Ekonomia

A może by tak obniżyć w Polsce podatki?

Po wyborach w 2011 roku, rząd PO-PIS, w ramach wewnętrznego konfliktu i niechęci do ustępowania koalicjantowi w czymkolwiek, uzgodnił obniżenie podatków.

Zlikwidowano wszystkie ulgi (z wyjątkiem dla osób przewlekle chorych i osób niepełnosprawnych), wprowadzono nowy system ulg prorodzinnych – premiujący rodziny wielodzietne, PiSowska cześć rządu szczególnie oklaskiwała likwidację ulg dla „wykształciuchów”, czyli słynne koszty uzyskania przychodów dla twórców, dziennikarzy i wszelkiej maści „kawiorowej yntelygencji”.

I stało się, mamy od 1 stycznia 2012 jedną stawkę VAT powszechne np. 18 % NA WSZYSTKO, jedną stawkę akcyzy, jedną stawkę podatku CIT i PIT zrównane na poziomie 20 %, podatek katastralny początkowo pilotażowo od zadeklarowanej do celów ubezpieczeniowych wartości nieruchomości, dało się – budżet dzięki regule wydatkowej może wydawać jedynie tyle ile do niego wpływa, poszczególne grupy obywateli żyjących na koszt reszty społeczeństwa zostają pozbawione przywilejów.

Początkowo dochody budżetu gwałtownie spadają, ale rząd był przewidujący i zmienił prawo budżetowe i podatkowe w ten sposób, żeby mógł w momencie dekoniunktury modelować stawki podatków w kolejnych miesiącach. Widząc, że dochody spadają, podwyższa jednolite stawki o 1 lub 2 procent na kolejny miesiąc, umiejętnie modeluje cenę akcyzy na paliwa, obniża stawkę VAT na usługi (w tym Internet), czym pobudza gospodarkę. Budżet po roku się bilansuje, wszyscy żyją na własny koszt, państwo nie ma lub prawie nie ma potrzeb pożyczkowych. Rynki oddychają, starcza pieniędzy na bieżące funkcjonowanie, w drugim roku reform możemy prognozować ile pieniędzy zdołamy odłożyć, rząd porównuje krańcową efektywność różnych stawek, umiejętnie dobierając je w ten sposób, żeby niczego nie zdusić. Z czasem podatek liniowy dla osób fizycznych i firm zmienia na „podatek dwu lub trzy liniowy”, czyli przywraca progi dla bogatszych, w tym tych, co ujawnili swoje dochody. Podobnie dla firm, mniejsze niższy podatek, większe większy. Co więcej, rząd urealnia podatki w ten sposób, że składki na ZUS i inne obciążenia socjalne zastępuje podatkiem solidarnościowym, płaconym zarówno przez osoby fizyczne jak i przedsiębiorstwa (odpowiednio mniej), dzięki czemu Polacy doskonale widzą ile kosztuje ich bieżące utrzymanie państwa a ile utrzymanie umowy międzypokoleniowej i fikcji darmowego lecznictwa, że już o tzw. darmowej edukacji nie wspomnę. Emeryci otrzymują emerytury podzielone na dwie części, pierwsza część ze składek z podatku socjalnego, gdzie łączna suma wypłat emerytalnych ze środków publicznych w kraju, równa się sumie wpłat z tytułu tego podatku (w efekcie wszyscy dostają po równo). A druga cześć to dopłata z budżetu, lub kredytów, odpowiednio większa – wyrównująca różnice pomiędzy średnią emeryturą a tym, co dana osoba nabyła w ramach praw nabytych, czyli w starym systemie. Dzięki temu, każdy widzi ile kosztuje państwo, a zarazem w skali zagregowanej politycy mają istotny argument w postaci wyceny solidarności społecznej. O wielkość, której toczyłby się spór polityczny. Być może kolejne pokolenia od któregoś rocznika, udałoby się zwolnić z łożenia na tą część dodatkową i ich podatek solidarnościowy byłby odpowiednio mniejszy, lub finansowaliby jedynie swoje składki. Nikt by na tym nie stracił, ale zyskaliby na informacji obywatele. Wyklarowałby się system, nie dałoby się żyć na koszt przedsiębiorców płacących comiesięczny haracz. Nikt nie złorzeczyłby na dotowanych socjalnie rolników, płaciliby podatek solidarnościowy jak każdy, a w przyszłości mieli godne a nie groszowe emerytury.

Oczywiście zaproponowany model, jest bez względu na przyszły koalicyjny układ rządzący niemożliwy, z racji sektorowych interesów poszczególnych grup w partiach politycznych. Być może jedynie tak egzotyczna koalicja, byłaby skłonna do spowodowania proponowanej zmiany. Nie jest ona aż takim Sci-Fi, jak się wydaje, albowiem po przekroczeniu progu zadłużenia określonego w konstytucji wydatki państwa będą musiały być zamrożone.

Dlatego o wiele rozsądniej, byłoby antycypować, liczyć i kombinować, a nie rozdawać wirtualne IPod-y.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.