Ahoy przygodo cz.1

Harrachov, 2012.12.22/23

Preludium

 

To już niedługo, to już za kilka godzin. Każda podróż niesie ze sobą smak nieznanego, smak przygody. Ważne, aby umieć się do tego nie przyzwyczajać. Trzeba wysiłku, wewnętrznego nastawienia na odkrywanie nowego w sobie i w tym, co wokół nas. Odnaleźć ową dziecięcą wolność i radość w odkrywaniu świata.

Tymczasem przygoda kusi, ciągnie nas za rękaw, dopomina się naszej uwagi. Nie daje spać. Noc jednak nie poddaje się łatwo. Walczy o swoje. A sen? Cóż, sen dziś nie nadchodzi. Odmawia należnych chwil spoczynku. Klepsydra czasu jest jednak niebłagana. Ziarnka oczekiwania przesypują się nieubłaganie. Noc pogrążona w ciszy przycupnęła w towarzystwie mrozu za oknem. Też czeka. Wie, że ostatecznie musi ustąpić. Nim jednak to się stanie, nim przeminie głębia jej królestwa, u jej schyłku, TO nastąpi, TO się zacznie.

Nie myli się. Noc nigdy się nie myli. Niespieszno jej. Nie buntuje się. Zna swoje miejsce. Zna swoje prawa do niepokoju. Zna swoje przywileje. Nie rezygnuje z niczego. Wie, że nim TO się rozpocznie, ma szczególną okazję. Rozpala zatem myśli. Ubarwia wyobraźnię. Dodaje smaku fantazji.

Sen chwilami podejmuje nieśmiałe próby powrotu. Dziś jednak jest bez szans. Zwiesza bez żalu zresztą głowę, znika w oddali. Nie sprzeciwia się. Powróci w porze zmęczenia. Upomni się o swoje. Upomni się o należny sobie czas. Upomni się o swą daninę spoczynku w akompaniamencie monotonii szumu silnika.

Noc dojrzewa powoli do swego odejścia. Dojrzewa do przekazania swych władz na światem nadchodzącemu dniowi. Przedłuża swe władztwo powłoką grubych ciężkich chmur. To one skryją blask jutrzenki. To one skryją sobą radosne promienie uśmiechu nadchodzącego słońca. Ono gdzieś tam jest. Gdzieś tam przemierza swój odwieczny szlak pielgrzymi. Dziś jednak nie ukarze ani swego świetlistego oblicza, ani nie rozpromieni królestwa światła. Wszystko pozostanie przyćmione. Wszystko będzie spowite miękkością światła z uporem przebijającego się przez zasłonę stalowych obłoków.

 

Srebrousty potoku

Harrachov

 23.12.2012

mów ucho me pieść

strugi twych słów

niechaj w mój spłyną wiersz

 

krystaliczna twa toń

lodowaty twój chłód

niech serce rozpalą mi

 

o srebrousty o perlistosłowy

opowieść twa bez końca trwa

potokiem chwały na mnie spłyń

 

twój wartki nurt

niechaj porwie mnie

zachwyć oczaruj mnie

 

swą wyśpiewaj mi pieśń

kaskadą dźwięków dopełnij

pragnień mych toń

 

zamień się w las słów

niczym mgłą otocz mnie

prowadź za pieśnią płynę twą

 

zwierciadło księżyca

tajemnice zdradź mi swą

wypełnij mnie opowieść daj

 

przekuję cię w wiersz

skrzydła ci me dam

zasieję w milionach serc

 

srebrnousty mowy użycz mi swej

perlistosłowy podaruj mi pieśń

śpiewaj mi do serca uwiecznię cię

 

Adam Gabriel Grzelązka

Gdy gaśnie noc, dzień tuli się nam w ramiona

Czasu pozostało niewiele. Kolejne ziarna niecierpliwości opadają w klepsydrze oczekiwania. Chwila, TA chwila ma się coraz bliżej. Jej blask coraz intensywniej przebija się przez zasłonę niecierpliwości.

Monolit wyczekiwania wydaje się nieznacznie kruszyć. Tu i ówdzie wydają się pojawiać pęknięcia, poprzez które z coraz większą śmiałością sen spogląda buńczucznie w kleiste dziwnie oczy. Nie będzie mu jednak dane ziścić nadziei. Póki co ta pozostać musi płonną. Sen oddala się. Nie znika na dobre, jak czynił to kilka godzin temu. Przysiada nieopodal. Czai się na krawędzi. Skrywa we wciąż niepodzielnie panującym mroku nocy.

Czas, to już czas…

Zatem godzina oczekiwania przemienia się w godzinę powstania ze snu dla tych, którym dane jednak było spocząć w jego błogich objęciach. Dla innych, dla mnie to  jedynie godzina powstania. Pobieżny przegląd rzeczy, które. Rzut rozbieganym okiem od do. Rzut niespokojnym spojrzeniem to to, to tam, to ówdzie. Wszystko? Nie, nie wszystko… Co zatem jeszcze? Acha, jeszcze to i to, i to. Tamto też. Nie. To nie. Chyba nie… A może, a może jednak? E, nie. Chyba nie… No dobra, to tak, ale tamto i tamto nie.

Zatem w drogę. Jeśli coś nie, jeśli coś jednak nie, to już trudno. Zgrzyt klucza w zamku. Nagłe olśnienie. Stop. Zgrzyt klucza w zamku. Szelest kroków w ciemności. Pstryk. Ciemność jasnością zapłonęła. Są. Czekają, abym je. Dobrze, że. Bez nich byłoby zdecydowanie ciężko. W końcu nie dalej, jak wczoraj wiatr, nisko zawieszone słońce wyciskające łzy z mocno przymrużonych oczu i dobre osiem poniżej. Na szczęście nie dziś. Dziś, tu, teraz jest dużo mniej. Mniej niźli wczoraj za dnia. A przecież dzisiaj dzień jeszcze nie, choć pora szarego świtu tuż tuż.

Objuczeni bagażami, w większości zresztą potrzebnymi, choć z pewnością z delikatną nutką niepotrzebnych oraz podświadomie przewidywaną tęsknotą za zapomnianymi, szybkimi krokami trzy piętra w dół. Pora odszronić skostniałe w uściskach mrozu auto.

Etap

Jedziemy. Jakżesz pusto. Wiadomo: sobota. Wiadomo: noc kurczowo dłonie zaciska nie chcąc dniowi co jej oddać, choć ten już tuż tuż i lada moment przejmie pałeczkę. tym odwiecznym maratonie wschodów i zachodów.

Zatem jedziemy szybko przemierzając opustoszałe niemal do cna ulice. Tankowanie i po chwili dalej już. Po chwili oto i jesteśmy. Pora rozdzielić i załadować pozostałe bagaże. Upchane tu i tam mieszczą bez trudu zajmując przeznaczoną dlań przestrzeń.

Pora ubrać dzieciaki. Najmłodsze jeszcze śpią, starsza na nogach od pewnego już czasu. Zbudzone o tak nieprzyzwoicie niemiłosiernej porze poddają się niechętnie poszczególnym zabiegom. Jeszcze dziadek. W jego wieku wszystko toczy się z napiętą do granic cierpliwości powolnością.

Sezon świąteczny ogłaszam za rozpoczęty

Wszyscy upakowani. Pasy zapięte. Ruszamy. Przed nami kilka godzin jazdy. Bez trudu, niejako od niechcenia opuszczamy Poznań. Mijamy nadal uśpione miejscowości. Nastały dzień nie zamierza rozpieszczać. Panuje przygaszona sina szarość jednolicie zasłanego grafitem ociężałych chmur bezpromiennego nieba. W sumie ma to swoje zalety. Gdyby jak wczoraj ciekawskie słońce zadziornie zaglądało w oczy, po kilku godzinach umęczone oczy nie miałyby ochoty napawać się przecudnymi widokami górskich krajobrazów.

Monotonia jednostajnej podróży. Szarość. Widzę szarość. Navie korony drzew. Nagie ziemisto-szare pola. Zima odarta ze śniegu wiele traci ze swego uroku. Surowe piękno ogołoconych krajobrazów z trudem ujawnia swe piękno. Nie zamierza zachwycać niezdolnych do spokojnej kontemplacji. Stopniowo. Powoli. Od niechcenia. Czas. Upływa. Krajobraz z pozoru niezmienny i monotonny w swej monochromatyczności ulega niemal niedostrzegalnym metamorfozom. W końcu nie jest już w stanie maskować swej odmienności. Od niechcenia wijąca się dotąd leniwie droga zdecydowanie nabiera coraz to ostrzejszego wigoru coraz to gwałtowniejszych zakrętów. Na dodatek najwyraźniej niesyta dostarczanych wrażeń rozwinęła to opadającą, to znów wznoszącą się serpentynę już nie suchego jak dotychczas asfaltu.

Pocałunek bieli

Dotychczas śnieg jawił się bryłami miejskich pozostałości na trawnikach i w załomach wysokich krawężników, względnie mocno przykurzonymi połaciami zalegającymi dna przydrożnych rowów, bądź też z rzadka rozrzuconymi plamami zbrukanej bieli w mijanych zagajnikach przylegających do trasy nieprzysłoniętych tajemnicą odeszłych w niepamięć o tej porze, a zielenią wszechobecnych w porach pozostałych wszech ukrywających liści. Nagi las syci nieuważne oko odwiecznymi pozorom, mówiąc jakby mimochodem: przeniknij mnie swym wzrokiem, nic oto nie mam przed tobą do ukrycia. Zwieść się temu jednak nie daj. Nawet nagi zimą las skrywa tajemnicę tysiąca opowieści. Księgę tę jednak niewielu umie biegle czytać. Dla większości pozostaje nie tylko niema, ale i nieobecna w ich uśpionej świadomości ignoranta. Nawet tak wyraziste słowa, jak dopiero co odciśnięte tropy na świeżo spadłej bieli nie kojarzą się z niczym, a już najmniej z literami konkretnych ptaków i innych polno-leśnych zwierząt. Dla nieoswojonego z alfabetem natury oka to pismo pozostaje niemą plątaniną chaosu bez znaczenia.

Chmurne dotąd niebo nie uroniło niczego, co mogłoby jakoś przyciągnąć uwagę. Ta milcząca nieobecność postanowiła w końcu przemówić delikatnymi pocałunkami bieli. Bez narzucania się, bez gwałtowności nieujarzmionego żywiołu, z niedającą się jednak zignorować obecnością sześciokątnej niepowtarzalności sypkiej postaci wody.

Wędrówki kres zapowiedzią nowego początku

Oto i już już niedługo. Zatem niebawem. Jeszcze mała doza spłoszonej cierpliwości. Wszechobecność śniegu. Niepostrzeżenie przekroczona granica. Kolejna porcja zawiłych zakrętów. Chwila niepewności, przejechane w ostatniej chwili ujawnione skrzyżowanie. Zatem zawracamy.

Jesteśmy. W końcu. Nareszcie. Bagaże, pokoje. Czas na obiad. Śnieg z wolna ustaje. Zmierzch ustępuje pola powracającej nocy. Krótki spacer po okolicy. Wszystko dopiero się zacznie. Wszystko dopiero przed nami.

Sen, wielki nieobecny poprzedniej nocy, powraca ze zdwojonym zapałem. Nie było mi jednak dane gościć go przez pełnię nocy. Syt budzę się grubo przed świtem. Nie pozostaje nic innego, jak czekać w zawieszeniu aż. Nie pozostaje nic innego, jak ostrzyć apetyt nieposkromionej ciekawości świata. Jeszcze kilka godzin. Jeszcze kilka godzin do świtu. Jeszcze kilka godzin do pobudki. Jeszcze kilka godzin nim rozpocznie się czas karmienia głodu przygody, jaki we mnie.

Jedna myśl na temat “Ahoy przygodo cz.1

  • 24 grudnia 2012 o 16:05
    Permalink

    Piękne strofy!
    Dziękuję.
    Wesołych Świąt.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.