Polityka

Analiza przemówienia Radosława Sikorskiego – partactwo wschodnie i sześć słynnych strzałek

 Wystąpienia ministra spraw zagranicznych przez Sejmem zawsze stanowią ważne wydarzenie polityczne, dokładnie analizują je wszelkie liczące się ośrodki opinii w krajach przyjaznych i wrogich. Dlatego warto jest prześledzić, co takiego przedstawił w swojej informacji pan minister Radosław Sikorski.

Na samym początku, pan minister zaznaczył, że w informacji tej zawarte są plany na obecną kadencję rządu RP w zakresie prowadzenia polityki zagranicznej.

Minister nie bawi się w ładne słowa, mówi bardzo konkretnie jak wygląda rzeczywistość w swojej diagnozie na początku przemówienia: „Koniunktura międzynarodowa Polski jest nadal dobra, choć gorsza niż w niedawnej przeszłości. Nie widzę zagrożeń dla pokoju, a Polska z każdym rokiem bliższa jest osiągnięcia należnego jej miejsca w świecie. Jednak gospodarcza i wojskowa siła Zachodu oraz jego prestiż zmalały. W Europie wspólnotowa metoda decyzyjna jest coraz częściej podważana, a kryzys gospodarczy zmniejszył atrakcyjność cywilizacyjną i siłę oddziaływania Unii. Stany Zjednoczone redukują budżet obronny oraz reorientują swą politykę na Pacyfik. Dzięki wysokim cenom surowców i determinacji przywództwa Rosji postępują próby jednoczenia państw poradzieckich wokół alternatywnego dla Europy ośrodka politycznego.” Niestety nie można się zgodzić z jego w sumie optymistyczną wizją świata, samym stwierdzeniem, że koniunktura międzynarodowa Polski jest nadal dobra, ale gorsza niż wcześniej – minister próbuje usprawiedliwić małość i miałkość swojej polityki. Faktem jest, że zachód mniej się nami interesuje, a wschód po rozwaleniu naszej polityki wschodniej – generalnie może nas „olewać” i nie zauważać, tak jak bakterii. Cieszy, że pan minister nie widzi zagrożenia dla pokoju – jednakże jest to nadmierny hurra optymizm, albowiem w przypadku rozruchów na Białorusi, lub wojny domowej na Ukrainie, Polska stanie się mimowolnym uczestnikiem każdego z tych scenariuszy, – jako pole dla rozegrania się klęski humanitarnej. Poza tym, pan minister widocznie nie bierze pod uwagę zagrożenia terrorystycznego, które Polsce, jako krajowi „krzyżowców” grozi. Niestety Irak, Afganistan, Stare Kiejkuty – to porażki medialne i PR-owe naszego państwa w świecie islamu. Nie wiadomo jak rozumieć sformułowania, że Polska jest coraz bliższa jakiegoś tam miejsca w świecie. To naprawdę fascynujące – pan minister dostrzega jakieś miejsce i je widzi, jeżeli to prawda, to jest on chyba jedyną osobą z jakąkolwiek wyklarowaną wizją całości. Nie można się zgodzić, co do spadku siły gospodarczej i militarnej zachodu, to nie prawda – to konkurencja się wzmocniła! My, a raczej zachód stoi w miejscu. Co do prestiżu, bezwzględnie pan minister ma rację, po prostu mit runął, zachód nie jest rajem, co więcej w istocie nigdy nim nie był. Słowa ministra o Europie, dużo znaczą, albowiem dostrzega on problem istnienia samej wspólnoty w ogóle i atrakcyjności cywilizacyjnej zachodu, jako systemu! Uwaga na temat USA jest pustosłowiem, to stwierdzenie faktów, które nikogo nie powinno dziwić. Co do Rosji to pan minister zapomniał dodać, że skuteczność tych prób konsolidacyjnych Moskwy jest funkcją między innymi jego nieudolności w zakresie wytyczania celów i realizacji polityki wschodniej.

W dalszej części wystąpienia pan minister dokonuje porównania obecnego kryzysu z Wielkim kryzysem okresu międzywojennego. To bardzo ciekawe zestawienie, szkoda jedynie, że pan minister nie zauważa, – że obecnie również obywatele III RP doświadczają biedy na ogromną skalę, tylko ma ona nieco inny wymiar. Podniosły się standardy i podniósł się próg zamożności, jednakże dystans, jaki dzieli naszych biednych od biednych zachodnich – jest stale tak samo dramatyczny, a nawet większy, bo o ile w czasach wielkiego kryzysu i u nas i u nich byli ludzie głodni, to obecnie – przy pełnym prosperity u nas i kryzysie u nich – tam nadal wszystkim żyje się dostatnio – a u nas nadal ludzie żyją na progu egzystencji lub głodują. Niestety progi cywilizacyjne pomimo 90 lat mamy nadal tak samo ostro skonstruowane jak podczas wielkiego kryzysu.

W zakończeniu wprowadzenia do wystąpienia pan minister stwierdził: „współczesna Polska jest najlepszą, jaką mieliśmy”. W zasadzie można na tym zakończyć analizę wypowiedzi pana ministra, albowiem słów tych – nie da się w żadnej mierze na spokojnie komentować, emocje nie są dobrym doradcą – zwłaszcza w sprawach tak zasadniczych jak ocena ponad tysiącletniej historii i dorobku państwowości polskiej! Pan minister na bardzo wiele sobie tutaj pozwolił. Przede wszystkim należy stwierdzić, że jest to stwierdzenie niedopuszczalne dla polityka tak niskiej rangi jak minister! To ewentualnie mógłby powiedzieć premier w przemówieniu, zwłaszcza na podsumowanie po drugiej kadencji z rzędu. Z pewnością prawo do takiego podsumowania ma Prezydent RP, on jest przecież formalnym przywódcą państwa i narodu. Rozumiejąc tezę ministra w sposób minimalistyczny, tak faktycznie ta Polska to najlepsza Polska, jaką ON i jego środowisko za swojego życia miało. Wiedzie mu się świetnie, ma pieniądze, kontakty, dach nad głową, wygodne i dostatnie życie. Więc z jego perspektywy i perspektywy jego środowiska z pewnością ta Polska to najlepsza Polska, jaką pamiętają, jakiej doświadczali, – ponieważ sam ją stworzyli dla siebie samych, dlatego nie może się ona im nie podobać. Próbując jednak odnieść tezę ministra do kategorii obiektywnych, uznając za najważniejsze wskaźniki stanu państwa – dobrobyt i warunki życia obywateli, bogactwo obywateli, zamożność państwa, jakość sprawowanej władzy, potencjał ekonomiczny i militarny, siłę militarną, znaczenie międzynarodowe to niestety, ale obecna Polska Tuska – Komorowskiego i Sikorskiego ma się nijak do Polski Zygmunta I Starego, kiedy to Polska była faktycznym imperium nie mającym równego sobie w ówczesnej Europie poza Hiszpanią, kiedy to magnateria polski z politowaniem patrzyła na jakieś odległe księstwo moskiewskie na wschodzie, kiedy to w ogóle nie istniał dla Polski problem niemiecki – albowiem Niemcy byli poddanymi króla, a Prusy grzecznymi lennikami. Jeżeli pan Sikorski śmie porównywać obecną Polskę z Rzeczpospolitą ostatnich Jagiellonów – to po prostu daje dowód, że nie zna się na historii, albowiem nigdy nasz kraj nie był tak potężny, bogaty i wpływowy jak wówczas.

W dalszej części przemówienia, pan minister stwierdza, że „(…) najważniejszym instrumentem przeciwdziałania niesprzyjającym nam trendom i ich odwracania była naturalnie prezydencja Polski w Radzie Unii Europejskiej.” Bez względu na to, czy nasze przewodnictwo jest uważane za najlepsze od czasu wejścia w życie Traktatu z Lizbony, to większej porażki organizacyjno-prestiżowej poza klęską partnerstwa wschodniego – jak nasza prezydencja to dawno nasz kraj nie widział. Owocem polskiej prezydencji pozostało jedynie sześć słynnych strzałek, może gdzieś się wala jeszcze parę promocyjnych długopisów Made in China lub laptopów kupionych dla urzędników, jednakże naprawdę, jeżeli minister spraw zagranicznych naszego rządu uznaje prezydencję za naturalnie najważniejszy instrument przeciwdziałania niesprzyjającym nam trendom i ich odwracania – to znaczy, że rzeczywistość jest o wiele gorsza od tej, którą myślimy, że znamy. Kontestując dalsze tezy pana ministra, należy stwierdzić, że nie ma znaczenia, jaką opinię na temat prezydencji mają nasi rodacy, liczy się to, co osiągnęliśmy dyplomatycznie – i jak sprzedaliśmy swoją markę. Bzdury w rodzaju, że „staliśmy się partnerem, o którego warto zabiegać.”; to pan minister może swojemu dziecku opowiadać a nie nam, – którzy widzieli żałosne próby rządu RP o doproszenie się do pańskiego stołu strefy euro!

W dalszej części wystąpienia, w kolejnym akapicie pan minister kreśli ramy realizowanej przez nasz kraj polityki, której osią miało być udowodnienie, że chcemy „więcej, a nie mniej Europy”, chwali się przyjęciem tzw. sześciopaku przez Parlament Europejski, stwierdzając nawet: „Uważam, że gdyby Unia przyjęła go wcześniej, do tak poważnego kryzysu mogłoby nie dojść.” Jest to bardzo ciekawa teza, ciekawe czy zauważy ją jakikolwiek komentator lub analityk z zagranicy.

Pan minister w niesłychanie zręczny i zawoalowany sposób omawia porażkę partnerstwa wschodniego, jako ofertę dla wschodu „mimo zaangażowania Unii na Południu”. Bezradność i machanie białą flagą przez pana ministra wychodzi w zdaniu: „To, czy europejskie aspiracje naszych wschodnich sąsiadów ziszczą się, zależy przede wszystkim od nich samych.” I to śmie mówić człowiek, który uznał obecną Polskę za najlepszą, jaką mieliśmy! Zupełnie chyba nie pamięta jak Król Polski realizował wówczas politykę wschodnią – dla mających braki historyczne, można powiedzieć obrazowo – polityka wschodnia wówczas – zaczynała się na wschód od Smoleńska, a rzucenie Moskwy na kolana nie było niczym nadzwyczajnym dla tak wybitnych „dyplomatów” jak hetmana Konstantego Ostrogskiego, który do żołnierzy pod Orszą 8 września 1514r., powiedział „Hej! Nuż teraz, nuż deti! […] Tepir budte mużami, tepir w mężnym ciele, Niech każdy wzbudzi dzielność […]” po czym pokonano jak zawsze przeważające ilościowo siły moskiewskie, a zwycięstwo to było jednym z największych zwycięstw I Rzeczpospolitej. Dlatego niech pan Sikorski nie opowiada, że coś od kogoś zależy, po prostu jesteśmy zbyt słabi i nie mamy możliwości wsparcia proeuropejskich postaw w tych krajach, umożliwiających przeważenie wewnętrznego sporu na stronę opcji prozachodniej i demokratycznej. Pan minister zadał tam pytanie adresowane do eurosceptyków: „czy wyobrażają sobie Państwo naszą politykę wschodnią bez Unii Europejskiej? Czy sami bylibyśmy w stanie sfinansować taki projekt, jak Partnerstwo Wschodnie?” W imieniu sporej grupy eurorealistów, można mu, zatem odpowiedzieć – powyższym cytatem z mowy hetmana Ostrogskiego! Tak, można sobie wyobrażać inną politykę, wyobrażali ją sobie także np. hetman Stanisław Żółkiewski i Józef Piłsudski, jeden i drugi bardzo skutecznie, zwłaszcza ten pierwszy, – bo nawet koronował polskiego królewicza na Cara Rosji – wcześniej zdobywając Moskwę bez jednego wystrzału. Więc panie ministrze, tak wyobrażamy sobie naszą politykę w ogóle bez Unii Europejskiej, ponieważ może ona najzwyczajniej upaść i czy to się nam podoba czy nie musimy ją sobie próbować wyobrażać, oczywiście nie stać nas na takie działania, jakie prowadzili Ostrogski, Żółkiewski i Piłsudski, ale jakoś politykę trzeba wobec tych krajów prowadzić i musi to być polityka skuteczna, a nie przeciwskuteczna jak „partactwo wschodnie” w między innymi przy pana udziale!

Chwalenie się przez ministra „Europejskim Funduszem na rzecz Demokracji”, nie ma żadnego znaczenia w istocie nic dla nas z tego nie wynika, no może pana wyjazd do Libii. Jednakże, w jaki sposób Polska pomaga krajom arabskim w trudnej ścieżce modernizacji i demokratyzacji – to tego prawdopodobnie nie wie nikt poza panem. Można domyślać się, że nie chodzi o naszą misję w Iraku, to już jest zakończone. Poza tym, w ogóle mówienie o demokratyzacji w przypadku krajów arabskich jest najdelikatniej mówiąc nieporozumieniem – albowiem słowa klan, rodzina – plemię, oznaczają tam o wiele więcej – i nie zmienimy tego – dysponując nawet trzema „Europejskimi Funduszami na rzecz Demokracji”. To zwykłe bicie piany i wypełniacz przemówienia, niczemu niesłużący, – dlatego jego dalszą część pominiemy – albowiem prawie na pewno niewielu interesuje ile razy pan minister zastępował Catherine Ashton, to naprawdę nie ma znaczenia – w przeciwieństwie do tego ilu dyplomatów z Polski ta pani zatrudniła w dyplomacji unijnej, o tym przykrym fakcie pan minister niestety nie pisze.

W dalszej części wystąpienia pan minister przybliżył nam założenia polskiej polityki zagranicznej na rok 2012. Szczególnie ciekawe jest to, że dokument ten zawiera listę strategicznych projektów gospodarczych, które Polska ma energicznie wspierać. Z kontekstu wypowiedzi można domniemać, że ministrowi chodzi o wsparcie państwowe, w tym dyplomatyczne na arenie międzynarodowej. Zatem prawie na pewno są tam, także inwestycje zagraniczne firm prywatnych! A to już powoduje, że robi się bardzo ciekawie, bo wiadomo, – kto, dlaczego akurat ten, za co i w imię, czego. Ale nie na tym koniec rewelacji pana ministra, równolegle wspomniał o dokumencie „Priorytety polskiej polityki zagranicznej na lata 2012-2016”, stanowiącym jego zdaniem jedyną strategię polityki zagranicznej w ostatnim dwudziestoleciu. Pan Sikorski przedstawia główne tezy tej strategii, w tym jej nadrzędną oś – kręgosłup, czyli podpięcie polskiego wagoniku pod niemiecką lokomotywkę w sprawach związanych z udziałem naszego państwa w Unii Europejskiej. Pan minister ma pełną rację, twierdząc, że Niemcy są naszym głównym i najważniejszym partnerem, co więcej, że jest to państwo najistotniejsze w Europie, ba można nawet powiedzieć, że jego koncepcja włączenia Polski w proces podejmowania decyzji o Europie w zamian za wsparcie ze strony Polski, jest po prostu genialna. Można by tak powiedzieć, oczywiście będąc kilkuletnim dzieckiem, nieznającym słowa pragmatyzm, oraz niepotrafiącym korzystać z Google w celu sprawdzenia znaczenia drugiego słowa, jakim jest Realpolitik. Oczywiście można się zgodzić z panem ministrem, że droga popierania idei Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego w Europie to dobry pomysł, bo to naprawdę jest dobry pomysł, jednakże nie na politykę realną – a tylko i wyłącznie na czysty PR, grę dyplomatyczną i gospodarczą. Naprawdę, nie można mieć nic przeciwko maksymalnemu zbliżeniu z Niemcami na tyle na ile można się do nich zbliżyć, na tyle na ile nam na to pozwolą. To doskonały pomysł, jednakże obarczony pewną drobną dozą naiwności, może nawet myślenia życzeniowego – wedle schematu – „jak my im będziemy mówili, że ich bardzo kochamy, to wtedy oni przyjdą i nas przytulą, a przy okazji oczywiście zostawią nam swoje samochody i parę groszy”. Oczywiście jak najbardziej, 4 letnie słodkie dziewczynki mogą tak myśleć o swoich tatusiach. Jednakże Polska nie jest wasalem. To nie są czasy Ottona III. To coraz bardziej niestety przypomina klimat Rapallo i Monachium! Tutaj widoczny jest schemat „jak my nadstawimy wam d..y naszych kobiet, to być może zapłacicie po skorzystaniu, a my otworzymy wam drzwi do waszych samochodów!” ale nic więcej! Nie można być tak banalnie naiwnym w polityce międzynarodowej jak to prezentuje pan minister Sikorski! Czy naprawdę nikt, tego włącznie z panem ministrem nie widzi w całym 38 mln kraju? Taka polityka względem Niemiec – tzn., pozbawiona pragmatyzmu i poczucia realności oznacza dla nas zgubę. Oczywiście jej wymiar może być inny niż we wrześniu 1939 roku, jednakże zawsze wasalizm i oddawanie się w obce ręce oznaczają podporządkowanie i korzyści, co najwyżej drugiej kategorii. Nie ma czegoś takiego w Polityce międzynarodowej, jaka jest realizowana na forum Unii Europejskiej – jak klientelizm. Bo w istocie, propozycja berlińska pana Sikorskiego, – o której sam pisze: „jeżeli włączycie nas w proces podejmowania decyzji, możecie liczyć na wsparcie ze strony Polski”, to nic innego jak normalny klientelizm. Prawdopodobnie Kanclerz Bismarck rechocze zza grobu – tryumfując na samą myśl, że jego koncepcja Mitteleuropy – jest w tej chwili chełbiona przez ministra spraw zagranicznych polskiego rządu. To jest przerażające panie ministrze, że w stosunkach polsko-niemieckich, a zarazem w kwestii koncepcji na Polskę w Europie nie ma pan koncepcji na nic więcej! Oczywiście pana pomysł sam w sobie nie jest zły, – jeżeli Niemcy go przyjmą, ale jak na razie na to nie wygląda, głównie z tego względu, że i tak mają od nas wszystko, czego dotychczas potrzebowali, – czyli bufor strategiczny, rynek zbytu, kooperanta, rezerwuar siły roboczej i najważniejsze – spokój na wschodzie. Naprawdę Niemcy niczego więcej od nas nie oczekują, jeżeli się panu wydaje, że oni cierpią z tego powodu, że nie mogą kupować najnowszych wersji samochodów Polonez lub Syrena będących efektem polskiej myśli konstrukcyjnej i pracy przemysłowej, albo czołgów Twardy – to głęboko i po wielokroć się pan panie ministrze myli. W ogóle nie można opierać polityki zagranicznej na takich założeniach jak pan to czyni, a na pewno polityki zagranicznej wobec tak trudnego i wymagającego sąsiada jak Niemcy, zapominając tymczasem o kontekście historycznym tego sąsiedztwa.

Co do współpracy z Francją w ramach Trójkąta Weimarskiego, to zarówno wobec Francji, jak i Niemiec jest to tylko i wyłącznie polityka gestów i kreowania fikcji. Nie chodzi o to, kto nie miał parasola i kto usiadł pierwszy przed dostojnymi gośćmi (z tego jedna to kobieta). Liczy się tylko jedno, – co nam to strategiczne partnerstwo daje? Naprawdę niewiele. Może lepiej pomyśleć o czymś bardziej realnym niż nadymanie się, – jeżeli nie stać nas na dwa parasole! Naprawdę dajmy sobie spokój.

Stosunek ministra do Wielkiej Brytanii uwidocznił się w kolejnej tezie jego wystąpienia. Pan minister określił ten kraj, jako mu bliski. Wielka szkoda, że pan minister nie pamięta losu innego polskiego polityka, z którym dzieli nazwisko! Szkoda, że pan minister – nie zrobił przez 5 lat sprawowania funkcji niczego, żeby przynajmniej skłonić Brytyjczyków do przyznania, że brutalnie wykorzystali Polskę we Wrześniu 1939 roku, a następnie szafowali życiem Polaków – walczących w imię walki ze wspólnym wrogiem. Szkoda, że pan minister nie jest w stanie poruszyć tych niezwykle ważnych historycznie kwestii z Wielką Brytanią. No, ale przecież Wielka Brytania to kraj mu osobiście bliski. Generalnie przedstawiony przez pana ministra przegląd stosunków z kolejnymi krajami jest zatrważająco pobieżny. Lepiej przeczytać tutaj.

Zaskakuje stwierdzenie, że w kontekście sytuacji na wschodzie musimy liczyć na „zmiany ewolucyjne”. Jest to jawny sygnał, że odpuszczamy, będziemy tylko niemieckim kopciuszkiem! Ciekawi podejście do Litwy i Ukrainy. W pierwszym przypadku liczymy na nowe otwarcie, a w drugim jesteśmy gotowi wspierać. To nie jest polityka, to jest brak polityki. Zwłaszcza w przypadku Ukrainy, stać nas na więcej niż „politykę gumowej kaczki”.

Rosja to podobnie jak Ukraina odrębny akapit w wystąpieniu ministra. Jest to prawdopodobnie najgorszy merytorycznie, a zarazem najbardziej upodlający Polskę fragment tego przemówienia. Konwenanse konwenansami, wizyta, rewizyta, podwójne standardy wychodzą na jaw, – jako zwycięstwo pragmatyzmu no, bo na szczęście nie ma słowa o „podkręceniu wyników wyborów”, ale jest to nieszczęsne i żałosne skomlenie o „(…) zwrot naszej własności, wraku samolotu Tu 154 (…)”. Nie wiem czy można było dać Moskwie większą chochlę do mieszania w polskiej zupie niż tymi słowami uczynił to pan minister Sikorski. Szkodliwość tej wypowiedzi, będzie miała kolosalne znaczenie, głównie na naszej wewnętrznej scenie politycznej, bo jest to po prostu woda na młyn PiS, a zarazem paliwo dla antyrządowej i antysystemowej retoryki tego i podobnych mu ugrupowań prawicowych. My nie chcemy umierać za „wrak tutki” panie ministrze! Niech pan to zrozumie! Można nawet powiedzieć więcej, nie jest nam on do niczego potrzebny, ponieważ będzie tylko i wyłącznie problemem i kosztem. Nie ma potrzeby wydawać na ten złom pieniędzy. Najlepiej jakby zniknął już dawno, ale czy naprawdę nie dostrzegł pan – lub nie zrozumiał, że Rosjanie po to trzymali go na deszczu i słońcu, żeby takimi banałami jak przykrycie go brudną płachtą wpływać na dyskusję wewnętrzną w wewnętrznej polityce polskiej? Żebyśmy się, chociaż spierali o złoża gazu łupkowego na pograniczu Polski i Kaliningradu! A tu nic! Rosjanie rozkładają nas na łopatki podartą płachtą na nieczynnym lotnisku, nieudolnie rozciągniętą nad wrakiem polskiego pomnika niemocy Made in Russia. Nawet amerykanie wysłali złom stalowy z ruin WTC do hut złomowych w Azji! Dlatego przeraża głupota naszego rządu, nie wiadomo, dlaczego pragnącego spowodować powrót szczątków tego nieszczęsnego samolotu do kraju. Naprawdę panie ministrze wystarczy nam tutaj relikwii, nie potrzeba więcej. Nie powinno się nigdy dawać dowodów na własną nieudolność – i to z takim przeciwnikiem.

Stanowisko wobec Białorusi przeraża swoim brakiem zrozumienia dla realiów. Jakie to naiwne i głupie, my obrażamy się na Białoruś, – bo mają „złego” Prezydenta, równolegle popełniamy gafy dyplomatyczne z wydawaniem dowodów na tamtejszych opozycjonistów, stawiamy coraz większe sankcje, pozwalamy sobie na machanie szabelką i chyba najbardziej naiwną retorykę, na jaką mogą sobie pozwolić ludzie inteligentni – a w tym samym czasie do Białorusi otwartymi (po wyważeniu) drzwiami wchodzi rosyjski kapitał państwowo-prywatny. Wynikiem naszych starań, jest gruntowanie strachu Białorusinów przed zachodem i pchanie tego społeczeństwa w objęcia Moskwy. Stracimy bufor, będziemy państwem frontowym NATO i na tym odcinku granicy, pojawią się nowe problemy jak np. kwestia korytarza z Białorusi do Kaliningradu przez Polskę, wówczas może pan minister przejrzy na oczy. Nigdy polityka dokręcania śruby nie dotyka dyktatorów – cierpią tylko zwykli ludzie! Poza tym, ze względu na bliskie sąsiedztwo, a nawet w istocie powinowactwo, bo spora cześć obecnej Białorusi jeszcze nie dawno stanowiła fragment państwa polskiego – mamy prawo prowadzić względem tego kraju specjalną i wysoce wysublimowaną politykę. Zupełnie inna od podwójnych standardów tzw. demokratycznego zachodu! Najlepszym przykładem jak rozmiękcza się dyktatury jest realizowana równolegle z wystąpieniem ministra – wizyta Benedykta XVI na Kubie. Proszę sobie to zestawić i porównać, widać jak się powinno uprawiać politykę. Obrażanie się na „dyktatora” sąsiedniego państwa nawet, jeżeli byłby on wyjątkowo krwawy i okrutny – a ten taki akurat nie jest – o ile w ogóle w przypadku demokratycznie wybranego Prezydenta Białorusi można mówić w ten sposób – jest głupotą, bo traci się jakiekolwiek korzyści ze współpracy z tym państwem. To z Moskwą mamy rozmawiać przez Brukselę. Z Białorusią wystarczy przez granicę!

Mówienie o tym, że wspólnie z USA realizujemy „ideały wolności i demokracji”, to kpina z więcej niż pół miliona ofiar wojny w Iraku. Dlatego ten fragment poza przerażającym witaniem chlebem i solą pierwszych amerykańskich oddziałów na naszej ziemi trzeba pominąć, albowiem uwłaczające jest w ogóle czytanie go, o jakimkolwiek rozpatrywaniu nie wspominając.

W kolejnej części wystąpienia uderza trzeźwość ministra w ocenie podstaw naszego bezpieczeństwa, pan Sikorski powiedział: „Za nasze bezpieczeństwo odpowiedzialne jest przede wszystkim Wojsko Polskie (…)”. Za te słowa należą mu się wyrazy uznania i szacunku, albowiem mało, kto sobie to w ogóle w naszym kraju uświadamia. Pan minister – kiedyś minister obrony narodowej, odważył się to powiedzieć wprost. Można się także cieszyć, że zgodnie ze słowami pana Ministra – Polska jest skłonna w dziedzinie obrony „ (…) zainicjować przewidzianą w Traktacie z Lizbony wzmocnioną współpracę państw chętnych.” Uzyskanie niestałego miejsca w radzie bezpieczeństwa ONZ w 2018 roku brzmi jak prawdziwe wyzwanie, to w wymiarze naszego kraju – wyzwanie równe wyprawie chińczyków na Marsa! Można gratulować aspiracji, bo to dobry pomysł. Jednakże szkoda, że pan minister nie ma wizji – jak skutecznie i efektywnie zastąpić dwa europejskie głosy – członków stałych – jednym głosem całej Unii Europejskiej.

W dalszej części tego niesłychanie ciekawego wystąpienia mamy manifest ideologiczny pana ministra, odnoszący się w znacznej mierze do paradygmatu naszego międzynarodowego istnienia w ogóle. Mamy tam odwołania do myślenia kategoriami „parku jurajskiego”, pokoju westfalskiego, autarkii, idei suwerenności państwowej a nawet myśli prof. Leszka Kołakowskiego. Pan minister podaje tam kilka niesłychanie ciekawych stwierdzeń, w zasadzie bardziej właściwych „pokoleniu Y” niż wybitnemu przedstawicielowi pokolenia pogromców Armii Czerwonej z Afganistanu, jednakże warto zapamiętać, kilka z tych złotych myśli, z komentarzem:

  • Jedynym skutecznym instrumentem zachowania praktycznej zdolności do działania jest budowanie sojuszy w gronie  podobnie myślących państw.

To słuszny postulat, ale przydałaby się jeszcze broń atomowa i środki jej przenoszenia oraz dobry wywiad.

  • Suwerenność daje nam status podmiotu, i to niemałego, w globalnej pierwszej trzydziestce z około 200 państw członkowskich ONZ.

Pan minister myli pojęcie „potencjału” z pojęciem „suwerenności”. To pierwsze to tylko składowa tego drugiego.

  • Istotę suwerenności ukazuje obecne położenie Grecji. Kraj ten ani na sekundę nie stracił prawnej suwerenności. Wszystkie greckie decyzje podejmuje demokratycznie wybrany parlament i rząd. Grecja może w każdej chwili ogłosić niewypłacalność, przywrócić własną walutę i spróbować własnej drogi wyjścia z kryzysu.

Słuszne, mądre, prawdziwe.

  • państwo jest tak wiarygodne, jak wiarygodne są jego zasoby.

Raczej ludzie, mimo wszystko – zawsze wszelkie decyzje podejmują ludzie, to oni decydują o wykorzystywaniu zasobów panie ministrze.

  • najpewniejszą drogą do utrzymania rzeczywistej suwerenności jest takie kształtowanie finansów państwa, deficytu i zadłużenia, aby inwestorzy chcieli kupować nasze obligacje z możliwym do sfinansowania oprocentowaniem. Dopóki państwa mają potrzeby kredytowe, dopóty będą musiały oferować swoje obligacje z obietnicą procentu, który ktoś uzna za godziwy.

W dzisiejszych realiach to prawda, ale mając takie doświadczenia historyczne jak Polska naprawdę powinniśmy myśleć o broni atomowej.

  • Nowoczesny polski patriotyzm budujmy nie na godnościowym wzmożeniu, lecz na dumie z realnych sukcesów.”

Im większe odniesiemy sukcesy, tym bardziej powinniśmy być skromni i pokorni.

  • Od czasu powołania rządu Donalda Tuska rentowność pięciolatek na przetargu obligacji skarbowych spadła o 1,1 punktu procentowego. (…) Jeden procent różnicy w cenie obligacji to – według moich szacunków – oszczędność 7,6 miliarda złotych rocznych kosztów obsługi naszego długu. To 38 szpitali albo 34 nowoczesne samoloty bojowe. Taka jest coroczna premia za odpowiedzialność.

A gdzie są te nowe 34 szpitale? A gdzie są te nowe 34 samoloty? Kupiliśmy więcej F 16?

  • Walka o wiarygodność finansową jest więc dziś batalią o siłę naszego państwa i dobrobyt obywateli. Ale jest czymś jeszcze ważniejszym. Jest także walką o naszą praktyczną suwerenność.

To prawda, ale mimo wszystko nie zaszkodzi mieć broni atomowej.

  • „(…) patriotyzm dzisiaj to nie wdawanie się w utarczki słowne z potężniejszymi sąsiadami. To konsekwentne budowanie podwalin siły Polski.”

Patriotyzm to przede wszystkim dobra edukacja.

  • Chcesz coś zrobić dla wiarygodności, ba, suwerenności Polski, to popieraj dalsze reformowanie finansów państwa. Podnieś rękę za reformami emerytalnymi rządu. A jeśli nie podniesiesz, to odłóż na bok slogany o suwerenności.”

Nie można w tak prosty sposób zwalać wszystkiego na emerytury.

Jednakże na tym pan minister nie kończy, dalej odnosi się do federalizmu, doskonale parafrazując politycznych ślepców, – którzy nie chcieli oddać ani jednego guzika, tylko po to, żeby 18 września opuścić nasz kraj szosą przez Zaleszczyki. Jednakże w federalizację Europy na zasadzie całkowitej równości nie wierzą nawet idioci. Widać, że pan minister się tłumaczy z niuansów swojej mowy berlińskiej w sposób naprawdę bardzo zręczny. Jednakże nie ma on scenariusza na miejsce Polski w Europie. Cieszy, że nawołuje do pragmatyzmu w myśleniu o Europie „Po wydarzeniach ostatnich lat przetrwanie Unii Europejskiej nie możemy już przyjmować za pewnik.” Pan minister bardzo ładnie i wiarygodnie zarysował scenariusze przyszłości Unii Europejskiej. Pierwszy to scenariusz zwijania się a raczej wygaszania Unii Europejskiej, warto ten fragment jego przemówienia zapamiętać. Drugi to dryf, czyli trwanie w niezmienionym kształcie i stopniowa utrata znaczenia w świecie. Trzeci scenariusz to lekarstwo na dwa pierwsze – to wedle ministra utopijny federalizm. Ministrowi nie podoba się „zastąpienie państw członkowskich jednolitym państwem ponadnarodowym. Suwerenność przechodzi do Brukseli. Znika prawo do secesji.” Twierdzi, że nie chcemy budowy jednolitego biurokratycznego superpaństwa. Pożądany jest czwarty scenariusz, scenariusz pogłębienia integracji i stworzenia trwałej unii politycznej.

Niezwykle ciekawie pan minister kończy swoje wystąpienie: „Aby Polska ugruntowała swą pozycję wśród liczących się państw europejskich, potrzebujemy chłodnej oceny naszego potencjału i możliwości oddziaływania. Działania w duchu powstań i bitew wygranych, a nie przegranych. Polska powinna być silniejsza, a nie jedynie odważniejsza.” To cieszy, zwłaszcza, że mamy ministra, który docenia lekcję z sumy narodowych klęsk i przegranych. Można by jedynie dodać, że siła bierze się z ćwiczeń, oszczędności, pokory i ciężkiej pracy. Oznacza to konieczność zaawansowanego reformowania wszystkich pól funkcjonalnych państwa, a nie jedynie markowania reform, lub wprowadzania reform pozornych – tak jak robi to obecnie rządząca nami koalicja.

Bardzo trudno jest podsumować takie przemówienie. Z większością tez pana ministra nie można się nie zgodzić, taka jest polityka i jedynie można żałować, że postrzega on je – a właściwie przedstawia w sposób tak niesłychanie spłycony. Przeraża w niektórych miejscach naiwność, jak np. uczynienie kwestii wraku Tu 154 – jedną z zasadniczych kwestii w relacjach ze strategicznym dla polski supermocarstwem! W innych miejscach śmieszy, jak pan minister uzurpuje sobie prawo do oceny historycznej tysiąclecia rozwoju państwa polskiego. A w niektórych po prostu poraża i rzuca na kolana. Ogólnie jest to jedno z najgorszych wystąpień, jakie można sobie w ogóle wyobrazić. Nie chodzi o to, że minister tłumaczy siebie – ze swoich poprzednich kontrowersyjnych mów, nie jest problemem także to, że pan minister miesza wątki strategiczne, błahe z rzeczami, których absolutnie w tego typu przemówieniu nie powinno być. Problemem pana Sikorskiego jest po prostu to, że on bardzo chciałby być premierem, a może nawet i prezydentem kraju, a nie jakimś tam „skromnym i mało znaczącym” ministrem spraw zagranicznych. Dlatego jego mowa ma tak miałki kształt i charakter, czego dobitnym dowodem jest sprowadzenie rozwoju ekonomicznego kraju – do kwestii głosowania w sejmie!

To naprawdę przykre jest, jak pan minister tak ważnego resortu, swoją mowę sprawozdawczą, która siłą rzeczy powinna mieć charakter ściśle profilowany, konkretny, rzeczowy i być manifestem o kierunkach polityki zagranicznej państwa – sprowadza do roli zlepku przerostów ambicji, osobistych ocen, uczuć, informacji technicznych i myślenia życzeniowego. Po tej przemowie pan minister powinien być natychmiast i bezzwłocznie zwolniony ze swojego stanowiska, ponieważ w żadnej mierze nie powiedział nic istotnego o polskiej racji stanu w przełożeniu na język polityki zagranicznej.

Gdzie jest polski interes? W zachowaniu wiarygodności kredytowej? W popieraniu Berlina? W oczekiwaniu na rosyjskie Realpolitik na wschodzie Europy? Co z tego, że czekamy na nowe otwarcie z Litwą – po wyborach w tym kraju, jeżeli nie wiadomo, w jaki sposób i właściwie, dlaczego – stosunki z Litwą popsuły się nieomalże samoistnie a kluczowa sprawa, – jaką jest uregulowanie kwestii własności na Wileńszczyźnie w ogóle nie jest brana pod uwagę w optyce na Wilno. Podobnie, z czego mamy się cieszyć – z gnębienia wystarczająco nieszczęśliwych Białorusinów? Polska polityka wobec tego kraju to polityka głupoty, wpychająca Białoruś wprost do Federacji Rosyjskiej! Czy nasz minister tego nie zauważa? Natomiast nazywanie Ukrainy naszym strategicznym partnerem to po prostu farsa, albowiem na tym kierunku nie da się nic już więcej samodzielnie zrobić. Co w zamian przedstawił nam pan minister Sikorski? Poinformował nas o sukcesie, jakim była prezydencja Polski, a nawet podobno miała jakieś znaczenie w przeciwdziałaniu czemuś. Trzeba to zapamiętać. Jak znowu Polska upadnie i nie będziemy wiedzieć, dlaczego, albo jak znowu nam Rosjanie podwyższą taryfę za gaz, to warto zastanowić się – nad tym, jaki wpływ na to miała nasza wyśmienita i wszystko mająca, będąca pasmem sukcesów – oczywiście nieskończonych i realizowanych równolegle… prezydencja…

3 komentarze

  1. Błyskotliwa, znakomicie napisana analiza. Gratulacje dla Autora!

  2. Za długie, żeby to czytać.

  3. Uśmiałem się do łez… więcej … więcej ….. więcej

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.