Ekonomia

A jednak kryzys nadszedł…

 Dane z gospodarki niemieckiej wskazują na bardzo niebezpieczną tendencję popadnięcia tej najpotężniejszej gospodarki europejskiej w recesję. Jeżeli rząd federalny nie wymyśli niczego np. dla poprawy wewnętrznej koniunktury, to za 3-4 kwartały, czyli prawdopodobnie na wiosnę 2013 roku, Niemcy będą miały kłopoty, wyrocznie przedstawiające ratingi to straszna broń w rękach wiadomo czyich służb specjalnych. W praktyce będzie to oznaczało smutne wieści dla krajów beneficjentów unijnej pomocy, ponieważ dominująca część wszystkich wspólnotowych Euro to pieniądze niemieckich podatników. Amerykańskie soft power, na trwałe nauczy europejczyków pokory.

W praktyce dla nas będzie to oznaczać zmniejszenie dopływu funduszy unijnych w nowej perspektywie finansowej, nie można mieć złudzeń, że to ograniczenie nie nastąpi – te pieniądze nie biorą się znikąd, nie da się ich po prostu wyczarować. Dla zadłużonego południa Europy, oznacza to koniec hojnego wsparcia – konieczność albo masowych wyprzedaży, wszystkiego, co posiadają lub dramat odejścia od Euro.

W przypadku Grecji, powszechnie uznawanej za winną kryzysu nikt nie ma już złudzeń, że ten kraj stanie się w perspektywie najbliższego kwartału niewypłacalny, czyli będzie musiał zlecić druk banknotów i bicie narodowej monety. Można jedynie mieć nadzieję, że na początek będziemy mieli do czynienia z sytuacją powrotu do drachmy, jako waluty subsydiarnej, wspierającej Euro, a nie ze scenariuszem pełnego wyparcia lepszego pieniądza przez powrót do waluty narodowej. Przez pewien czas Grecja będzie rajem, dla zwłaszcza rodzimych spekulantów, a różnice w kursie pomiędzy Euro a Drachmą spowodują liczne napięcia społeczne, ale docelowo pozycja Euro, jako waluty wspólnotowej w Grecji zostanie podtrzymana.

Kraje zadłużonego południa pompują coraz większe kwoty w koszt utrzymania własnego długu. Stawki 7% za obligacje jeszcze nie tak dawno ochoczo płacone przez nasz rząd, dla bogatych Włochów lub Hiszpanów są nie do udźwignięcia. Dobrobyt rozleniwia i to rozleniwia strasznie, tamte społeczeństwa zmuszone do życia w takich warunkach jak nasze, nie dałyby sobie rady z trudami życia codziennego na „zielonej wyspie”.

Dla nas dekoniunktura w Niemczech to także mniej zamówień na nasze produkty i półprodukty wykorzystywane w niemieckiej gospodarce. W przypadku negatywnym, już z wyprzedzeniem kwartalnym do spowolnienia niemieckiego odczuje to nasz rynek pracy. Przedsiębiorcy zaczną zwalniać pracowników, nie będzie żadnych znaczących przyjęć. Praca stanie się towarem silnie deficytowym. Niestety dotychczasowy amortyzator w postaci możliwości wyjazdu „na zmywak” do Wielkiej Brytanii lub hiszpańskie budowy właśnie znika. Rezerwuar prostych prac w bogatych gospodarkach państw Europy Zachodniej ulegnie znacznemu ograniczeniu, będzie praca, – ale tylko dla najlepiej wykwalifikowanych. Dlatego powinniśmy się przygotować na masowe powroty naszych obywateli z kilkuletnich pobytów za granicą. Rząd powinien przygotować stosowny program wspierający tych ludzi po powrocie do kraju, albowiem, o czym musimy pamiętać – tutaj w okresie prosperity było tak źle, że oni musieli stąd wyjechać. Ponieważ nie było dla nich pracy, dlatego czego można się spodziewać w okresie dekoniunktury?

Amortyzatory społeczne w postaci rodzin wielopokoleniowych już nie zadziałają tak, jak jeszcze pięć lat temu. Obecnie młode pokolenie jest nastawione jednostronnie na konsumpcyjny styl i rytm życia. Brak środków umożliwiających pokrycie kosztów aspiracji spowoduje bunt społeczny, który odzwierciedli się na scenie politycznej poparciem dla partii protestu.

Jeżeli będziemy mieli szczęście – lewica znajdzie dla siebie nową formułę i wskaże możliwości amortyzowania szoków gospodarczych poprzez grzebanie w głębokich kieszeniach, póki są jeszcze w nich jakiekolwiek pieniądze. Jeżeli będziemy mieli mniej szczęścia – wówczas prawica opanuje swoją autarkiczną retoryką naszą scenę publiczną i będzie nam grozić scenariusz „deglobalizacji”, czyli budowy silnej, zdrowej, polskiej, narodowej, niezależnej i samowystarczalnej gospodarki, w której znowu będzie nas stać tylko na amalgamat do zębów, a nie drogie wyroby dentystyczne importowane z zachodu. Natomiast, jeżeli będziemy mieli pełnego pecha, to nic się nie zmieni a rządząca nami opcja „jedynie słusznej drogi przemian neoliberalnych w różnych odcieniach”, zmieni barwy, może lidera, ale nadal będzie chroniła warstwę posiadaczy pod pozorem takich frazesów jak budowa gospodarki rynkowej lub moja ulubiona budowa gospodarki opartej na wiedzy. Oni zawsze znajdą jakieś powody, żeby wmówić społeczeństwu, że np. szef opozycji prawicowej to wcielenie szatana lub coś podobnego, a na pewno ma kły i gryzie, no a jego ojciec to już w ogóle, szkoda słów – wiadomo.

Ciekawe, w jaki sposób rząd przedstawi te smutne informacje społeczeństwu i czy zdecyduje się na scenariusz cięć socjalnych. Rolnicy, nauczyciele, mundurowi, aparat wymiaru sprawiedliwości, rzesze urzędników różnych szczebli. Jest gdzie oszczędzać, zwłaszcza, jeżeli ma się odwagę powiedzieć społeczeństwu prawdę w oczy.

Bardzo śmiałym posunięciem było odebranie prawa do odliczeń za pierwsze dziecko, to słuszny kierunek przemian – zwłaszcza w kraju posiadającym nadmierną dzietność, szczególnie w klasie średniej zmagającej się z problemem intelektualizowania na temat sensu posiadania drugiego dziecka. Jest to jakiś sposób uprawiania polityki prorodzinnej przez rząd, nazwijmy go sposobem nowatorskim, zobaczymy, jakie przyniesie owoce. Z pewnością ma to ten sens, że posiadanie jednego dziecka a w zasadzie nawet dwóch – powinno być normą, ulgi należy zostawić dla rodzin naprawdę wielodzietnych.

Co dalej? Zobaczymy! A właściwie można powiedzieć Zapłacimy! Albowiem w wyniku procesów inflacyjnych i wynikowego deprecjonowania waluty – nasza siła nabywcza będzie spadać. Jeżeli na to nałożą się jeszcze globalne echa suszy w USA, to najbardziej odczujemy to na cenach żywności, rolnicy, zwłaszcza producenci zbóż i mięsa – już mogą zacierać ręce.

Największym niebezpieczeństwem dla Polski w znaczeniu systemowym jest jednak trwałe rozprzęgnięcie unijnego pociągu do dobrobytu. W momencie, kiedy mechanizm się zatnie, górę wezmą krótkowzroczne prerogatywy narodowe, to będziemy w innej rzeczywistości geostrategicznej, w której jedynie własna broń atomowa i szeroki wachlarz środków jej przenoszenia mogą uratować nas przed udziałem w jakimś odpryskowym konflikcie.

Obecnie musimy ze wszelkich sił doprowadzić do mobilizacji wszystkich posiadanych zasobów, żeby na tyle na ile się da pobudzić rynek krajowy do konsumpcji i oszczędności. Nie ma innej drogi, nie tylko do dobrobytu, ale także do przetrwania w państwie, którego 60 – kilka procent dochodów to podatki pośrednie. Prawdopodobnie najgorszym rozwiązaniem byłby wzrost fiskalizmu, czyli zwiększenie podatków o kolejny 1-2% o ile w przypadku podatków pośrednich dławiłoby to konsumpcję, to w przypadku podatków bezpośrednich jakiekolwiek podwyżki najniższej stawki mogą stanowić przyczynę do społecznego buntu. Jeżeli bowiem rząd, zamiast np. wprowadzić ponownie III – ci próg dochodowy, zdecydowałby się na podwyższenie I – szego do np. okrągłych 20% to mielibyśmy do czynienia z sytuacją wartą społecznego buntu. Biedni nie powinni płacić za kryzys bardziej niż zmusza ich do tego dramatyczna sytuacja rynkowa. Państwo powinno szukać oszczędności.

Nie ma innej drogi, żadnych kolejnych liberalnych eksperymentów to społeczeństwo nie wytrzyma.

Bezpośrednim zadaniem dla rządu, powinno być wskazanie ludziom perspektywy wyjścia z kryzysu. Nie może być tak, że nagle premier oświadczy, że oto nastał kryzys i mamy kryzys! To gorsze od gospodarki centralnie planowanej, w której kryzys był permanentny i nikogo w zasadzie nie dziwił. Gospodarka rynkowa to coś więcej, cykle gospodarcze zawsze mają dołek i górkę! To nie jest kwestia naszego chciejstwa, tylko tak to po prostu działa. Jeżeli rządowi nie uda się wskazać ludziom drogi w tunelu, to nic dobrego nie będzie to dla nas oznaczać, albowiem ludzie uwierzą w retorykę kryzysową. To ostatnia rzecz, jakiej potrzebujemy w narodzie pesymistów.

5 komentarzy

  1. “żadnych kolejnych liberalnych eksperymentów to społeczeństwo nie wytrzyma.”

    Ostatnim liberalnym eksperymentem w Polsce była ustawa Wilczka i reformy monetarne Balcerowicza.
    Od tego czasu tylko wzros socjalizmu, etatyzmu, biurokracji i długu publicznego.
    Prosze spojrzeć na miejsce Polski w rankingu wolności gospodarczej (za Gruzją , Botswaną i Meksykiem) i jeszcze raz się zastanowić nad “eksperymentami liberalnymi” jakie rzekomo przeszła ostanio Polska, że kolejengo nie wytrzyma 😉
    A może uda się wymienić jakiś eksperyment konkretnie ?

    • Anonimowy Nowak

      Niech Pan nie udaje głupka – wiemy przecież, że liberalizm z artykułu powyżej jak i socjalizm z pańskiego komentarza należałoby wziąć w cudzysłów.

      • Chętnie się podpiszę pod Pana komentarzem tytułem odpowiedzi na pytanie MMK 🙂 No chyba że trafił się nam na forum kolejny idealista 🙂 Serdecznie pozdrawiam

  2. Chętnie się podpiszę pod tezami artykułu.
    Chcę jednak (bo chyba warto) dodać małe wyjaśnienie n/t rolnictwa, które jest tu wzmiankowane tyleż marginalnie, co w oparciu o fałszywe stereotypy.
    Rolników w Polsce można w dużym uproszczeniu podzielić na trzy – cztery kategorie: 1. Latyfundystów (kilkaset), 2. Realne, produkujące żywność gospodarstwa “rodzinne” średniej wielkości(200-300 tys.), 3.Karłowate gospodarstwa socjalne (ok. 1,2 mln).
    4. Do tego należy dodać “rolników”, którzy nie mając z produkcją czy wsią nic wspólnego wykorzystują nieszczelności systemu.
    Klienci PSL to głównie latyfundyści (sami swoi, wpływy polityczne, kasa na wybory) oraz “socjalni” – dużo tanich głosów w wyborach. Kategoria “rolników”- polityków, dziennikarzy, adwokatów czy hydraulików na KRUS-e to czysta patologia.
    O realnej kondycji polskiego rolnictwa decyduje jakieś 200 – 300 tysięcy gospodarstw z drugiej kategorii.
    PSL ich nie reprezentuje, w relatywnie niewielkim stopniu są beneficjentami “wsparcia”. Wszelkie cierpkie uwagi o “leniwych i pazernych chłopach” słuszne w dużej części nie powinny być adresowane do tej grupy.
    Pisze Pan “odczujemy to na cenach żywności, rolnicy, zwłaszcza producenci zbóż i mięsa – już mogą zacierać ręce.” To optymistyczny scenariusz – wzrost cen spowoduje lepszą opłacalność, rozwój produkcji.
    To lepsze, niż chory system rozdawnictwa datków nie wiadomo za co, nie wiadomo komu i według mętnych kryteriów; system w istocie antymotywacyjny.
    Temat wart osobnego artykułu.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

five × five =