Kultura

A ty dziadek jak długo jeszcze zamierzasz żyć?

 Gdy zabraknie miłosierdzia i miłości…

Życie ludzi starszych nie jest usłane różami. Nie dość, że zdrowie już nie to, to jeszcze doskwiera samotność. Potrzebują opieki i wsparcia. Ale nie ma komu ich im udzielić. Nikt opiekować się starcami, zdziecinniałymi, zniedołężniałymi nie chce, nie ma zamiaru. Jest jednak coś znacznie gorszego od starczej samotności. Jest nią nienawiść, wzgarda i odrzucenie ze strony najbliższej rodziny. A nic tak nie boli jak ból zadawany przez naszych najbliższych. Oni doskonale wiedzą jak nas zranić, jak nam zadać wszelakie cierpienie, jak poniżyć, upokorzyć. Te dramaty najczęściej ukryte są przed światem. Rozgrywają się w czterech ścianach ukryte przed postronnymi. Jedynie czasem wychodzi w szczególnych okolicznościach szydło z worka i dramat poniżenia i lekceważenia osób starszych przez ich dzieci i wnuków rozgrywa się w przestrzeni publicznej, na oczach innych, obcych osób. I tak właśnie zdarzyło się i tym razem… Zacznijmy jednak od wiersza.

A ty Dziadek?

2012-12-31 Poznań

jak długo jeszcze
chcesz żyć

no i po co
chcesz żyć

no i komu
chcesz żyć

się weź się zdecyduj
nie rób problemów
ja przecież nie zamierzam
cię niańczyć
co to ja
opiekun staruchów jestem jaki

a tak w ogóle
to po coś się
dał na te całe
wywieźć z domu święta

nie mogłeś sobie
samemu w domu
posiedzieć te parę dni
co to pierwszy raz sam
byś w domu siedział

a teraz to co
kasy nie masz
a ja też kasy nie mam
a tu widzisz koniec roku
sylwester i ja kasę potrzebuję
i mnie ta twoja kasa
kasa której ty teraz nie masz
mnie ona jest potrzebna
a ty mnie nie możesz teraz jej dać
to po coś ty pojechał
czemu wszystko wydałeś
to nie wiesz że ja tej twojej kasy
będę potrzebował
zawsze przecież po nią przychodziłem
nie możesz tak prostej zapamiętać rzeczy
że ja po kasę do ciebie

no weź no dziadek
jak tak mogłeś
kasy nie masz
do szpitala trafiłeś
i co ja mam niby tu do ciebie teraz jeździć
a przecież ty kasy nie masz
to po co ja mam tu do ciebie jeszcze raz
trza się było trzymać
a nie żeby do szpitala zaraz

a tak w ogóle to ja już idę
nie będę przecież cały dzień tu z tobą siedział
bo i po co
my sobie przecież nie pogadamy
bo i o czym
no i po co mielibyśmy rozmawiać
ja niby z tobą
a jeszcze czego
jeszcze mi na mózg nie padło

co ja tu będę dłużej u ciebie
więc idę sobie do swoich spraw
wracam do swojego życia
co mnie to że ty tu w szpitalu
twój problem twój ból
po coś się tak załatwił

ja cię niańczył nie będę
po co ty tyle żyjesz
co to nie masz już dość

znów się wziąłeś i posikałeś co
bo ty śmierdzisz strasznie dziadek
weź no zadbaj jakoś o siebie
nie dość że starością śmierdzisz
to jeszcze przesiąkłeś se tego pampersa
byś se go zmienił a nie tak w nim siedzisz
i mi tu śmierdzisz

sobie weź jakoś poradź z tym
ty nie rób mi kłopotów
żebym ja musiał znów do ciebie jeździć
i to jeszcze do szpitala
tu przecież ludzie zdychają
po co ja mam na nich patrzeć

jak przyszedł tak wyszedł
drzwi tylko trzasnęły
ot wnuczek dziadka nawiedził
po co właściwie i na co właściwie
głową z niesmakiem pokręcił
gniewnie na innych popatrzył
z niesmakiem szybko uciekł z powrotem

– wody mi nawet –
poskarżył się dziadek cicho –
nie przyniósł
znowu będę musiał boso
do łazienki z kranu iść się napić

pidżamy też nikt mi nie przywiózł
muszę się w tej szpitalnej biedzić
a tu spodnie za krótkie
i spadają bo guma rozciągnięta
i ciągle na boso
a mnie w nogi zimno
i jeszcze pielęgniarka narzeka
że ciągle ja mam je brudne

nikt mnie nawet nie spytał
czy co mnie boli
albo czy mi czego brakuje

już by lepiej nie przychodzili
tylko się po nich gorzej czuję
po tej ich całej wizycie
znowu spać nie będę mógł
bo mi nerwy nie dadzą

Adam Gabriel Grzelązka

 

Z wizytą u chorego

Otwierają się z cicha drzwi szpitalnej sali. Wchodzi kobieta. Szybko rozgląda się dookoła i pewnym krokiem zmierza do mężczyzny z ręką w gipsie.

– Dzień dobry panom – wypowiada jednocześnie.

– Dzień dobry – odpowiadają pozostali. Dwóch mężczyzn siedzących na naprzeciwległych łóżkach przerwało toczoną rozmowę i uważnie przyglądają się wchodzącej. Jeden pyta:

– To pani jest ta córka tego pana?

– Tak, jestem jego córką, a o co chodzi?

– Oj, pani, co tu wczoraj za cyrk był! Co to za ludzie tu przyszli. Takich nie powinno się wpuszczać w ogóle do chorych. To swołocz jakaś. Dzikusy niewychowane.

A było to mianowicie tak…

A było to dokładnie tak…

Całe zdarzenie miało miejsce dzień wcześniej. Było niedzielne popołudnie. Do wspomnianego mocno starszego mężczyzny z ręką w gipsie przyszło kilka osób. Wparowali jak świnie w zboże. Przetoczyli się jak burza przez pokój ledwo co zważając na pozostałych chorych. A już na pewno nie zważając na szpitalna ciszę i spokój. Wraz z ich wejściem wtargnął tylko niepokój, ale i drażniący hałas.

Młody mężczyzna podszedł gniewnie do leżącego. Spojrzał spod oka na niego i wygarnął wrogo:

– A ty dziadek jak długo zamierzasz jeszcze żyć? Co znowu wylądowałeś w szpitalu? Co to, ja nie mam nic lepszego do roboty, tylko jeździć do ciebie do szpitala?

Drugi, starszy, też nieuprzejmie dorzucił ze złością:

– To co, nie miałeś co robić na święta? Nie mogłeś siedzieć w domu? Zachciało ci się taki kawał jechać? I co? Jak na siebie uważałeś? Nic nie dbasz o siebie! Znowu się poobijałeś! Powinieneś z tyłkiem siedzieć u siebie i nigdzie sienie ruszać. Ale nie, tobie się zachciało. A teraz masz za swoje. Znowu cię ta franca naciągnęła. Znowu cię przywiozła poobijanego. Jaki ty głupi jesteś ojciec, że pozwoliłeś jej się zabrać na te durne święta…

I tak dalej. I tak dalej. I tak dalej… Wciąż tylko krzyki i pretensje, wymyślania, wypominania. Starszy, leżący mężczyzna znosił to ze spokojem. Z rzadka tylko próbował coś odpowiedzieć, lecz odpowiedzi jego i tak nikt nie słuchał. Nikogo nie obchodziło, czy miał, ani co miał im do powiedzenia. Każdy tylko wykrzykiwał swoje. Od siebie na niego. Od siebie przeciw niemu. Wciąż i wciąż. Coraz głośniej. Coraz obraźliwiej. Coraz bardziej upokarzająco.

Całe szczęście i dla tego pana leżącego i dla pozostałych leżących w tejżesz sali wizyta nie trwałą zbyt długo. Trwała zresztą stanowczo za długo. Była wyczerpująca dla wszystkich leżących na sali. Dla wszystkich chorych, nie tylko dla chorego, któremu jeszcze i to nieszczęście spadło na głowę.

Ot rodzinka. Przyszli, nakrzyczeli, nawymyślali. A nikt się nie zainteresował chorym człowiekiem. Nikt nie zapytał chorego, czy mu czego potrzeba. Nikt nic mu nie przywiózł. Pozostał sam, opuszczony, zakrzyczany w szpitalnej piżamie, bez kapci. Nawet nikt mu nie kupił wody, wiec spragniony chodził do łazienki zaspokajać nękające go pragnienie z łazienkowego kranu.

– Pani, oni nawet z nim nie porozmawiali. Nie wiedzieli jak i o czym. Jak już przestali na niego naskakiwać, zapadła niezręczna cisza. Szybko się zwinęli i uciekli od niego. Pani, co to za straszni ludzie tu u niego byli. – dodał na zakończenie jeden z mężczyzn.

Łzy i wstyd

Kobieta ze wstydem i łzami w oczach wysłuchała opowieści dwóch panów o wczorajszej wizycie u chorego, którego i ona dziś przyszłą odwiedzić. Przyniosła mu nową czystą piżamę. Z trudem przebrała go w nią. Kupiła butelkę wody mineralnej, by jej ojciec nie musiał już pić wody z kranu, lecz zaspokajał łaknienie tążesz świeżą i zdrowa wodą. Przyniosła mu też nowe pampersy na przebranie.

Starszy, mocno schorowany i znacząco niesprawny mężczyzna wyraźnie się ożywił i pomimo protestów i narzekania pod nosem, stęków i jęków, wyraźnie promieniował radością i zadowoleniem. Posiedzieli razem, porozmawiali. Nie mogła jednak zostać z nim zbyt długo. Zabrała jego ubranie, pożegnała się niezręcznie i z wilgotnymi oczyma opuściła salę.

A ciebie jaka czeka starość?

Osoby i zdarzenia są realne, choć umyślnie opisane niejasno, bez imion czy szczegółów. Sedno historii jak najboleśniej prawdziwe, choć szczegóły dopowiedziane na zasadzie licencji poetyckiej.

Tacy ludzie żyją wokół nas. Cierpią wśród nas. Zazwyczaj nie skarżą się nikomu. Nikomu – bowiem tak naprawdę nikogo nie mają. Starość mają gorzką i bolesną. Choroba i wiek sprawiają, ze wymagają coraz troskliwszej opieki. Tymczasem najbliżsi robią wszystko, aby się od tego obowiązku wymigać. Unikają starców, ograniczają z nimi kontakty do minimum. A jeśli już do tego spotkania, do kontaktu dojdzie, wyładowują swą złość i agresje na coraz słabszym rodzicu czy dziadku. Zjawiają się jedynie wtedy, gdy czegoś potrzebują. O, wówczas potrafią być mili i troskliwi. Byleby nie za długo. Tak na parę minut to jeszcze dają radę. Ale nie dłużej.

To właśnie oni optują za eutanazją. To właśnie oni pod pozorami godnej śmierci pragną jak najszybciej pozbyć się niewygodnego ciężaru z własnego życia. Uchowaj Boże przed taką rodziną. Uchowaj Boże przed taką przyszłością. Eutanazja otwiera dla nich wygodną furtkę. Łatwo i bezboleśnie dla siebie pozbywają się swych rodziców czy dziadków miast roztaczać nad nimi swą troskliwą opiekę. No ale skoro drugiego człowieka traktuje się instrumentalnie, co najwyżej jako źródło smakowitej emeryturki, to nie ma się co dziwić, że można w szpitalu być świadkiem takiej jak wspomniana powyżej scenka.

Eutanazja nie jest żadnym rozwiązaniem. Tak jak nie jest nim aborcja pod jakąkolwiek postacią. Jedno i drugie to jedynie pięknie opakowane, zawoalowane wzniosłymi hasłami wolności i godności człowieka brutalne sposoby na zamordowanie drugiego, niepotrzebnego i niechcianego jeszcze lub już człowieka.

Dziś wydaje się nam to obce i dalekie. Ale jutro? Pojutrze? Przecież każdego dnia jesteśmy starsi. Przecież każdego dnia jest nam bliżej do śmierci. Każdego dnia jest nam bliżej do naszej własnej niedołężności. A to już wystarczający pretekst by poddać nas eutanazji. By skazać nas na śmierć. By dokonać na nas morderstwa.

Poznań, poniedziałek – Sylwester, 31.12.2012 A.D.

Autor: Adam Gabriel Grzelązka

4 komentarze

  1. Lubię Pana wiersze, ale ta proza to Panu nie wyszła.
    Jest NIEPRAWDOPODOBNA.
    To się nie mogło zdarzyć naprawdę.
    Dlatego to opowiadanie jest niepotrzebne.
    Owszem, mogą być ludzie GARDZĄCY starymi i chorymi.
    Sam znam takich. Tylko że nie posunęliby by się AŻ DO WIZYTY w szpitalu. Po prostu tacy ludzie obok pogardy dla starych i według nich – ZBĘDNYCH, są zbyt leniwi, żeby CZYNNIE to okazywać. Jeśliby już, to będąc z wizytą u chorego (np. z obowiązku rodzinnego i konwenansu)- milczeliby.
    Po prostu Pan przesadził.

    • Szanowny Panie!

      Z tego co nam oświadczył autor – to opis sytuacji autentycznej. Smutnej i bolesnej. Miała miejsce w tym czasie – to jest w zasadzie relacja.

      Magda

      • Skoro tak, to rację miał minister Drzewiecki, że Polska to dziki kraj!
        Prorok jaki czy co?
        Mimo wszystko nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w REALU, jak ta opisana przez Naszego Poetę, którego pozdrawiam.
        Panią Nadredaktor Magdę – również serdecznie pozdrawiam i życzę spełnienia marzeń w Nowym Roku!

  2. Ma Pan rację, opowiadanie nie jest moją mocną stroną. Dużo lepiej wychodzi mi poezja. Niemniej zarówno treść tej opowieści, jak i treść wiersza są prawdziwe. Najpierw opowieść tę mi opowiedziano, a wczoraj miałem okazję spotkać się ze świadkiem opisanej sceny. Co więcej, znam osobiście akurat wątpliwych bohaterów opisanej akcji. Dla dobra opisywanych osób w opowiadaniu jak i w wierszu nie ma żadnych danych faktograficznych pozwalających zidentyfikować te konkretne osoby w realu. Podobnych zresztą historii znam więcej, czasem od samych poszkodowanych. To, czego Pan nie znajdzie ani w moich wierszach, ani esejach, to wszelakie wulgaryzmy, jakie były w użyciu podczas opisywanego zdarzenia. Nie gustuję w takim słownictwie i nie uważam, aby literatura musiała po nie sięgać. Z drugiej strony, gdybym opisał to językiem, jaki padał w opowiadaniu świadków, samo zdarzenie byłoby jeszcze bardziej dramatyczne i przerażające.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.