Alternatywna koncepcja szybkiej i taniej militaryzacji Polski

Rząd naszego państwa dostrzega możliwe zagrożenie militarne, jakie może czekać nasz kraj w najbliższych latach, tzn. w dającej się przewidzieć przyszłości, – czyli, za życia czytających te słowa. Jest naturalnym, że w związku z tym rząd podjął decyzję o wdrożeniu szeregu programów zbrojeniowych, które w średniookresowej perspektywie około 15- 20 lat powinny w pewnej mierze przyczynić się do wzmocnienia potencjału bojowego naszej armii.

Co jednak, jeżeli nie mamy aż tyle czasu? Oczywiście nie znamy przyszłości, ale czy ktoś 5 lat temu spodziewałby się, że koncepcja Unii Europejskiej będzie jawnie podważana? Czy ktoś w 1990 roku brał pod uwagę kres globalnej supremacji USA i paraliż ekonomiczny tego niedawnego imperium? Poszukując zagrożeń z perspektywy naszego podwórka – czy jeszcze 10 lat temu braliśmy pod uwagę w ogóle możliwość, że Federacja Rosyjska i Niemcy mogą porozumieć się ponad naszymi głowami w sprawie wzajemnej wymiany handlowej? Co więcej, czy w ogóle to rozważaliśmy w momencie wejścia do Unii Europejskiej? Dowodem nieprzewidywalności polityki jest to, co się dzisiaj dzieje w Europie w związku z kryzysem zadłużenia państw południa, postępujące wycofywanie się USA z wielu punktów strategicznych, które do tej pory budowały Pax Americana w oparciu o totalną supremację militarną i potęgę gospodarczą oraz dwie nitki gazociągu północnego położone na dnie Bałtyku. Warto mieć na uwadze, że to tylko generalia – jest wiele – w zasadzie setki spraw mniejszej wagi, świadczących o tym, że światowa rzeczywistość się niezwykle dynamizuje, jakiekolwiek brednie o końcu historii i wiecznej erze pokoju – zwłaszcza w Europie to bzdury, którymi nie można sobie pozwolić mydlić oczu. Zagrożeń nie brakuje, lokalne są przytłumione, regionalne skrycie się ukrywają, a globalne zdecydowanie się globalizują – przenosząc na wszystkich coraz większą presję ryzyka. Nie można być wobec tych procesów biernym i liczyć na to, że przetrwamy na zielonej wyspie, ponieważ po pierwsze nie jesteśmy żadną wyspą a po drugie, nawet jakbyśmy byli, to w zasadzie nie miałoby to żadnego znaczenia.

Ze względu na nadzwyczajną dynamikę i nieprzewidywalność zagrożeń wynikających z podwyższonego ryzyka strategicznego, należy rozważyć alternatywną koncepcję militaryzacji państwa, którą można i należy traktować, jako strategię subsydiarną i wyprzedzającą, względem zaproponowanych „wielkich” projektów rządowych. Proponowane rozwiązania są oparte na możliwościach, jakie stwarza nam przeorganizowanie posiadanych zasobów w sposób taki, żeby stworzyły elastyczny i zdolny do absorpcji zagrożeń system społeczno- państwowy – wydatnie go wzmacniając, a być może także dzięki podwyższeniu sprawności ogólnej i zaistnieniu pożądanych zjawisk w skali masowej – do antycypowania ich wystąpienia, a na pewno do łagodzenia negatywnych skutków, jeżeli takie wystąpią.

Jest oczywistym, że nie będzie żadnych dodatkowych pieniędzy, a nawet, jeżeli to tylko niewielkie, w zakresie obecnie wydawanych na obronę cywilną, bo na obronę terytorialną już chyba nie wydajemy nic od momentu klęski idei Narodowych Sił Rezerwowych, kosztujących prawie tyle samo, co regularna armia, a nieoferujących prawie nic.

Jeżeli zatem nie będzie żadnych znacznych dodatkowych pieniędzy, to należy improwizować, poszukując rozwiązań odpowiedniego przekształcenia systemu, w taki sposób, żeby wykrzesać dosłownie z niczego, (czyli z tkwiących w systemie rezerw) dodatkowy, użyteczny potencjał. Podstawową sprawą powinna być organizacja obrony cywilnej w oparciu o jednostki samorządu terytorialnego – gminy (w tym sołectwa), powiaty i województwa. Chodzi głównie o czynnik ludzki, komponent ochotniczy, zdolny do noszenia broni i przede wszystkim wykonywania prac społecznie użytecznych, a nie zbędnych w przypadku likwidacji klęsk żywiołowych jak i innych zakłóceń w funkcjonowaniu systemu – jak działania wojenne, zwłaszcza w kontekście przygotowania się do nich. W naszych realiach byłoby to zwyczajne pospolite ruszenie, z tą różnicą, że bogatsze o doświadczenia z czasów pokoju, w miarę przeszkolone, jakoś wyposażone i silnie zmotywowane. To mało, ale bez środków finansowych nie da się inaczej myśleć o tworzeniu systemu. W praktyce wyglądałoby to tak, żeby w oparciu o struktury samorządowe i to, co pozostało z WKU i obrony cywilnej/terytorialnej stworzyć w kraju szkielet jednostek składających się z ochotników, niezaangażowanych do innych służb, wykazujących się dyscypliną i zaufanych na tyle, że można im powierzyć broń. Jest oczywistym, że oparcie jednostek tak sformowanej obrony terytorialnej wiązałoby się z przeszkoleniem wojskowym rezerwistów, stojących na czele lokalnych struktur – tak, żeby zapewnić standaryzację rozumienia poleceń, współdziałanie i karność a zarazem mieć wpływ przez takie osoby na społeczność lokalną zaangażowaną w tworzenie struktur obronnych. Największym skarbem byliby żołnierze zawodowi w stanie rezerwy, stanowiący rdzeń takiej struktury – naturalnie rozumiejący zasady logiki wojskowej i zdolni do dowodzenia jak również organizowania zbieraniny w „jakąś” całość. W tym kontekście należałoby popierać osadnictwo wojskowe – byłych żołnierzy na emeryturach w miejscowościach/dzielnicach miast, w których pełniliby funkcje. Takie sprawy jak wiek, stan zdrowia i wszelkiego typu udziwnienia – poza szczególnie przekraczającymi normę nie miałyby znaczenia. Liczyłaby się rzeczywistość, czyli – czy ktoś może np. utrzymać w rękach łopatę i nią operować, rozwijać drut kolczasty, ścinać drzewa itp. Oczywiście nikt nie powierzyłby np. osobom niewidomym broni, ale z łatwością wspólnoty lokalne wyłowiłyby symulantów i wszelkiego rodzaju kombinatorów. Przede wszystkim, jako kryterium doboru liczyłoby się sprawdzenie w lokalnym oddziale, ten, kto byłby zupełnie niezdarny – nie zostałby przyjęty.

Wybór osób zgłaszających się ochotniczo do podjęcia służby w nowo tworzonej obronie terytorialnej należałoby powierzyć samorządowi, pod warunkiem uzyskania akceptacji dla konkretnych osób ze strony Wojska i innych służb. W każdej gminie należałoby wydzielić teren i obiekt przeznaczony na magazyn sprzętu i zapasów dla potrzeb obronności, a przy tym z konieczności bazować na magazynowaniu i przechowywaniu sprzętu i zapasów u osób prywatnych zaangażowanych w lokalne oddziały obrony. Podstawą byłoby agregowanie lokalnego potencjału, poszukiwanie ciężarówek, samochodów terenowych lub uterenowionych, koparko spycharek i innego typu sprzętu, który można zmobilizować a znajduje się w dyspozycji lub można go zaangażować do potrzeb ćwiczeń i w wypadku mobilizacji lokalnego oddziału. Ponieważ byłaby to lokalna struktura, gdzie ludzie się znają a co więcej mogą się dokładnie poznać, to zapewniłoby odpowiedni poziom troski o mienie powierzone, oczywiście z konieczności ubezpieczone od zniszczeń przez gwarancję państwową. Broń krótką można by przyznać ludziom do dyspozycji – trzymania w domach, wraz z małym zapasem amunicji – tak, żeby każdy posiadacz nie miał problemów z ukryciem broni przed osobami postronnymi. Podobnie hełmy, środki maskujące, kamizelki, obuwie – całe oporządzenie w dyspozycji poszczególnych członków oddziałów. Całość okresowo kontrolowana przez inspekcję państwową ze ścisłymi karami za nierejestrowaną utratę. Resztę broni – długiej, dodatkowego wyposażenia bojowego i środków technicznych w rodzaju agregat prądotwórczy, stacja uzdatniania wody, radiostacja itp., należałoby przetrzymywać pod nadzorem w lokalnych jednostkach policji i straży gminnych/miejskich. Sprzęt gabarytowy – specjalistyczny np. moździerz, działo, pług, most pontonowy, „cokolwiek” itp., należałoby powierzyć gminie, przy czym umożliwić jej podpisywanie umów – bezpłatnych, ale np. stwarzających ulgę podatkową dla osób prywatnych odpowiednio przechowujących i zabezpieczających sprzęt. Dodatkowo samorządy zostałyby zobowiązane do zapewnienia przechowywania na swoim terenie odpowiednio zabezpieczonych rezerw paliwa w pojemnikach umożliwiających ich przenoszenie. Paliwo powinno podlegać rotacji – wykorzystywaniu przez właściwe służby komunalne, w tym podmioty prywatne, ale zawsze w określonej ilości musiałoby być na stanie. Podobnie członkowie oddziałów – zostaliby zobowiązani, do przechowywania określonego zapasu paliwa do swoich pojazdów (np., motorów), jak również pojazdów użytkowanych przez oddział – w karnistrach we własnych domach w sposób umożliwiający im rotowanie tego paliwa na potrzeby własnego zużycia, ale zarazem utrzymywanie zapasu – zawsze dostępnego. Podobnie należałoby postąpić z żelazną rezerwą żywności i wody dla oddziału – umożliwiającej mu pełną autonomię bez korzystania z logistyki i zaopatrzenia przez 7-14-21-28 dni, w zależności od przyznanego priorytetu i rangi określającej wagę danego oddziału w systemie obrony.

Poszczególne oddziały byłyby szkolone w zajęciu konkretnych przewidzianych dla nich na ternie kraju pozycji, do których miałyby dotrzeć same z wyposażeniem, uzbrojeniem i zapasami – po uzyskaniu odpowiedniego rozkazu z centrum zarządzającego, czyli od struktur wojskowych. Informatyzacja może zapewnić przekazywanie poleceń w sposób zautomatyzowany, jak również raportowanie stanu gotowości i ewentualnych problemów. Całość powinna „spinać się” w większe jednostki zgodnie z przyjętymi założeniami dla struktur wojskowych na poziomie powiatów i województw. Całość musiałaby być mobilna i autonomiczna, przeszkolona, zwłaszcza w procedurach działania tak stworzonego systemu (np. przekazywania zapasów innym oddziałom, zmiana funkcji z bojowej na logistyczną, inżynieryjną, dozorującą, transportową itp.). Poza tym bezwzględnie ważne byłoby poznanie terenu możliwego działania, można to osiągnąć poprzez spędzanie wakacji w określonych lokalizacjach no i ćwiczenia.

W przypadku ćwiczeń lub mobilizacji, określone jednostki grupowałyby się i przemieszczały. Nie miałoby znaczenia, w jakim stanie i ile jednostek wyruszyło na dany rozkaz w pierwszej, drugiej i kolejnych turach. Ewentualne braki uzupełniałoby się w miejscach zgrupowania wyższego rzędu lub odpowiednio wcześniej z wyprzedzeniem uzupełniło jednostki lokalnie lub z klucza odgórnego. Ze względów logistycznych należałoby przyzwyczaić ludzi do uzupełniania obcymi ich składów osobowych, po prostu ktoś, kto nie zdążyłby w momencie „M” zapakować się z macierzystym oddziałem – byłby przydzielany w momencie „M+1” do kolejnego. W efekcie cała struktura od wydania pierwszego rozkazu, w ciągu 3-6-9-12-24 godzin mobilizowałaby się w kolejnych stopniach i agregowała w większe jednostki, przemieszczając w miejsca przeznaczone do dyslokacji na pozycje wyjściowe z przeciwnikiem osłaniając określone rubieże obronne.

Stworzenie systemu o wysokiej elastyczności umożliwiłoby stosunkowo dużą mobilizację. Można mówić o około 1-3 mln ludzi pod bronią, wyposażonych w sprzęt budowlany, środki transportu i wszelkiego typu broń, jaką w kraju posiadamy. Całość stosunkowo mobilna i autonomiczna w oparciu o własne zapasy. Tylko w ten sposób można myśleć o masowej obronie terytorialnej, gwarantując jej skuteczność. Ze względu na nizinny charakter kraju, wojska główne miałyby bardzo mało czasu na blokowanie postępów przeciwnika, czy też ewentualne przegrupowanie się. Natomiast działanie nawet nielicznych wojsk zawodowych – w oparciu o potężną ilość dobrze zorganizowanych i odpornych na paraliż powodowany bałaganem jednostek obrony terytorialnej – powodowałoby zdecydowanie większą elastyczność i możliwości działania.

Koszty byłyby minimalne, najwięcej to sprzęt i systemy łączności, wyposażenie osobiste i specjalistyczne (przykładowo każdy oddział musiałby mieć, chociaż jeden termowizor, bo bez tego trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek zdolność do obrony w nocy). Broń taka, jaką mamy, to, co jest w arsenałach plus produkcja masowa i specjalistyczna. Warto pomyśleć o odliczeniach podatkowych w związku z np. zakupem kamizelki kuloodpornej itp., ponieważ struktura tworzyłaby się przez kilka lat – koszty można by rozłożyć.

W efekcie otrzymalibyśmy system składający się z ludzi, którzy wiedzieliby, czego mają się spodziewać, jak mają się zachowywać i czego się od nich oczekuje w momencie próby. Odpowiednia motywacja patriotyczna, połączona z finansową – w momencie próby – zagwarantowałaby stosunkowo wysoką skuteczność, czy też, jak kto woli ofiarność takich oddziałów. Byłaby to nasza recepta na czynnik braku czasu w przypadku konfliktu, albowiem każdy dzień rozwijania takich struktur i ich okrzepnięcia na wyznaczonych pozycjach, podpięcia pod logistykę wojskową i wsparcie jednostek zawodowych – gwarantowałby, że nie sprzedalibyśmy skóry tanio, czy też nie oddali się za darmo.

Plusem proponowanej koncepcji jest to, że można ją zacząć realizować od tej chwili. Bez środków inwestycyjnych, powołać struktury, opracować schematy grupowania i współdziałania, a z czasem wyposażać i szkolić. Oczywiście nie można polegać tylko na patriotyzmie, to zbyt mała zachęta i rekompensata za trudy. Po prostu każdy ochotnik – otrzymywałby coś od państwa, np. w postaci pierwszeństwa przyjęć do lekarza dla niego i członków rodziny, darmowe ubezpieczenie zdrowotne (ważne zwłaszcza dla rolników), np. prawo przejścia na emeryturę rok lub dwa lata wcześniej, ewentualnie zmniejszenie podatku PIT, o 1-5% (ale do określonej kwoty). Dodatkowo zwolnienie z tytułu uczestnictwa w Obronie Terytorialnej byłoby równoznaczne ze zwolnieniem lekarskim dla pracodawcy. A to już jest pewną wartością. Przy czym system eliminowałby naciąganie, ponieważ lokalne układy eliminowałyby skrajne patologie. Poza tym takie osoby byłyby promowane przy np. przetargach na organizowane prace budowlane, roboty publiczne, czy też należałoby stworzyć system wsparcia dla rodzin ochotników zakładający np. ułatwienia w staraniu się o przyjęcie na uczelnie wyższe (w ogóle do całego systemu oświaty). Poza tym, można by spowodować powiązanie obowiązku pracy na rzecz takich struktur (uwaga nie członkowstwa – tu zakładamy pełną ochotniczość), ale po prostu pracy w dyspozycji szefów takich oddziałów przez osoby bezrobotne na danym terenie a korzystające z pomocy państwa. Pracować może każdy poza chorymi i inwalidami, w ten sposób każdy, kto pobiera zasiłek lub chociażby tylko uzyskuje prawo do opieki zdrowotnej z tytułu zarejestrowania się, jako bezrobotny – miałby obowiązek np. jeden lub kilka dni w tygodniu (w zależności od skali świadczenia) – odpracować na rzecz lokalnego oddziału obrony terytorialnej. Odmowa oznaczałaby oczywiste konsekwencje. Oczywiście dotyczyłoby to także kobiet, albowiem mamy równouprawnienie. Stosowne normy postępowania, normy pracy itp., są znane i wypracowane, a przydadzą się każde ręce do pomocy jak się tworzy wartość dodaną z niczego.

Reasumując, stosunkowo szybko mielibyśmy strukturę zdolną do głębokiego kształtowania, przy czym, zanim uzyskałaby zdolność bojową (szkolenie + wyposażenie) mogłaby pełnić funkcje logistyczno-inżynieryjne. Już samo to jest niezwykle cenne i potrzebne na współczesnym polu walki. Poza tym, cały system służyłby kształtowaniu więzi społecznych. Zważywszy na to, że proponowana koncepcja nie wymaga znacznych nakładów finansowych na starcie tworzenia systemu, można ją zacząć wdrażać od zaraz. Z czasem, jak uzyskałoby się odpowiednie poziomy nasycenia sprzętem i umiejętnościami oraz zgranie struktur w większe grupy – zyskalibyśmy poważne wzmocnienie naszej obronności. Z pewnością osiągnięcie górnych pułapów mobilizacyjnych byłoby niemożliwe, ale nawet pułap 300-500 tys., osób z przeszkoleniem wojskowym – zdolnych do użycia broni to bardzo dużo w naszych realiach, to może oznaczać naszą niepodległość.

3 thoughts on “Alternatywna koncepcja szybkiej i taniej militaryzacji Polski

  • 14 października 2012 o 14:00
    Permalink

    Panie @Krakauer!
    Jakie 1-3 miliony ludzi wyposażanych w sprzęt?
    Co się Panu roi?
    Tu nikt nie ma ochoty ani łożyć kasy ani poświęcać swego czasu na szkolenia i służbę.
    Anomia poczucia interesu narodowego zaszła już bardzo daleko.
    Rozumieją go tylko starsi, ale z nich nie będzie żadnego wojskowego pożytku.
    Ale pisać o potrzebach militarnych NASZEGO UMĘCZONEGO KRAJU można i należy.

    Odpowiedz
  • 14 października 2012 o 18:30
    Permalink

    Ciekawa koncepcja OT. Dodam dla jasnosci iz NSR jako taki nie miał nigdy pełnić roli OT. Ostatnia jednostkę OT rozformowano w 2005, a reszta przeszła “profesjonalizacje” w 2008. Jedna z bardzo dobrych koncepcji OT nakreślił były minister ON Szeremietiew. Wystarczyłoby 1 mln w pełni ochotniczej OT wyposażonego w lekkie środki OPL i przeciwpancerne, np. pociski Grom, czy zwykły RPG, aby ewentualne zapędy kogokolwiek uczynić kosztownymi, o co właśnie chodzi. Natomiast jedyna polisa ubezpieczeniowa w polskim położeniu geograficzym i z takimi sąsiadami jest bombka A. Tyle ze i do jednego, a szczegolnie drugiego trzeba mieć elity z wizja i cojones. Tego nie mamy, co premier przyznał i to najbardziej blokuje rozwój.

    Odpowiedz
  • 28 października 2012 o 11:07
    Permalink

    już to widzę jak rząd rozda tysiące sztuk broni krótkiej(patrz restrykcyjne prawo o broni).Przecież boją się o własną skórę

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.