Paradygmat rozwoju

Brakuje nam pragmatyzmu

 Polacy mają problem z indywidualizmem, akcyjnością i brakiem poszanowania reguł systemu, który sami dla siebie stworzyli. Jakakolwiek zmiana już na etapie propozycji jest traktowana podejrzliwie, co powoduje że np. reformy w naszym kraju są bardzo trudne. Ale to nie wszystko, albowiem nasza wspaniała literatura klasyczna i historia pełna świętowania klęsk i niepowodzeń zakodowała głęboko w sercach polaków szereg romantycznych frazesów. Dzięki którym było stosunkowo łatwo poderwać milionowe miasto do Powstania, czy też walczyć z „komuną”, ale nie da się przekonać Polaków do prawidłowej oceny własnej wartości.

Pragmatyzm jest wspaniałą cechą dla narodów z trudną historią i wysublimowanym sąsiedztwem. Pragmatyzm umożliwia selektywne podejście do problemów, posługiwanie się mistyfikacjami, niedomówieniami, niedorozumieniami. Pragmatyzm umożliwia przezwyciężenie myślenia intencjonalnego, a o to w przypadku narodów jest już szczególnie trudno, zwłaszcza tych z trudną historią i wysublimowanym sąsiedztwem.

Polacy w swojej masie przede wszystkim kierują się wewnętrznym przekonaniem o słuszności i poczuciu sprawiedliwości (alternatywnie krzywdy), do spraw wspólnych podchodzą silnie emocjonalnie. Najlepszy przykład – zbiorowe podejście do klęski sportowców na organizowanych w kraju mistrzostwach, w kontraście do sukcesu innych. Śpiewanie hymnu, złorzeczenie przeciwnikom, gwizdanie jak grają hymn przeciwnika – to wszystko to publiczne wyrażanie emocji. Jego kulminacją była seria bandyckich napadów na obywateli Federacji Rosyjskiej w Warszawie, w kontraście do pełnej fraternizacji z Irlandczykami w Poznaniu.

Podobnie jest z naszą polityką zagraniczną, kochamy Amerykę, chociaż ta nas w najlepszym wypadku nie zauważa, natomiast nienawidzimy Rosji, albowiem kraj ten w przeciwieństwie do Niemiec nie chce uznać swojej winy, nie mówiąc już o pojednaniu. W efekcie mamy jedną z najwyższych cen odbioru gazu w Europie, a w zamian za to mało co eksportujemy do Rosji, chociaż potencjał tego rynku jest kolosalny i mógłby postawić naszą gospodarkę na nogi.

Brak pragmatyzmu uniemożliwia nam odpowiednie podejście do spraw europejskich. Ustami ministra spraw zagranicznych, prawdopodobnie bez konsultacji z premierem – oddaliśmy władzę w Unii Europejskiej Niemcom, przy ich oficjalnemu niezauważeniu tego wiernopoddańczego faktu. Potem naiwnie pchaliśmy się, deklarując nawet miliardową pomoc – do stołu w strefie Euro, zupełnie nie biorąc pod uwagę swojego faktycznego znaczenia.

Przegrywamy na politykę historyczną w zasadzie z każdym sąsiadem. Niemcy zacierają po cichu ręce jak słyszą o „polskich obozach”, Ukraińcy pomimo wspólnej organizacji mistrzostw bezczelnie twierdzą o okupacji Lwowa przez Polskę, Rosjanie ustami swojego premiera wytykają nam dwuznaczność historyczną, a po tych mistrzostwach wiadomo, że jesteśmy rusofobami. Litwa podnosi krzyk na każdy możliwy temat, nawet jeżeli zakazuje używania języka polskiego w swoich dokumentach i pismach urzędowych.

Ze snów o potędze na temat polityki wschodniej nie pozostało już zupełnie nic. Ukraina ani myśli o integracji z zachodem, który także się nie kwapi do jakichkolwiek zobowiązań, Gruzja prędzej przejdzie przez ucho igielne, niż ją zobaczymy w NATO, a stosunki z Białorusią zresetowaliśmy sobie sami, za to nasz minister spraw zagranicznych, mógł mówić jednym głosem z ministrem spraw zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec, którego kraj nie tylko nie graniczy z Białorusią, ale nie ma tamże prawie półmilionowej mniejszości, abstrahując już od licznych pamiątek kultury materialnej. Tak zdecydowanie możemy rozmawiać z Białorusią przez Berlin, ta perspektywa z pewnością pchnie Mińsk wprost w stronę Moskwy. Sytuacja jest już prawie nie do opanowania, nic się nie da zmienić po kilku latach zabawy w politykę zagraniczną pana R. Sikorskiego.

Irak? Stracony dla pokoleń Polaków, długo będą tam jeszcze pamiętać polską okupację. Afganistan? Chyba tylko pacjenci psychiatryków wiedzą co my tam robimy, albowiem nie wie tego nikt z rządzących – a cele polityczne są tak mgliste, że równie dobrze jak Ghazni moglibyśmy okupować jakąś wioskę w brazylijskiej dżungli, politycznie efekt taki sam, przy czym można byłoby liczyć na życzliwe wsparcie brazylijskiej armii, a przez to cały proces byłby o wiele łatwiejszy.

Wnioski? Wszystko co robimy jako zbiorowość jest uwarunkowane sposobem naszego zbiorowego myślenia. W znacznej części życzeniowego, głęboko podszytego romantyzmem, chciejstwem i nastawieniem na to że jakoś tam będzie. W relacjach wewnątrz państwa nie ma kompromisów, albo my, albo oni. Przy czym można zmieniać kolory partyjne, nie ma w zasadzie żadnych ograniczeń. W polityce zagranicznej jest tak źle, że prawdopodobnie nie da się niczego już bardziej zepsuć poza zwykłym ogłoszeniem się kolonią, lennem lub ofiarowaniem jakiemuś sąsiadowi fragmentu własnego terytorium. Pragmatyzm jest sztuką, zwłaszcza w konieczności wykonywania działań przez struktury administracyjne, zobligowane do wykonywania poleceń politycznych wynikających z jakiejś większej wizji. Problem polega na tym, że niestety żadnej wizji nikt tu nie ma, a jeżeli nawet to trudno go podejrzewać o narodową prowieniencję.

One Comment

  1. Zapytam zatem Panie @krakauer:
    Jak z tym wszystkim żyć?
    Pzdr.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.