Cicha ofensywa medialna rządu, ale nie Platformy Obywatelskiej

To, co obserwujemy od jakichś dwóch tygodni, a czego kulminacją było expose oraz poniedziałkowa obecność premiera w dwóch popularnych i wiodących w kreowaniu opinii programach telewizyjnych to nic innego jak cicha ofensywa medialna rządu, którą realizuje premier, jako reakcję na osłabienie pozycji sondażowej przez opozycję.

Co ciekawe nie jest to ofensywa partii – Platformy Obywatelskiej, która najdelikatniej mówiąc popsuła sobie sama papiery poprzez nadzwyczajną nierozważność przy głosowaniu w sprawie aborcji, ale właśnie jest to działanie rządu. Od kilku dni wyraźnie widzimy, jak pan premier ustami poszczególnych ministrów prezentuje nam na ładne wykresy robione w Power Poincie, przez co mediosfera jest przepełniona komunikatami świadczącymi o aktywności rządu.

W związku z tym można zadać pytanie, czy to jest reakcja na działania Prawa i Sprawiedliwości, czy też był przeciek – nie sugerujemy skąd i przez kogo – i to działania Prawa i Sprawiedliwości poprzedziły planowaną, nadaktywność strony rządowej. Jeżeli to byłoby prawdą, to nie potrzeba lepszego dowodu na stwierdzenie, że w Platformie Obywatelskiej dzieje się już tak źle, że stworzyła się wewnętrzna opozycja przeciwko ich własnemu rządowi. Dlatego też nie można się dziwić zniechęceniu premiera, co do niektórych działaczy partyjnych i ich postępowania.

Liczne przemówienia docierające do nas z ekranów naszych telewizorów mają stworzyć w nas przeświadczenie o aktywności rządu, który troszczy się o naszą sytuację w kryzysie, starając się ze wszelkich sił doprowadzić do poprawy sytuacji, nad którą – jak mamy ufać póki, co panuje. Warto zwrócić uwagę, że w komunikatach najważniejszych osób w państwie nie ma cienia alarmistycznego, nikt poza samym premierem, który pozwolił sobie na przypomnienie o wrednym obliczu historii nie straszy społeczeństwa kryzysem. Nawet zdarzyła się jedna czy dwie w miarę uspokajające i dostrzegające światło w tunelu wypowiedzi ministra finansów, podobnie prezes banku centralnego – nie robi dramatu, a co najważniejsze nawet nie zauważa nowych pomysłów gospodarczych rządu. Jedynie, co odważniejsi ekonomiści w rodzaju panów Grzegorza Kołodko lub Jerzego Hausnera nie wzbraniają się przedstawić swojej oceny sytuacji.

Jednakże przed premierem poważny problem, kwestia 300 mld zł, które obiecał w kampanii wyborczej, jako środki, które zdobędzie z Unii Europejskiej dla Polski w kolejnej perspektywie budżetowej Wspólnoty. Zważywszy na fakt, że obecnie realizowana Power Pointowa ofensywa medialna opiera swoje wątłe, ale mimo wszystko założenia merytoryczne na tych pieniądzach, to lepiej sobie nie wyobrażać skali dramatu, jaką byłoby pęknięcie tej bańki mydlanej. Trudno jest wyczuć, w jaki sposób rząd będzie chciał antycypować tą możliwą porażkę, tutaj liczby będą mówić same za siebie – nie będzie możliwości przekucia niczego lub porażki w sukces, tak jak zrobiono w przypadku prezydencji. Każda kwota mniejsza od obiecanej zostanie natychmiast oprotestowana przez opozycję, jako klęska rządu i całej jego „antypolskiej” polityki.

Nawet mając na względzie dużą odległość od wyborów i że ta koalicja raczej przetrwa, albowiem obu liderom jest to tak naprawdę i wbrew wszelkim domniemaniom na rękę, to i tak jakoś trzeba będzie już za rok najpóźniej – zupełnie poważnie przygotowywać się do wyborów. A tutaj już nie pomoże zwykłe PR-owskie sprawozdanie z „dokonań” kadencji, albowiem Polacy doskonale wiedzą, że rząd w praktyce nie robi nic żeby im ulżyć, a co więcej nie wytacza drogi, którą mamy wszyscy iść. Źródłem tej wiedzy jest sam pan premier, który się wprost przyznał do braku wizji, co prawda romantycznej, ale to zawsze wizji. Wśród tych Polaków jest także elektorat Platformy Obywatelskiej, jej członkowie i ich rodziny. Nie da się przed wszystkimi ciągle udawać aktywności nie robiąc nic. To nie jest możliwe na dłuższą metę. Jeżeli nałożymy na ten problem dodatkową kwestię podziałów kastowych w samej Platformie, które zawsze były, są i będą – kwestia tylko jak mocne, to mamy oto hydrę, której odrastają coraz to nowsze głowy i której się nie da powstrzymać ani jej w żaden sposób ograniczyć. Premier prawdopodobnie pogodził się już z utratą przywództwa przed wyborami, trzeba by tylko patrzeć na kalendarz wyborów do instytucji unijnych, do których mógłby odskoczyć na zwieńczenie kariery.

Niestety takie są konsekwencje miałkości rządów bez wizji i odnoszenia się do realnych problemów tak hołubionych przez premiera zwykłych ludzi. Pewnego dnia nawet wielki i potężny Donald Tusk będzie musiał zapłacić cenę za swoje rządy.

Tymczasem obserwujmy poszczególnych ministrów i „ministra”, przedstawiających kolejne cudaczne obietnice bez pokrycia, na które nie ma finansowania, albo, które w ogóle nie powinny być wyświetlane na tym poziomie zarządzania strategicznego, jakim jest ministerstwo. No chyba, że jesteśmy już tak wielcy i tak sprawnie zarządzani, że do wprowadzania wielkich planów wydatków na kilkadziesiąt miliardów złotych wystarczy nam parę abstrakcyjnych kresek w Power Poincie, podczas konferencji prasowej.

Nie miejmy złudzeń, ten rząd nas już niczym nie zaskoczy w tej kadencji a następnej go nie będzie, dlatego też już samo dotrwanie do końca i nie popsucie państwa także „do końca”, będzie prawdopodobnie, jako – jakaś tam, – ale mimo wszystko stabilność i przewidywalność doceniona. To smutne, że pierwszy premier w wolnej Polsce, który rządził dwie kadencje będzie mógł zapisać się w historii tylko tym, że przetrwał dwie kadencje i jeszcze tym, że bezproblemowo je zakończył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.