Społeczeństwo

Cała prawda o społeczeństwie

 Społeczeństwo traktuje swych członków, którzy stracili pracę – z winy pracodawcy, przypomnijmy – jak przestępców i usiłuje ich naprawić, stosując jako sankcje głód i poniewierkę. Kwota przyznana  bowiem takiemu delikwentowi przez społeczeństwo ma odstraszać, a nie umożliwiać przeżycie. Pracujący, poprzez stworzony przez siebie system, zdają się mówić: strzeżcie się utraty pracy, bo zostaniecie ukarani.

Bezrobotnemu wyznacza się na przeżycie miesiąca – jednego z trzech, które ma prawo przeżyć, jak się zakłada, na koszt podatnika – kwotę niższą niż 800 złotych. Zresztą prawdopodobnie pechowiec taki dostałby jeszcze mniej lub zgoła nic, gdyby Unia Europejska nie kazała jakoś tej sprawy uregulować. Nie wyznaczając kwot, oczywiście, poszczególnym członkom, a Polak potrafi oszczędzić na cudzym nieszczęściu. Niejeden czynsz kosztuje 600 złotych miesięcznie, poza tym należałoby się odżywiać. No i jak tu szukać pracy w XXI wieku bez telefonu czy internetu? Szczerze mówiąc bezrobotnemu na jedzenie wystarczyć już nie powinno i takie właśnie jest założenie. Za utratę pracy współczesne polskie społeczeństwo swojego członka karze więc głodem. A więc bardziej srogo niż innych przestępców, bo karę śmierci za inne, niż bezrobocie, przestępstwa polskie społeczeństwo jakże humanitarnie zniosło.

Miesiąc przetrzymywania w więzieniu obywatela, który naruszył jakiś ważny przepis, kosztuje podatnika ponad 2 tysiące złotych. Nawet odejmując wysoki koszt obsługi takiego osadzonego przez strażników, i tak skazany otrzymuje od współobywateli o wiele więcej niż bezrobotny. Poza tym korzysta z owej darmochy przez lata. Bezrobotny pławi się w luksusach za 800 złotych tylko przez trzy miesiące. Może ja się wymądrzam, jak to mam w zwyczaju, i zdecydowanie nie mam racji, ale trudno – moim zdaniem powinno być odwrotnie. Widać jednak wyraźnie, nic na to nie poradzę, że społeczeństwo, a już na pewno polskie społeczeństwo, bardziej troszczy się o swoich przestępców niż o swoich bezrobotnych.

Co ciekawe, jest to społeczeństwo normalne, katolickie, nie jakoś przesadnie przywiązane do etosu pracy jak społeczeństwa protestanckie na przykład. Jednak to właśnie społeczeństwa protestanckie o wiele bardziej troszczą się o grzesznych niepracujących niż polscy katolicy. I nie da się wszystkiego zwalić na mizerię polskiego budżetu. Chodzi bowiem o sens, o logikę i o proporcje… nie o pieniądze nawet. Otóż społeczeństwa protestanckie, tak przywiązane do etosu ordynarnej pracy, o wiele więcej przeznaczają środków na pomoc bezrobotnym, niż społeczeństwo polskie, tak przywiązane do etosu wzniosłej solidarności.

Ponieważ bezrobotny nie dostaje tyle, by przeżyć, zanim znajdzie sobie nową pracę, może więc społeczeństwo, kierując się współczuciem, pomaga mu tę pracę znaleźć? Diabła tam. Społeczeństwo oznajmia, że pracy nie ma i już. Jest mu przykro, ale co może zrobić. Przecież pracy nie daje społeczeństwo, więc i za jej brak nie odpowiada społeczeństwo, lecz jego zupełnie autonomiczna już i samorządna część, człon w rzeczywistości sytuujący się od jakiegoś czasu poza społeczeństwem, a nawet poza jego jurysdykcją, zwany pracodawcami. I tu jedna patologia rodzi drugą. Ponieważ jakakolwiek praca wykonana przez bezrobotnego na jakąkolwiek umowę sprawia, że traci on swój tak uprzywilejowany i pełen uroku status, wysokie umawiające się strony – pracodawca i bezrobotny – najczęściej postanawiają pracy nie popierać żadną umową, tak długo jak to możliwe. Co jest bardzo rozsądne, bo bezrobotny zarobiwszy 50 złotych na umowę, traci nie tylko 800 złotych zasiłku ale i prawo do bezpłatnej opieki zdrowotnej na przykład, zawarte w pakiecie świadczenia. Jasne jest, że ktoś kto dał się posunąć z pracy, zbyt rozsądny nie był, ale nie aż tak, żeby stracił zdolność wszelkiej kalkulacji. A wręcz przeciwnie – utrata pracy to przyspieszony kurs kalkulacji, podobnie jak więzienie to przyspieszony kurs desocjalizacji.

Natomiast każdy więzień – z wyjątkiem więźniów sumienia – może całkiem spokojnie dorabiać do tych 2 tysięcy, łożonych nań przez nas wszystkich, z bezrobotnymi i emerytami włącznie, pracując choćby i przy wytwarzaniu mioteł brzozowych. Ponieważ zaś w Polsce rynkowej, nie wiedzieć czemu, zniesiono dopiero co karę śmierci, która jako jedyna była przecież w miarę ekonomiczna i dla społeczeństwa opłacalna, biorąc pod uwagę stosunek do delikwentów, jego logikę i konsekwencje – nie ma u nas większego przestępstwa niż przestępstwo pozostawania bez pracy. Od bezrobotnych społeczeństwo odwraca się ze wstrętem i mówi im, że go nie obchodzą. Zaś bezrobotnych, którzy zimą, z powodu utraty miejsca zamieszkania, szukają ciepłego kąta na dworcu, wygania z powrotem na ulicę. I na wszelki wypadek likwiduje dworcowe ławki, bo co się będą na nich nieroby wylegiwać po nocach.

Prawdziwe oblicze społeczeństwa, także katolickiego, najłatwiej poznaje się zupełnie podobnie jak prawdziwych przyjaciół. W biedzie.

Nemo

One Comment

  1. To bardzo mocny i niesłychanie przemyślany tekst. Autor trafia sarkazmem w sam środek miejsca, które najbardziej boli uświadamiając otoczeniu jego rzeczywistą wartość – kołtuniarstwo, udawanie i mizerię.
    Szczere gratulacje autorze Nemo!
    Stawia pan obok obecnego tutaj krakauera to społeczeństwo na nogi z głębokiego upadku!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.