Ekonomia

Bieda w Polsce modelu bezalternatywnego

 Problem biedy, czyli ubóstwa to pojęcie ekonomiczne i socjologiczne oznaczające brak dysponowania odpowiednim poziomem środków materialnych, niezbędnych dla zaspokojenia potrzeb przez człowieka. Poziom ubóstwa, czyli występowania biedy zależy od ogólnego poziomu rozwoju cywilizacyjnego danego społeczeństwa i jego przeciętnej zamożności. Przykładowo dla przedstawiciela ludu pierwotnego gdzieś w środku Amazonii – siekiera ze stali, gumowce, peleryna z PCV i wiadro to bardzo istotne wskaźniki poziomu życia, umożliwiające zwiększenie efektywności polowania i zbieractwa na skutek wzrostu mobilności, wydajności i bezpieczeństwa. Te same składniki majątku, które dla prymitywnego (w znaczeniu cywilizacyjnym) ludu są istotnymi wyznacznikami poziomu zamożności, narzędziami umożliwiającymi odnalezienie się i egzystencje w gospodarce pierwotnej, w przypadku społeczeństw na wyższym szczeblu rozwoju nie mają praktycznie żadnego znaczenia.

Podobny mechanizm uwidacznia się w społeczeństwach o wysokim poziomie rozwoju w wyniku dalszego pogłębiania się rozwoju cywilizacyjnego, zwłaszcza w jego wymiarze technicznym i społecznym. Zupełnie inne okoliczności decydują o zamożności Polaka – mieszkańca powiatu braniewskiego – typowo rolniczego na północy Polski a inne mieszkańca centrum Warszawy. W przypadku pierwszego dobry traktor, kawałek ziemi i nasiona mogą zaowocować dochodem, a dla drugiego te składowe majątku byłyby tylko obciążeniem wymagającym troski, albowiem najprawdopodobniej tenże nie posiada umiejętności niezbędnych w rolnictwie.

Mieszkanie w mieście i utrzymanie się w nim wymaga posiadania specyficznych kwalifikacji, nabywa się je w trudnym i drogim procesie edukacji oraz po jego zakończeniu – poprzez praktykę funkcjonowania w gospodarce wielkomiejskiej. O przydatności do funkcjonowania w niej decydują takie czynniki jak elastyczność, ilość kontaktów, specjalizacja, zdolność do szybkiego nabycia nowych kwalifikacji, itp. Ten, kto posiada kwalifikacje mniej wycenianie na rynku i nie potrafi się odpowiednio sprzedać, nie posiada należytych znajomości – kapitału relacji – ten spada na dół piramidy społecznej. Na szczęście w każdym większym mieście jest więcej prac wymagających niższych kwalifikacji lub zwyczajnej solidności, dlatego nawet jednostki bez kwalifikacji mogą znaleźć dla siebie zatrudnienie.

Problemem jest jednak skala osiąganych dochodów, albowiem o ile w środku piramidy i na jej wierzchołku, dochody umożliwiają funkcjonowanie wedle standardowego wzorca zakładającego tworzenie rodziny, prokreację i kreowanie nowego pokolenia poprzez zapewnienia warunków bytowych i sfinansowanie edukacji – to w przypadku pensji płaconych na dole piramidy pojawiają się problemy. Problemy te wyznacza rozwarcie nożyc dochodowo – kosztowych, jakie powstają pomiędzy przeciętnym dochodem jednostek a przeciętnymi kosztami niezbędnymi do funkcjonowania według określonego ogólnego wzorca życia w rodzinie.

Skutkiem takiego ułożenia poziomów dochodów jest nie tylko pogłębiające się rozwarstwienie społeczne, albowiem ci co mają więcej są zdolni do akumulacji i pobierania renty od odłożonego kapitału, ale o wiele groźniejsze są zjawiska przeciwne – związane z postępującą pauperyzacją znacznej części społeczeństwa, która w przeciwieństwie do „rentierów” cierpi na pogłębiające się niedobory.

Na domiar złego wszystko stopniowo drożeje, podwyżce cen towarzyszy zmniejszenie siły nabywczej, są to procesy zachodzące w skalach nie odczuwalnych bezpośrednio, jednakże procent składany w skali roku, – jeżeli zsumujemy sumę podwyżek podstawowego koszyka dóbr oraz utraty siły nabywczej nieindeksowanych dochodów może sięgać w skali roku wysokości jednej rocznej pensji. Żeby to osiągnąć procent składany musi osiągnąć około 7% rocznie. Ten proces następuje stale z roku na rok, jedne rzeczy drożeją, pensje nie są podnoszone, do tego dokładają się złodziejskie i “polakobójcze” podatki pośrednie, które swoje czynią i mamy oto efekty – ludzi nie stać już nie tylko na prokreację i odtwarzanie kolejnych pokoleń, ale nie mają pieniędzy na egzystowanie. Ciągłe oszczędności, ciągłe wyrzeczenia, ciągłe pożyczanie, to dobrzy znajomi większości Polaków. Zrzucanie winy na biedę strukturalną i niedostosowanie się ma sens w wąskim marginesie przypadków. Nasza bieda sięga już jednak tak dużego marginesu społeczeństwa, że staje się powszechna.

Wnioski – bez zmian systemowych bieda będzie się pogłębiać, albowiem tylko biedni finansują ten system. Równolegle zachodzi niebezpieczeństwo trwałej utraty potencjału i gwałtowności przemian, albowiem ludzie mają dość modelu bez alternatywnego.

3 komentarze

  1. Niesłychanie mocny w swojej wymowie tekst, jednakże nie zgadzam się z tezami, gdyż jak nasza gospodarka upadnie – będziemy zbierać po lasach grzyby i rąbać drzewa. A do tego potrzebne są jak autor wyliczył – siekiery, peleryny, wiadra i gumofilce (klimat inny niż w Amazonii).
    pozdro.

  2. tylko jakie zmiany systemowe miałyby to być?

    PRL był zły bo wszyscy mieli takie same żołądki ( tylko nie każdy taką sama pracę, wykształcenie itp ).

    Czy tak jak chce współczesna Solidarność; nowego rozdania w ramach nowego sierpnia ?
    Tu jest Polska, tu do koryta znów sie dopcha qrwa i złodziej, do tego znów komuś bedzie zależało na wywlekaniu starych brudów
    Systemowe zmiany prawne, konstytucyjne, narzucenie sobie samodyscypliny ? Nie w wykonaniu narodu warchołów, kombinatorów, cwaniaków

    Jedyne co mi przychodzi na myśl to to komisaryczne zarządzanie państwem, kontrakty dla fachowców zza granicy, przy dużym ograniczeniu możliwości sejmu ( plus JOW ). Ale wówczas się podniesie krzyk że to zamach na polską wolność, polskie wartości.

    Tak, to byłby zamach, ale na polską anarchię, niszczącą kraj od 200 lat z okładem.

    Obawiam się że jakiekolwiek kroki są juz spóźnione, sytuacja jest analogiczna do ostatnich lat RP przed rozbiorami, tyle że rozbiory generalnie wyszły Polakom na zdrowie…..Za wyjątkiem bezmyślnych zrywów powstańczych, po których były sankcje

  3. Nasze KOCZOWANIE musi być inne niż a Amazonii, bo my mamy ZIMY.
    Chyba że się klimat ociepli na tyle, że większości Narodu nie zagrozi w leśnych obozowiskach wychłodzenie i zamarzniecie.
    Wywaleni z miejskich mieszkań za brak spłacanego czynszu (i kredytów za mieszkania!) przetrwamy w leśnych odstępach, o ile Premier Donald T. doprowadzi do nich słynną CIEPŁĄ WODĘ.
    Trzymam za Niego kciuki.
    Najtrudniej będzie obyć się bez prądu.
    Jak wówczas przeczytać świetne teksty @krakauera?
    Bez prądu nie da się.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.