Polityka

Brukselo! Mamy problem, czyli o kolejności dziobania Multinational Financial Framework

 Mamy problem, bo idiotycznie obiecaliśmy własnemu społeczeństwu 300 mld zł z unijnej pomocy podczas ostatniej kampanii wyborczej i jeżeli teraz nie będziecie chcieli nam dać tych pieniędzy, to po pierwsze rząd straci na wiarygodności, a po drugie cała nasza polityka rozwojowa weźmie w łeb. W jednym z komunikatów Komisji Europejskiej czytamy: „Rozmowy na temat budżetu UE wchodzą w ostateczną, decydującą fazę, a najważniejsze reformy dotyczące sposobu funkcjonowania funduszy strukturalnych są przedmiotem dyskusji.” W Bratysławie spotkali się przyjaciele polityki spójności, żeby wspólnie pomruczeć zmysłowo w stronę Berlina, przypominając, że my także domagamy się wsparcia, bo przecież Europa to nie tylko Grecja, Hiszpania, Portugalia i Włochy. My także, zwłaszcza Polska potrzebujemy tych pieniędzy i nie wyobrażamy sobie nawet sytuacji, w której miałoby się okazać, że nie otrzymamy naszej dawki wsparcia.

Nowy wieloletni budżet – 2014-2020 (Multinational Financial Framework) to będzie nowa, jakość w pogrążonej w kryzysie i marazmie Unii Europejskiej. Niedawno w Nikozji podczas spotkania ministrów – przedstawicieli krajów płatników – Niemcy nieformalnie zgłosiły potrzebę ograniczenia budżetu Unii o 150-200 mld Euro, Wielka Brytania wręcz żąda zmniejszenia jego wysokości, o co najmniej 200 mld Euro. Cypryjska prezydencja pod presją krajów płatników wypowiedziała się wprost o konieczności globalnego obniżenia przyszłego budżetu, co musi oznaczać obcięcie polityki spójności, albowiem obcięcie wsparcia dla rolników jest politycznie nie do przeprowadzenia ze względu na jednoznacznie negatywne stanowisko Francji, z którą Niemcy nie zaryzykują otwartego konfliktu nigdy – wolą płacić na zachodzie a ciąć na wschodzie. Taka zawsze była, jest i będzie kolejność dziobania.

Nasz kraj zupełnie uzależnił się od pieniędzy unijnych, nie mamy polityki rozwoju poza środkami unijnymi. Nikt nie myśli u nas takimi kategoriami, co ma to uzasadnienie, że finansowanie się poprzez środki unijne jest o wiele bardziej efektywne, – bo uzyskiwany efekt dźwigni finansowej umożliwia nam szybsze nadrabianie zapóźnień, jednakże niezwykle banalnie pozbawiliśmy się jakiegokolwiek myślenia w kategoriach łączących ze sobą konieczność oszczędzania i uzyskiwania efektów z rozsądnego wydatkowania pieniędzy. Poza grantami – nie mamy w ogóle możliwości programowania rozwoju, tak skonstruowano cały system administracji publicznej, opierając na tym głównie rozwój regionalny, jako w pełni podpięty pod granty. Nikt nie twierdzi, że to źle, albowiem dopiero niewykorzystanie tych funduszy byłoby skandalem – tak jak ma to miejsce w Rumunii i Bułgarii, gdzie rządy tak bardzo bały się kar za ewentualne afery korupcyjne związane z nieprawidłowym wydawaniem unijnych pieniędzy, że zdecydowały się ściśle reglamentować ich wydatkowanie. U nas wręcz przeciwnie, w kwestii wydawania pieniędzy, moglibyśmy prawdopodobnie zaabsorbować z wdzięcznością i 20 razy tyle, nie wynika to z jakiejś naszej nadzwyczajnej zaradności, tylko po prostu skali zapóźnień i nędzy! Jesteśmy naprawdę przerażająco biednym krajem, dla którego otrzymane pieniądze to prawdopodobnie najwspanialsza szansa na rozwój, jaka spotkała nasz kraj od początku XVIII wieku.

Niestety rzeczywistość jest jak zwykle ciekawsza niż fikcja i o ile nikt na serio nie domaga się od nas dokładania się do ratowania bankrutującej Grecji, to zupełnie na poważnie najbogatsze kraje oczekują od nas, że ograniczymy nieco nasze postulaty popytowe, albowiem sytuacja tego wymaga. W naszym przypadku – przy założeniu ograniczenia ogólnego budżetu UE o około 15-20% jest to kwestia zejścia ze spodziewanych około 10 mld Euro wsparcia rocznie na około 7-8 mld Euro. Czy jest zatem, o co kruszyć kopię i nadymać się niczym paw? Może o wiele skuteczniej byłoby wyjść naprzeciw problemowi i chwycić byka za rogi? Żeby się nie okazało, że znowu chcemy wachlować retoryką „Nicea albo śmierć”? Nie jest to też kwestia utraty twarzy przez krajowych polityków, ale po prostu zwyczajna zasada solidarności. Bogatsi mają problemy, chcą nas dalej wspierać, ale w mniejszej wysokości – musimy to zaakceptować, żeby przynajmniej nie wyjść na niewdzięcznych.

O wiele ważniejsze byłoby spowodowanie dyskusji wewnątrz unijnej, w której tego typu transfery pomocowe jak polityka spójności, czy też polityka rolna – nie byłyby traktowane, jako darmowe granty dobrej woli ze strony bogatych na rzecz biednych, ale jako istotna forma transferu środków finansowych – wyrównująca różnice w produktywności i efektywności produkcji w różnych częściach UE. W ten sposób nadal byśmy siedzieli w kieszeni Niemców, ale „godniej”.

Reasumując – jest oczywistym, że otrzymamy mniej środków pomocowych niż się spodziewamy, dlatego należy dysponować nimi o wiele efektywniej, budując po prostu mniej muzeów a więcej fabryk. O nieprzyznanie nam środków nie ma, co kruszyć kopii, albowiem solidarność wymaga wsparcia potrzebujących. Jednakże nie wiadomo do końca, czy lepiej było wyłożyć parę miliardów Euro na Grecję a teraz świecić nagim truchłem przed bogatymi – prosząc o wsparcie, czy też udawać, że się nie słyszy rozsądnych komunikatów z Berlina i teraz dostać mniej z Brukseli? Dla polityków każde rozwiązanie, gdy wydają pieniądze jest złe i niepożądane. Najbliższy czas pokaże, jak efektywna jest nasza polityka wewnątrz europejska i jaką rzeczywistą siłę ma Warszawa w Unii. Szkoda tylko, że nieomalże pewna porażka – będzie wykorzystana, jako powód do krzyżowania rządu przez prawicową opozycję. No, ale to taka nasza specyfika.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.