Paradygmat rozwoju

A w zasadzie to, po co mamy cokolwiek zmieniać?

 Po co mamy cokolwiek zmieniać w naszym kraju? Przecież jest tak swojsko, tak byle jak, tak po naszemu, tak zwyczajnie – przaśne i po prostu tak jak lubimy. To, co nas otacza to wynik naszej aktywności, naszych starań i naszej codziennej pracy, w tym zaniedbań. Nasz kraj, jego gospodarka, prawo, ekonomia, finanse, krajobraz, architektura, stań środowiska – to wynik naszej aktywności i staranności. Dobrze, przyznajmy uczciwie, że sąsiedzi się także dołożyli, ale minione 22 lata transformacji i wcześniejsze prawie pół wieku „sielanki” w PRL do czegoś zobowiązują, zwłaszcza, że nastąpiło przesunięcie terytorium kraju na zachód, na co prawda zniszczone, ale mimo wszystko – doskonale zorganizowane pod względem planistycznym obszary.

Mniejsza z tym, musimy jednak mieć świadomość, że to, co nas otacza jest wynikiem naszej aktywności lub jej braku. Nikt nam tego nie narzuca, nie zmusza nas np. do śmiecenia wszędzie i wszystkim, rozproszonego – dewastującego teren typu osadnictwa, budowania wielu typów dróg i autostrad w różnych nieskoordynowanych i niepowiązanych ze sobą odcinkach w spójnym harmonogramie czasowym. O co zatem mamy pretensję narzekając i do kogo te nasze żale wygłaszamy? Przecież nie jest temu winien ani rząd, – żaden z kolejnych, ani parlament – też żaden z kolejnych, albowiem to tylko i wyłącznie emanacje naszego społeczeństwa. Co prawda należy nieco więcej wymagać od elit, ale powiedzmy to sobie zupełnie uczciwie, że ta nasza elita to ma raczej rodowód styropianowo-aferalny niż uniwersytecko-kapitałowy, zwłaszcza z naciskiem na pochodzenie kapitału z uczciwej pracy poprzednich pokoleń.

Skoro, zatem zgodzimy się, że nasza rzeczywistość jest stanem naturalnym dla nas przynależnym, ze względu na poziom naszych aspiracji, starań i ogólnej sprawności to, po co mamy cokolwiek zmieniać w naszym kraju? Przecież każde zmiany będą zawsze traktowane, jako utrudnienia lub zagrożenia dla status quo. Ponieważ Polacy przyzwyczajeni, że nawet państwo nie jest tworem trwałym, panicznie boją się jakichkolwiek zmian! Przykładowo obecnie w Krakowie – w Sukiennicach pewna znana marka handlu detalicznego otworzyła swój mały market – wynajmując od miasta lokal, podpisując umowę, godząc się na szereg wymogów związanych z zabytkowością miejsca. Efekt – od kilku dni trwa heca medialna, czy godzi się, żeby obok wejścia do muzeum, pod salą zawierającą najwspanialsze obrazy polskich mistrzów – w miejscu uświęconym narodową tradycją tak bardzo, że kapie ona z rynien zamiast deszczówki – można otworzyć supermarket? Pomijając fakt, że to doskonała reklama dla tej sieci (olbrzymia korporacja – gigant handlu detalicznego na naszym rynku, wywodzący się z Francji), to czy można wyobrazić sobie bardziej zachowawcze nastawienie? To dotyczy wszystkich sfer naszego życia codziennego, nie można się dziwić ludziom, że wszystkiego się boją, zwłaszcza, że zmiany ich dotyczące bardzo rzadko są na lepsze, a przeważnie rozgrywają się w dziedzinach strategicznych dla organizacji ich życia. Przykładowo horror, jaki zgotowano pacjentom na przełomie roku, czy też idiotyzm związany z bandycką próbą zakneblowania wolności w Internecie poprzez podpisanie umowy ACTA – cichaczem, bez konsultacji społecznych. Wszystko to powoduje nie tylko kryzys zaufania do państwa, ale przede wszystkim problem z rozumieniem potrzeby zmian i akceptacją dla ich wprowadzania. No, bo, po co zmieniać coś, co działa dobrze i ludzie się do tego przyzwyczaili, w tym znaczeniu, że nie narzekają zbytnio na dany system i mechanizmy funkcjonowania z nim związane.

Prawdopodobnie mają tego świadomość nasi decydenci, najdelikatniej mówiąc, przekonanie, że uśpionej magmy lepiej nie ruszać to dominujący pogląd w oglądzie spraw społecznych i państwowych u naszych elit. Jakakolwiek zmiana z zasady nieprzyjazna ludziom, nie będzie przez nich dobrze przyjęta, więc, po co się trudzić na jej propagowanie i za jakie grzechy brać na swoje plecy polityczną odpowiedzialność za ewentualne skutki? Po co? Naprawdę, po co cokolwiek zmieniać w tym kraju, gdzie ludzie potrafią sobie wytłumaczyć, że jest „sielsko-anielsko” i że jakoś tam będzie nawet w przypadku największych narodowych dramatów i największych narodowych traum, a co tam dopiero w przypadku jakiegoś banalnego spowolnienia gospodarczego.

Wnioski? Nie będzie w tym kraju zmian, jeżeli nie przełożymy tego, co posiadamy we własnych polach percepcji, czyli poczucia potrzeby wprowadzenia zmian na rzeczywistość. Najpierw trzeba zmienić społeczeństwo, uczynić je bardziej otwartym, nie bójmy się tego powiedzieć, także tolerancyjnym, a przede wszystkim dynamicznym. Dopiero na tej podstawie można oderwać Polaków od ich rosołu z martwych kurcząt domowego chowu, wskazując, że poza rzeczywistością prezentowaną na szklanym ekranie a realiami istnieje tak gigantyczny dysonans, że trzeba coś w końcu przedsięwziąć. Inaczej nigdy nie będzie lepiej. No, ale może dobrze jest tak jak jest, a lepiej już było? Kto wie…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

4 × 1 =