Bieńkowska, Piechociński, Siemoniak, Sikorski – kto premierem?

Po kolejnych zapowiedział brukselskich możliwości pana Donalda Tuska w kraju zaczyna się dyskusja nad tym, kto obejmie kierownictwo w rządzie. Wstępnie podaje się trzech kandydatów, z których najciekawszą propozycją jest pani Bieńkowska, najsłuszniejszą pan Siemoniak a horrorem spędzającym sens z powiek pan Sikorski.

Mając do wyboru z pomiędzy tych trzech nazwisk należy wybrać technokratę Siemoniaka, który jak mało kto – doskonale sprawdza się w realiach naszej administracji i nie tylko potrafi nią zarządzać, ale przede wszystkim umie z nią rozmawiać jej językiem. Dokonania pana ministra to przede wszystkim to, że niczego nie popsuł i doskonale przeorganizował i prowadzi już drugie ministerstwo. Człowiek z takimi zdolnościami powinien być predystynowany do pełnienia najważniejszych funkcji państwowych, właśnie w momencie próby, jaką może stanowić dokończenie kadencji po bardzo popularnym polityku pochodzącym z wyborów.

Pani Bieńkowska pomimo całej pozytywnej aury jaką starają się wokół niej kreować media, jest kimś, kto sam nie określał siebie jak dotąd jako polityka – i to, podkreślmy, tylko i wyłącznie to – ją dyskwalifikuje. Taka osoba pomimo wszystkiego pozytywnego czego dokonała, może pozostać jedynie tym kim jest i kim sama siebie widzi, czyli zwykłym urzędnikiem, ale oczywiście bardzo wysokiego szczebla.

Natomiast pan Sikorski, to osoba, którego nazwisko nie pada na naszym portalu nie bez powodów. To jeden z najgorszych polskich ministrów w ogóle, a na pewno najbardziej szkodliwych dla kraju polityków w zakresie szerokiej dziedziny jaką jest polityka zagraniczna. Skala szkodliwości tego pana dopiero wyjdzie na jaw, jak zakończy się zabawa w partnerstwo wschodnie. Po prostu tego pana nie można dłużej tolerować w polskiej polityce, ponieważ przypatrując się jej wykonaniu w jego rękach – często rodzi się pytanie w rodzaju – czyje interesy ten człowiek reprezentuje? Oczywiście, może być też tak, że My nie rozumiemy naszego interesu narodowego, jednakże z zasady to większość ma rację.

Widać już dzisiaj brak naturalnego lidera w Platformie Obywatelskiej, który byłby w stanie wziąć towarzystwo tak jak na to zasługuje i prowadzić partię do sukcesu wyborczego, w tym znaczeniu, żeby po wyborach partia ta była znowu głównym koalicjantem – jedynego ukształtowania większości rządowej na jaką będzie można liczyć w topografii politycznej nowego Sejmu. Prawdopodobnie Donald Tusk liczy na to, że partia osiągnie ten wynik z rozpędu, ponieważ ludzie nadal nie mają alternatywy, a wizja Polski jaką zaproponowało prawo i Sprawiedliwość nie tylko smuci, ale przede wszystkim przeraża. Dlatego też liczenie na koalicję po wyborach, nawet jeżeli formalnie wygra je Prawi i Sprawiedliwość, niezdolne jednak do samodzielnego rządzenia to strategia rozsądnego środka.

Biorąc pod uwagę, że do wyborów trzeba raczej tylko dotrwać i stopniowo rozmiękczać Prawo i Sprawiedliwość spokojną i merytoryczną dyskusją – PO najlepiej zrobiłoby jednak robiąc premierem pana Piechocińskiego. Ten doświadczony polityk jest zdolny jak mało kto – przeciwstawić się retoryce Prawa i Sprawiedliwości w oparciu o rzeczywiste informacje państwowe.

Jeżeli powierzenie sterów władzy państwowej koalicjantowi to byłoby zbyt wiele na wytrzymałość sumień członków PO, to chyba jednak powinien zwyciężyć PR i pani wicepremier Bieńkowska, albowiem jest ona najbardziej efektywna i przyciąga uwagę. Przy czym uwaga – mądrze mówi, co może podobać się wielu wyborcom, a także takim grupom jak kobiety.

Reasumując – trzeba dotrwać do wyborów, na tyle rozmiękczając strategię Prawa i Sprawiedliwości, żeby wyborczy wynik tej partii uniemożliwił jej samodzielne rządzenie. To może zrobić każdy z potencjalnych pretendentów do władzy, jednakże najprawdopodobniej – najskuteczniejsza będzie w mediach kobieta.

Dlatego nie pozostaje nam nic innego jak życzyć przyszłej pani premier sukcesów. Jednakże widać, jak tej partii brakuje dzisiaj Grzegorza Schetyny, który może nie jest święty, ale akurat w tej chwili jego koncyliacyjne umiejętności i wybitny dar do zjednywania sobie ludzi – to byłoby to czego PO potrzebuje po „systemie-epoce Tuska” najbardziej.

One thought on “Bieńkowska, Piechociński, Siemoniak, Sikorski – kto premierem?

  • 18 lutego 2014 o 09:05
    Permalink

    “(…) jednakże z zasady to większość ma rację”.

    Naprawdę? To dlaczego większość nie zarabia milionów, tylko nieliczni?

    Żarty na bok, Tusk nie ma szans na nic innego, niż jakieś podrzędne stanowisko w Unii, a Sikorski jest skoncentrowany na zostaniu ministrem spraw zagranicznych w Brukseli po wygaśnięciu kadencji baronessy Ashton, a nie premierem Polski z ramienia partii, która prawdopodobnie przepadnie w przyszłorocznych wyborach.

    Z tego, co ostatnio wyraźnie widać, Sikorski chyba się nie identyfikuje z żadną z głównych partii politycznych w Polsce, a ministerstwo spraw zagranicznych w rządzie Tuska traktuje jako szczebel do kariery we władzach Unii Europejskiej, na co jego dotychczasowa działalność wyraźnie wskazuje. Dla poparcia mojej hipotezy przytaczam link do artykułu, który został wczoraj opublikowany przez Carnegie Moscow Center i który identyfikuje Sikorskiego jako współarchitekta nowej polityki Unii w odniesieniu do Partnerstwa Wschodniego: http://carnegieeurope.eu/strategiceurope/index.cfm?fa=54536&lang=en&postCommentStatus=1

    W polityce nigdy nic nie wiadomo do czasu podliczenia głosów oddanych w wyborach, więc wstrzymam się od stawiania radykalnych prognoz, choć szanse PiSu na uzyskanie większości w Sejmie wyglądają na dzień dzisiejszy dość realistycznie, szczególnie w świetle rosnących szans na pokojowe rozwiązanie kryzysu na Ukrainie, powrotu tego kraju do konstytucji z 2004 r., ustąpienia Janukowycza i być może nawet przedterminowych wyborów.

    W świetle powyższych faktów nie wydaje się, żeby osoba, która zastąpi Tuska na stanowisku premiera dokonała jakichś rewolucyjnych czynów zapewniających Platformie dotychczasową liczbę mandatów poselskich w Sejmie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.