Brak cytostatyków okiem chorego na raka – wymiar systemowy

Leczenie choroby nowotworowej samo w sobie jest horrorem, prawdopodobnie dorównującym samej chorobie. Bólu nowotworowego nie jest w stanie zrozumieć nikt, kto nie zaznał na swojej skali bólu tego typu, jest jedynym, niepowtarzalny, wszechogarniający, nieunikniony i niestety to stały towarzysz chorych na różne postaci nowotworu. Leczenie w naszym kraju jest darmowe, w tym leczenie nowotworów. Generalnie Polska leczy chorych, być może nie najnowocześniejszymi metodami, – bo te nie są powszechnie dostępne i nie w tak nowoczesny sposób, jak robią to kraje zachodnie, – ale generalnie leczenie raka w Polsce nie jest nie możliwe. Z pewnością można powiedzieć jedno – mamy lepszych onkologów niż metody leczenia onkologicznego, natomiast sam proces leczenia w skład którego wchodzi przygotowanie chorego, w tym psychologiczne, podawanie leków, leków dodatkowych, terapie towarzyszące itp., to droga przez mękę dla każdego chorego.

Problem z leczeniem nowotworów polega głównie na tym, że jest to leczenie wyjątkowo drogie i wymagające w warunkach idealnych – pełnej izolacji pacjenta od świata zewnętrznego, zapewnienia mu wyżywienia i środków leczniczych odpowiednich do jego stanu. W przypadku niektórych rodzajów nowotworów prawdopodobieństwo wyleczenia sięga 90 % – pod warunkiem odpowiednio wczesnego wykrycia. Z tym niestety mamy w kraju problem, ponieważ generalnie nie ma żadnych programów przesiewowych obejmujących całą populację. Owszem przeglądane są grupy ryzyka, jednakże w przypadku kampanii przeciwnowotworowych wyraźnie daje się wyczuć kwestia klasowa. Generalnie osoby niezamożne, są nie tylko odcięte od nowoczesnych i wysoce skutecznych metod leczenia, ale także – a to prawdopodobnie jest najważniejsze – także od informacji o możliwościach leczenia. Ile razy każdemu z państwa zdarzyło się będąc u nowego lekarza – spotkać z pytaniem, kim pan/pani jest i gdzie pracuje? Po co takie pytanie? Chodzi o dobranie odpowiedniej metodologii leczenia – tj. np. poinformowanie chorego na nowotwór, że może jechać sobie do Szwajcarii i w aptece tu i tu kupić taki a taki lek, który spowoduje, że prawdopodobieństwo reemisji wzrośnie o kolejne 10% Często to 10% prawdopodobieństwa to granica między zżyciem i śmiercią, być może nie potrzeba ponawiać chemioterapii, jeżeli odnotuje się znaczące postępy i utrzymywanie się reemisji. Jednakże właśnie trzeba na te kilka procent szans mieć pieniądze, lub życzliwych przyjaciół, którzy pomogą w potrzebie – bezinteresownie i bez pytania. Niestety na leczenie najdoskonalszymi preparatami i liczne dodatki wspomagające diagnozę jak np. PET = szansę mają nieliczni.

Chemioterapia to nic przyjemnego, przeraża bezdusznością samej procedury realizowanej masowo przez wyspecjalizowane ośrodki onkologiczne. Pacjent przychodzi, pacjent siada na fotelu, pacjent otrzymuje nakłucie – podpięcie do rurek i oleista substancja powoli kropla po kropli wlewa się do żyły. Czasami w niektórych przypadkach dzieją się problemy, może np. dojść do zatrzymania akcji serca itp. Mniejsza z tym, najważniejszą informacją od „chemików” dla ogółu jest to, że każdy kolejny wlew może być dla nich zarazem ostatnim. Niewielka jest granica dzieląca człowieka podczas terapii nowotworowej od śmierci, wizja ostateczności jest czymś niesłychanie realnym – zwłaszcza, jeżeli człowiek przynależy do grupy terapeutycznej i widzi jak się ona wykrusza z czasem.

Poszczególne programy terapeutyczne zakładają konieczność podawania chorym określonej ilości specjalnie dobranych leków. Chorzy, jeżeli są w dobrym stanie ogólnym – dochodzą na wlewy, co jakiś czas, zgodnie z podanym grafikiem. Przestrzeganie czasów podawania leków jest jednym z kluczowych elementów terapii – albowiem leki oddziałują na blokowanie multiplikowania się komórek rakowych w sposób swoisty. Odpowiednie dobranie tego, jaki lek podać i w jakiej ilości i z jaką częstotliwością to zadanie dla lekarza onkologa. Chory ma się poddać leczeniu, zwalczając jedynie zewnętrzne objawy choroby i schorzenia towarzyszące.

Przerwanie leczenia zawsze jest równoznaczne z dużymi komplikacjami, głównie dlatego ponieważ organizm człowieka może wytrzymać jedynie ograniczoną ilość wlewów chemicznych. Z czasem zmienia się on pod wpływem podawanych lekarstw, które w istocie są wysublimowanymi truciznami. Wszyscy znamy obrazy telewizyjne z oddziałów onkologicznych, brak włosów na głowie, spadek masy ciała to jedynie zewnętrzne objawy walki organizmu z nowotworem.

Przerwanie danej serii leczniczej oznacza, że dany pacjent otrzyma mniej specyfiku w przewidywanym czasie terapii – mniej niż zaprojektowano. Przekłada się to wprost na uzyskiwane wyniki, albowiem zaprojektowana dawka i jej częstotliwość były dostosowane do możliwości fizycznych pacjenta. Zmniejszenie dawki oznacza, że cierpienie się odbyło, – ale spodziewane efekty zostaną pomniejszone o daną cześć dawki. Często zdarza się tak, że reemisja następuje nagle po kolejnej dawce leku. Jeżeli chory jej nie otrzymał, efekty leczenia mogą być zmarnowane.

Nie trzeba chyba mówić, jakim dramatem jest choroba od strony społecznej – dla chorego i jego rodziny to nagła i nieoczekiwana zmiana wszystkiego, co dotychczas uważali za ważne. Matka i zona przestaje pełnić swoją dotychczasową rolę, ojciec okazuje się bezbronnym i słabym człowiekiem, dziecko traci kontrolę nad swoim życiem. Wszystko staje na głowie, koszty życia drastycznie rosną, jedzenie staje się wyzwaniem – albowiem żołądek „chemika” wraz z intensywnością leczenia przestaje przyjmować jakiekolwiek jedzenie. Znalezienie kombinacji czegokolwiek, co chory jest w stanie zjeść metodą klasyczną a nie przyjąć dożylnie to wyzwanie dla całej rodziny.

W naszych realiach nowotwór to totolotek, w którym stawką jest śmierć chorego. Pieniądze zdecydowanie zwiększają szanse na wyzdrowienie, jednakże nigdy nie ma się pewności, albowiem rak nie wybiera, a poza tym jest nieprzewidywalny.

W powyższym kontekście dostarczanie środków leczniczych chorym na nowotwory to podstawa, to nie tylko obowiązek państwa, albowiem koszty nawet standardowego leczenia przekraczają możliwości finansowe dobrze zarabiającej rodziny. Na tym leczeniu nie powinno się oszczędzać, brakuje w naszym kraju zrozumienia dla potrzeb osób chorych nowotworowo.

Poza dostarczaniem leków, niezwykle wskazana byłaby osłona socjalna – coś na zasadzie uprawnień dla kobiet w ciąży – długi urlop finansowany przez ubezpieczyciela powszechnego.

Coś takiego jak przerwanie leczenia ze względu na brak leków w przypadku chorób nowotworowych nie powinno w ogóle mieć miejsca – nawet w przypadku wojny i zajęcia części terytorium kraju przez obce wojska. To, co się wydarzyło u nas w mijającym tygodniu to nadzwyczajny fenomen. Podobno prawie 40-milionowy kraj, rządzony przez wolny i demokratycznie wybrany rząd, skutecznie okupujący fragmenty odległych państw, odnotowujący bezustanny rozwój gospodarczy i rzekomy dobrobyt – nie był w stanie w jednym centralnym magazynie odłożyć kilku standardowych typów leków dla chorych nowotworowo? Jak to jest k….a m.ć możliwe, że odpowiedzialny za to minister – zresztą także onkolog nie wyleciał jeszcze z pracy? Jeżeli jesteśmy tak nieskończenie słabym państwem, że nie stać nas na myślenie i zapewnienie w wyniku procesów myślowych minimalnego zapasu leków – umożliwiającego obsłużenie 75% terapii nowotworowych w kraju przez okres około 30 dni – to dajmy sobie w ogóle spokój. Zabawa w bezpłatne leczenie, NFZ, Ministerstwo Zdrowia, a nawet państwo – nie ma żadnego sensu. Dlaczego jesteśmy tak przerażająco słabi i czy nikt w tym kraju nie posiada unikalnej możliwości myślenia z wyprzedzeniem?

Winni tego stanu zaniedbania powinni być publicznie wskazani, a przeciwko nim należy wszcząć postępowania karne z oskarżenia publicznego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.