie ma niczego pomiędzy?

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.