Bez wzrostu oszczędności nie ma mowy o wzroście gospodarczym „po” funduszach UE

graf. red.Jesteśmy w interesującej sytuacji, w zasadzie nawet fascynującej z punktu widzenia ekonomii stosowanej. Nasz kraj rozwija się gospodarczo od 26 lat – bez własnego kapitału, importujemy go razem z technologiami i praktycznie wszystkim, jednak czegoś takiego jak polski kapitał praktycznie nie ma. Głównie, dlatego ponieważ nie ma prawdziwych oszczędności.

Oszczędności osób fizycznych, oszczędności gospodarstw domowych, to podstawa wszystkich rozwiniętych gospodarek Zachodu. Podobnie liczą się oszczędności firm, niektóre z globalnych korporacji dzisiaj mają więcej gotówki w dyspozycji niż państwa i nie bardzo wiedzą, co z nią zrobić i jak ją opłacalnie i w sposób wolny od ryzyka ulokować. Niestety tego nie można powiedzieć o naszym kraju, nie mamy ani znaczących oszczędności gospodarstw domowych, ani istotnych kapitałów w zasobach firm. Osobnym problemem jest to, że większość firm jest zagraniczna i zupełnie inaczej rozpatruje kwestie inwestowania niż firmy polskie przyjmijmy, że koncentrujemy się na sektorze Małych i Średnich Przedsiębiorstw. To także osobny fenomen naszej gospodarki, albowiem rozwój sektora MSP przez ostatnie ćwierć wieku odbywał się bez zapewnienia mu finansowania przez sektor finansowy. Dominująca większość firm tego sektora działa dzięki zapewnianiu finansowania przez ich właścicieli.

Dzisiaj ten model już się wyczerpał, firmy rodzinne albo osiągnęły bariery rozwoju spowodowane rynkiem, albo technologią – nie da się zrobić niczego więcej, ponad pewien poziom rozwoju, a zarazem nie da się na nim pozostać, ponieważ globalizacja oznacza zupełnie nowe zasady konkurencji, która nie śpi. Jeżeli sektor finansowy, niestety przeważnie w obcych rękach, nie zacznie współdziałać z gospodarką i nie stworzy jakiejś opłacalnej i bezpiecznej formuły jej finansowania, to nie będzie mowy o dalszym rozwoju Polski, o dalszym wzroście gospodarczym, zwłaszcza bez funduszy unijnych, które dzisiaj jak sterydy wspomagają polską gospodarkę.

Tak się niedawno złożyło, że rząd w Polsce zlikwidował znaczną część aktywów znajdujących się formalnie w dyspozycji instytucji finansowych. Przyczyniło się to bardzo istotnie do kryzysu naszego sektora finansowego, co prawda banki śpią na pieniądzach, ale się nie chce ryzykować z alokowaniem aktywów poniżej pewnego poziomu. Duże pieniądze w Polsce są i czekają na zarobek z bezpiecznych odsetek od publicznych papierów dłużnych. Nie ma chętnych do ponoszenia ryzyka w inwestowaniu w realną gospodarkę, ponieważ nie ma popytu, który mógłby być obiecujący dla podaży. Popytu nie ma, ponieważ ludzie mało zarabiają i szanują pieniądze, a dlatego mało zarabiają, ponieważ nie ma dostatecznej ilości, odpowiednio płatnej pracy, a tej nie ma, ponieważ firmy nie inwestują w gospodarkę.

Na szczęście jest jeszcze państwo, które od pewnego czasu ma dużo pieniędzy, na tyle dużo, żeby to było dla nas gospodarczo istotne. Ich źródłem jest Unia Europejska i niestety te pieniądze, służące inwestycjom publicznym – w najbliższym czasie się skończą wraz z obecnym siedmioletnim budżetem Unii (2014-2020). Jak na tą chwilę nic nie zapowiada, żeby finansowe wspomaganie miało trwać dalej, na pewno będzie funkcjonowała w jakiejś mierze Wspólna Polityka Rolna, ale o dalszym wsparciu w zakresie Polityki Spójności to sobie możemy raczej marzyć. Dotychczasowy poziom finansowania i sposób jego udzielania raczej się już nie przedłuży. W praktyce oznacza to, drastyczne ograniczenie poziomu inwestycji w naszym kraju po 2020 roku.

Poziom oszczędności w Polsce przez najbliższe lata prawdopodobnie nie wzrośnie, jak również sama skłonność do oszczędności, z tego prostego powodu, ponieważ gospodarka jest w klinczu wynikającym z osiągnięcia poziomu rozwoju opartego na wyczerpaniu dominującej części dostępnych i możliwych do wykorzystania prostych składowych. Chodzi o to, że przy tym poziomie innowacji – więcej już nie wytworzymy, a nawet jeżeli to krańcowa użyteczność każdej zarobionej złotówki będzie okupiona nadzwyczajnym wykorzystaniem zasobów i dostępnego kapitału, ponieważ właśnie poziom innowacji jest zbyt niski żeby mieć wpływ na efektywność/produktywność. Dodatkowo w prognozowanym okresie nasilą się konsekwencje zjawiska depopulacji, co ograniczy możliwości wytwórcze naszej gospodarki.

Mamy przed sobą jeszcze pięć lat na działanie, dużo czasu po prostu zmarnowaliśmy zajmując się sprawami typu „6-cio latki” itp. Biorąc pod uwagę, że kandydatka na premiera pomalowała ostatnio kawałek korytarza w jakiejś szkole, nie można się spodziewać żeby w razie zwycięstwa, nowa opcja rządząca zajęła się gospodarką na poważnie. Jeżeli tylko nie popsują i nie pogorszą nam rzeczywistości, to już będzie bardzo duży sukces, miejmy świadomość, że bez wzrostu oszczędności nie ma mowy o wzroście gospodarczym „po” funduszach UE. Tylko, w sumie co to kogo obchodzi? Politycy nie będą się przejmować problemami przyszłości.

12 myśli na temat “Bez wzrostu oszczędności nie ma mowy o wzroście gospodarczym „po” funduszach UE

  • 23 sierpnia 2015 o 06:52
    Permalink

    Bardzo intrygująca, ale brutalnie prawdziwa teza.

    Odpowiedz
  • 23 sierpnia 2015 o 07:32
    Permalink

    Ale pomalowała!
    Tylko zaoszczędzone w ten sposób paręset złotych – powinno być ODŁOŻONE, i nie byłoby wówczas problemów, o których pisze autor.

    Tylko takie odkładanie codziennie 1000 zł powinno dotyczyć MILIONA zdarzeń i osób.
    Co rocznie daje 300 mld zł.

    Odpowiedz
  • 23 sierpnia 2015 o 15:22
    Permalink

    Przy tym poziomie dochodów i przeciętnych kosztach utrzymania nie ma szans na akumulację kapitału.

    Odpowiedz
  • 23 sierpnia 2015 o 16:16
    Permalink

    Z czego mam oszczędzić panie mądry Krakauer? Z 1700 zł pensji? 96 zł na dziecko z Urzędu Gminy? Czynsz 1000, opłaty 500, wyprawka dla dziecka 700 zł, a jedzenie? Żeby nie rodzice nie dałoby się żyć a pan pisze o oszczędnościach!

    Odpowiedz
  • 23 sierpnia 2015 o 17:10
    Permalink

    Marzą mi się czasy gdy UE przestanie dawać Polsce pieniądze, które są przeznaczane na budowę stadionów,Orlików,wiejskich parków, aquaparków w miejscowościach położonych nad jeziorem itd. Marzą mi się czasy gdy polskie firmy rodzinne będą mogły rozwijać własną działalność nie będąc zdominowane przez zagraniczne koncerny, które nie płacą w Polsce podatków i niszczą małe firmy, nie mające żadnych szans z koncernami. Marzą mi się czasy gdy Polska przestanie kupować broń z demobilu, która nie służy obronie Polski. Marzą mi się czasy gdy Polacy nie będą stanowili najtańszej siły roboczej w UE a będą wykorzystywali swój intelekt do odbudowy Polski, sądzę, że nie jestem odosobniona w marzeniach, ponadto pomarzyć ludzka rzecz.

    Odpowiedz
    • 23 sierpnia 2015 o 18:13
      Permalink

      …w niedzielne popołudnie.

      Pozdrawiam

      Odpowiedz
  • 23 sierpnia 2015 o 17:18
    Permalink

    Zawsze można oszczędzić 10% dochodów, a jak są marne – to nawet 5% należy odkładać, co daje 1020 zł w ciągu roku z 1700 zł miesięcznego dochodu.

    Dowód: jak przypadek losowy przyciśnie i trzeba będzie POŻYCZYĆ 1000 zł, to ile trzeba będzie oddać?

    Wniosek: nawet najbiedniejsi powinni odkładać na tzw. czarną godzine, która może nadejść ZAWSZE!

    Odpowiedz
    • 23 sierpnia 2015 o 20:11
      Permalink

      Nieśmiało przypomnę, że oszczędzanie w ramach 5-10% “zje” inflacja a jednocześnie brakuje mi na bieżące opłacenie rachunków, czyli w konsekwencji komornik.

      Chcę jednak pozostać optymistycznym pesymistą (ciągle ten rodzaj męski) i tu cytat:
      “zawodem wredniejszym od donosiciela jest zawód komornika, bo nim zostaje się z cwaniactwa, s@urwysyństwa i chęci zysku”

      Wojciech Karolak o Komornikach (“Przegląd”34/2015)

      Odpowiedz
  • 23 sierpnia 2015 o 17:50
    Permalink

    Syty głodnego nie zrozumie. Właściwie tylko tyle przychodzi mi do głowy po przeczytaniu.

    Odpowiedz
  • 23 sierpnia 2015 o 18:20
    Permalink

    @Szary, tu chodzi o porządek w myśleniu i planowaniu własnego życia.

    Jeśli będę MUSIAŁ oddać 1500-1700 zł za POŻYCZONĄ “CHWILÓWKĘ” w kwocie 1000 zł, to o czym tu rozmawiać.

    Przy reżimie oszczędzania 5% oszczędzamy 500-700 zł rocznie, czyli blisko 1/3 miesięcznego dochodu 1700 zł.

    Inaczej nie można żyć, zwłaszcza jak się ma dzieci i zawsze coś się dzieje.

    Biedni muszą bardziej oszczędzać, niż bogaci.

    I tyle.

    Odpowiedz
  • 23 sierpnia 2015 o 21:59
    Permalink

    Reasumując: wypowiedź/i Państwa diametralnie różna, a powód
    prozaiczny z “pustego i “Salamon” nie naleje” nb. niegdyś
    kosmopolityczno – liberalni ‘towarzysze” podkreślali złośliwie,” braki” u Tow. “Wiesława”.
    Znane jest powiedzenie, ‘czemuś biedny – boś głupi…czemuś
    głupi – boś biedny”.

    Poważnie: OKRUTNIE rozwarte nożyce(republika bananowa).
    Raj dla nielicznych i piekło codziennej walki
    o przetrwanie czyli, “jedni drugich brzemiona noście”.
    Solidarność w pełnej krasie,dla pokolenia dzisiejszych
    35-latków, taka Polska i stosunki społeczne
    to norma innej nie znają, chyba ze “posiadają’ dziadków
    nie, nie tych leśnych” – mam na myśli pokolenie żyjące
    pracujące, odbudowujące po zniszczeniach wojennych
    czy zaniechaniach przedwrześniowych – Polskę Ludową.

    Dobrej nocy

    Odpowiedz
  • 24 sierpnia 2015 o 07:13
    Permalink

    Jednym słowem mamy POSOLIDORNOSĆIOWY raj.
    35 lat temu wywalczyli nam go nasi dzisiejsi bohaterowie.
    Za te 1700 zł na miesiąc dla 5-cio osobowej rodziny – CZEŚĆ im WIELKA i CHWAŁA!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.