Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

14 grudnia 2018

Mity o tworzeniu regionalnych sojuszy – o prawicowej geopolityce


 Na naszej szerokości geograficznej najgroźniejszym gadem jest żmija, objęta ścisłą ochroną, jednakże to nie jest jedyny typ stworzenia, przez które albo człowiek boi się wyjść gołą stopą z namiotu, albo w ogóle wyjść z własnego domu, bo może się wyrzygać jak takie cudo zobaczy niechcący na ulicy. Tym innym typem stworzenia, na którego natknięcie się grozi przełykaniem własnych wymiocin jest „prawicowy publicysta”. Na szczęście dla tego typu stworzeń, podobnie jak żmije obejmuje ich ochrona prawno-karna, to znaczy można dostać wyrok, jeżeli się takiego z rozkoszą podepcze, albowiem państwo ma charakter humanitarny i przyjmuje na wiarę, że „prawicowi publicyści” pozostają ludźmi. Na szczęście prześladuje ich mania „losowych samobójstw”, co w znacznej mierze rozwiązuje problem!

Na szczęście jest ich niewielu, a istotnych naprawdę kilku, to znaczy takich, których popłuczyny wymagają przynajmniej zajęcia stanowiska, albowiem poprzez swoje przewrotne i głupie w istocie sposoby argumentowania mogą skrzywić mniej odporne umysły.

Jedynym powodem, dla którego prawicowych publicystów należy traktować tak jak traktuje się żmije jest to, że ci poprzez zaślepienie własną retoryką antyrządową popadają w auto-sadomasochizm przejawiający się egzaltacją własnej propagandy, którą mielą w ustach, przełykają, trawią, nasyceni wydalają, a następnie popłuczyny i odchody ponowie biorą do ust, mielą, przełykają, nasycają się ponownie – gubiąc w tej zabójczej pętli to, co jest najważniejsze, – czyli sprawę Polską, żeby nie pisać o wyświechtanym przez to grono pojęciu racji stanu. Nie ma innego powodu, ale właśnie i tylko dla tego należy ich nienawidzić i poniżać w życiu publicznym, co w istocie uwielbiają, bo są groźni i w swojej szkodliwej głupocie gubią państwo – skazując nas na opary absurdów około smoleńskiego szaleństwa w zderzeniu z pustosłowiem mainstreamu wypełniającego wszelkie wartości formalną kolorową otoczką, bez jakiejkolwiek zawartości. Nie można im folgować, albowiem w swojej bezczelności nazywają innych mianem pożytecznych idiotów, samemu pełniąc rolę rzeczywistych grabarzy państwowości i narodu polskiego, albowiem spełnienie ich postulatów MUSI na zasadzie automatyzmu wywołanych przez nie interakcji doprowadzić nasze państwo ponownie do zguby a naród do upadku.

Dodajmy od razu, – czym innym jest uzasadniona krytyka rządu, albowiem taki rząd, jaki mamy obecnie po prostu wymaga krytyki i natychmiastowego odwołania, natomiast nie można przy okazji ładować do przestrzeni publicznej swoich chorych poglądów, jako jedynej alternatywy – na to nie może być zgody i nie będzie. Dlatego nigdy nie będzie zgody pomiędzy środowiskami ludzi pragmatycznie myślących a prawicową – prawicą i jej retorami!

Jeżeli ktoś twierdzi, że nasz kraj „ma obowiązek starać się wykorzystać swój potencjał regionalnego lidera i próbować tworzyć system trwalszych sojuszy” to pozornie przebrzmiewa przez niego patriotyzm, natomiast w rzeczywistości mamy do czynienia ze szkodliwą propagandą – uderzeniem w racjonalność polskiego myślenia politycznego w kategoriach międzynarodowych. Od razu wyjaśnijmy – nie ma czegoś takiego jak potencjał regionalnego lidera w przypadku Polski, a przynajmniej nie może być w kraju będącym realnym podwykonawcą sąsiada, niezdolnym do samodzielnego odtworzenia własnych technologii sprzed 30-40 lat! Jeżeli nie ma potencjału – nie można mówić o byciu liderem w wydaniu geopolitycznym tzn., nie ma się niczego – zupełnie niczego do zaoferowania otoczeniu międzynarodowemu, zwłaszcza niczego takiego, co mogłoby stanowić liczącą się propozycję w systemie obecnej oferty trwałych sojuszy. Jakim fantastą trzeba być, żeby publicznie wypowiadać powyższe poglądy? Przede wszystkim obowiązek, wobec kogo – czego? Samego siebie? Historii? Religii?

Trzeba odpowiedzieć głośno i wyraźnie – WON IDIOCI – WY PLEMIĘ ŻMIJOWE I DEBILE, którzy nie nauczyliście się niczego na trupach Palmirów, Oświęcimia, Majdanka, Katynia, Powstańców oraz mieszkańców Warszawy i milionowych wywózek na wschód i północ. Jakim skrajnym i szkodliwym debilem trzeba być, – dlatego nie wymienimy nazwiska autora tejże koncepcji – żeby ponownie próbować wpajać Polakom – dodajmy, potomkom tych, którzy przetrwali biologiczną próbę unicestwienia Narodu i jego polityczne przeprogramowanie, – że jesteśmy do czegoś zobowiązani.

Więc informuję cię podpalaczu, – że nie mamy żadnych obowiązków wobec historii, religii, przodków, narodu (z małej litery celowo) jak również dowolnej chorej myśli politycznej – na szczęście już dawno gryzących ziemię pełnych nienawiści starców! Chcesz umieraj sam – z daleka od nas. Nie mamy żadnych obowiązków w znaczeniu geopolitycznym poza jednym – jedynym – obowiązkiem zapewnienia przetrwania i stworzenia warunków dla rozwoju własnego Narodu i własnej państwowości. W tym kontekście ważniejsza jest ciepła woda w kranie, o jakiej mówi nasz „niestety premier” Tusk – przy całym swoim oderwaniu od jakiejkolwiek wizji państwa niż np. polityczne inwestycje w sektor paliwowy sąsiedniego państwa, którego obywatele genetycznie nas nienawidzą – tylko po to, żeby wypełnić ułudę „koncepcji jagiellońskiej” Lecha Kaczyńskiego, a raczej jej popłuczyn po tym jak gościnni gospodarze rozebrali tory, żeby polskiemu – „jagiellońskiemu” inwestorowi nie było łatwiej! Nie jesteśmy zobowiązani umierać, dlatego bo jakimś ludzkim popłuczynom zamarzyła się wielka idea – przyśpieszenia katastrofy narodowej. Nie jesteśmy zobowiązani płacić więcej za gaz, lub za ropę – tylko dlatego bo jakiś megaloman zdecydował o politycznej inwestycji w sąsiednim słabym państwie, z którym nie zbudujemy żadnego sojuszu, a nawet jeżeli to kosztem dla nas – jak zawsze odwieczną kulą u nogi. Nie jesteśmy zobowiązani do żadnych zobowiązań – nikt i nic nas nie zobowiąże do szaleństwa, które już nie raz zgubiło kraj i naszych przodków! Trzeba być głupim ślepcem, żeby tego nie rozumieć – upatrując cudów tam, gdzie decyduje zimny, wyrachowany pragmatyzm.

Cytowany powyżej prawicowy publicysta, którego nazwisko nie jest w stanie przejść przez palce piszącego te słowa autora – twierdzi, że rząd w osobie pana Ministra Spraw Zagranicznych Radosława Sikorskiego dezawuuje koncepcję „mocarstwowości”, jaką próbował realizować obóz prawicowej prawicy – podnosząc, że jesteśmy państwem słabym i wyśmiewając tą „wielką ideę”. Tymczasem tenże autor – będący znanym publicystą w mózgojebnej prasie brukowej gdzie można zobaczyć majtki celebrytek obok innych majtek celebrytek domaga się realizowania „rozsądnej strategii politycznej, oznaczającej budowanie wokół Polski systemu sojuszy.” Podpiera się przy tym potencjałem państwa, jako czymś długoterminowym. Nie można tego ani czytać, ani cytować, – dlatego celowo nie wskazuję linka do oryginału, albowiem lepiej oszczędzić czytelnikom debilnej propagandy, która ma tylko jeden cel – zapewnić autorowi wierszówkę, nawet za cenę przekrzywienia umysłów rodaków, zdolnego do ponownego wypchnięcia ich naprzeciwko czołgom z gołymi rękami ewentualnie butelkami z benzyną, (którą oczywiście trzeba zdobywać na wrogu np. prostytuując się, ale tego już ani prawicowi retorzy nie mówią ani nawet IPN nie bada, – więc przemilczmy).

Nie ma innej rozsądnej strategii politycznej w Europie środkowej niż – uwaga – uwaga – UNIA EUROPEJSKA, jeżeli ta strategia polityczna upadnie, to naprawdę będziemy mieli wielki problem i być może będziemy za parę lat oddawać komuś jego niedawne prowincje wschodnie, gdzie wybudowaliśmy za jego pieniądze kilka fajnych stadionów. I proszę państwa, – chociaż byśmy wyszli z siebie i stanęli obok – przy tym głośno śpiewając „Boże coś Polskę…” – nic, ale naprawdę zupełnie nic nie będziemy mogli na to poradzić, poza ponownym skazaniem siebie samych i przyszłości naszych dzieci na ryzyko wygubienia biologicznego, biedę, upadek, niewolnictwo w najlepszym wypadku emigrację. Żeby zbudować wokół Polski system sojuszy – alternatywny dla owszem przyznajmy – niedoskonałej, bo realizującej Niemieckie interesy – Unii Europejskiej – trzeba mieć odpowiedni potencjał, który w naszych realiach oznacza po pierwsze 2000 głowic atomowych a po drugie samodzielną i liczącą się globalnie gospodarkę, zdolną produkować takie samochody jak VW, BMW, Skoda, albo olbrzymie ilości doskonałej, jakości – rozchwytywanej na świecie żywności! Niestety, nie mamy ani głowic, ani liczącej się globalnie gospodarki. Nie umiemy nawet efektywnie zorganizować własnego rolnictwa! W związku z tym nie mamy możliwości przyciągnąć do siebie nikogo, kto chciałby umierać za Polskę, wierząc, że przyjdziemy mu z odsieczą, jakby „wielki mróz” chciał zagarnąć jego wątły naród.

No właśnie, spróbujmy jednak „zbudować” wokół Polski realne sojusze – popatrzmy dookoła, gdzie można znaleźć potencjał ilościowo-jakościowy umożliwiający budowę potencjału klina, czyli czegoś, co byłoby w stanie samodzielnie się określić pomiędzy super potężnymi gospodarczo i technologicznie Niemcami – opartymi na potencjale Unii Europejskiej a odradzającą się potęgą Imperium Rosji, która tylko i wyłącznie ze względu na swój rozmiar potęgą być musi (jak ktoś nie kuma, o co chodzi – proszę popatrzeć na globus, – więc Rosja to taki kraj, który zaczyna się „jakiś kciuk” na wschód od nas – następnie zakręca przed połowę kuli ziemskiej i kończy się na biegunie i koło USA), a pod rządami obecnego Prezydenta jest nawet potęgą dobrze zarządzaną, dlatego potencjalnie groźną. Na kim moglibyśmy się oprzeć – proponując sojusz?

Patrzmy od zachodu – Serbowie Łużyccy? Idealna piątka kolumna w Niemczech, jednakże niestety świetnie się mają we wszystkich kilkuset i są w pełni zintegrowani z Niemcami.

Czesi? Nie są idiotami i dla dobra przetrwania zachodniej słowiańszczyzny – na pewno nie zaufają Polakom w żadnym ich szaleństwie. Dowodem ich strategii przetrwania jest to, jaką potęgą wyszli z II wojny światowej, a jaką my…

Słowacy? Oni już mają euro i ponad dwa miliardy tych sympatycznych pieniążków nadwyżki handlowej z naszym krajem rocznie, ich strategia i ich wybór jest naturalny, nie mamy tutaj, na co liczyć w znaczeniu propozycji alternatywnej.

Węgrzy? Sprzedali swoje państwo międzynarodowemu kapitałowi już dawno temu, obecnie reakcyjny rząd narodowy kombinuje jak może, żeby nie przestali się rodzić zwykli Węgrzy, albowiem warunki życia nad Dunajem – owszem nie są złe, ale ich sukces został okupiony dramatycznym spadkiem urodzeń, albowiem w starciu z kapitałem – rodzina zawsze przegrywa. Za niedługo, jak znowu zaczną masowo eksportować – sytuacja gospodarcza się poprawi a rząd prawicowy wcześniej czy później się skompromituje, dla wielu Węgrów – polityczne bycie w Unii Europejskiej to jedyna alternatywa dla szaleństwa „odbudowy” potęgi państwa, – czyli konfliktu ze wszystkimi sąsiadami w około.

Rumunia? Już produkuje od nas lepsze samochody. Znacznie korzysta na pobycie w Unii Europejskiej – to zmiana dla tego kraju wręcz epokowa, nie ma żadnego interesu we wchodzeniu w niepewny politycznie i pozbawiony korzyści gospodarczych układ z Polską.

Reszta Bałkanów – jest problemem dla samych siebie, nie potrzebują nas i naszej „pomocy”, pomijając już ten fakt, że dominująca część ich rodzin od lat pracuje w Niemczech. Dobrze, więc wiedzą skąd są pieniądze.

Ukraina? Pierwszy z krajów o istotnym – większym od naszego potencjale. Jednakże jak przekonać tamtejszych oligarchów, że w oparciu o Polskę – słabszego partnera mogliby przeciwstawić się swojemu wrogowi genetycznemu? Co więcej, nawet jakby się udało ich przekonać to powstaje pytanie, – do jakiego stopnia moglibyśmy na takim sojuszu polegać?

Białoruś? To na szczęście bardzo spokojni ludzie – zarazem drugi kraj, umożliwiający stworzenie realnej siły regionalnej – jednakże czy bylibyśmy w jakikolwiek sposób przekonać tamtejsze zsowietyzowane społeczeństwo, że mamy lepszą ofertę niż Wielki Oferent ze wschodu, a przy tym jedynie przejściowo każemy im kupować około 8-krotnie droższy gaz importowany przez Bałtyk? No, czym ich przekonamy? Sklepami bezcłowymi z tanią koreańską elektroniką – dostarczaną na wschód Polski przez port w Hamburgu? Jaj sobie nie róbmy z ludzi!

Litwa? Genetycznie nas nienawidzi, prześladuje polską mniejszość narodową – uznając ją za zeslawizowanych Litwinów. Odmawia prawa do polskości historycznej części swojego terytorium – negując wspólną państwowość. Co więcej – po prostu nas olewa – nakazując pisać polskie nazwiska w swoim – niespotykanym po wytępieniu Prusów języku. Z tym krajem nie ma możliwości na żadne porozumienie, albowiem nie będziemy się upokarzać, gdyż nic złego tym ludziom nie zrobiliśmy – niech żyją swoim życiem i trzymają się od nas jak najdalej ze swoją ksenofobią i prawdopodobnie sterowaną z zewnątrz nienawiścią.

Łotwa – Estonia? To rozsądne protestanckie społeczeństwa, które doskonale wiedzą, że czasy potęgi polskiej Husarii przeminęły wraz z wynalezieniem muszkietu i jego masowym zastosowaniem przez Szwedów w połowie XVII wieku. Poza tym, ze względów geostrategicznych – jakakolwiek realna obrona ich terytoriów – nawet przy uwzględnieniu zamieniania Moskwy i St. Petersburga w atomowe kule ognia – musi uwzględniać unicestwienie, gdyż te państwa są zbyt małe, żeby we współczesnej wojnie można było tam prowadzić klasyczną wojnę obronną, no chyba, że dysponuje się 15-to milionową armią, zdolną wytrzymać wściekły atak rosyjskich ciężkich dywizji pancernych – bez liczenia się ze stratami.

Szwecja? Żywi do nas głęboką pogardę i poczucie wyższości, albowiem brudzimy Bałtyk no i jakoś tak trudno jest rozmawiać z kimś, kogo pra-pra dziadków okradło się nawet z fontann marmurowych, narzędzi rolniczych, o zamkach i pałacach nie wspominając. Poza tym, to kraj mający głębokie globalne interesy, dla którego jesteśmy zbyt słabym partnerem, którego ewentualne wspieranie – nie byłoby „na zabój”, gdyż nie mamy żadnej fizycznej możliwości wyegzekwować sojuszu.

Wnioski – każda propozycja polityczna musi opierać się na realiach i posiadać możliwą do zrealizowania alternatywę oraz inne niż katastroficzne scenariusze negatywne. To, co proponuje prawica – mówiąc o budowie sojuszy, co zresztą próbowała zrobić w osobie Lecha Kaczyńskiego – przemawiającego na wiecu w Tbilisi podczas wojny rozpoczętej przez Gruzję z Federacją Rosyjską – to próba wbicia klina pomiędzy dwa potężne polityczne, gospodarcze i militarne organizmy. Próba o tyle niebezpieczna o ile odtwarzająca siedzące głęboko w mózgach prawicowców – zagrożenie z dwóch stron – realne i istniejące, na zasadzie wywołanej na własne życzenie – samospełniającej się przepowiedni.

Owszem, nasza obecna strategia „przyklejenia” się do Berlina zwanego Unią Europejską – może nie jest efektywna, w tym znaczeniu, że ona nie maksymalizuje naszych możliwości. Jednakże, co jest najważniejsze – minimalizuje ryzyko i daje nam czas, którego potrzebujemy jak powietrza, żeby polskie kobiety zaczęły rodzić dzieci a polscy naukowcy i producenci zaczęli konstruować i produkować wyroby – opóźnione przynajmniej o pół generacji w stosunku do niemieckich! Uwaga – żebyśmy się dobrze zrozumieli – jest oczywistym, że będąc w sojuszu z Niemcami w formule Unii Europejskiej – dokonujemy samoograniczenia się, jednakże jest to wygodne, gdyż nie generuje możliwych kosztów w rodzaju scenariusza gruzińskiego z 2008 roku. Poza tym, daje nam szansę na nadążne uczenie się w kooperacji – to jest coś, co prawicowcy zupełnie pomijają, zapewne, dlatego albowiem patrzą na naszą i niemiecką historię z perspektywy Wandy, co nie chciała Niemca i wozu Drzymały oraz Krzyżaków i okupacji i rewizjonizmu i wszystkiego, co najgorsze. Tymczasem zupełnie nie dostrzegają, że pierwiastek Niemiecki – był od zawsze bardzo silnie zakorzeniony w rzeczywistości polskiej. Nie trzeba być geniuszem, żeby patrząc np. na Rynek Główny w Krakowie – szybko odgadnąć skąd tutaj taki ładny plac, kamieniczki i całkiem udany – olbrzymi kościół – Bazylika ze wspaniałym ołtarzem – wybudowana przez mieszczan krakowskich… głównie Niemców, Holendrów, Szkotów, kilku Włochów… Jednakże całość na prawie magdeburskim i wręcz przeniesiona z zachodu. Widać to bardziej dobitnie niż u nas – na Ukrainie, tam gdzie sięgały wpływy polskie – ostały się fundamenty porządnego, niemieckiego – odwiecznego, bo wzorowanego na prawzorach rzymskich porządku i kultury. Cała reszta to wschód, czyli permutacja Bizancjum, Słowiańszczyzny i wszystkiego, co napływało ze wschodu.

Nie możemy bojąc się Niemców – skazać się na izolację, albowiem, gdy ci się zorientują, że chcemy im wbić klina – natychmiast zmienią nie tylko retorykę, ale także wymiar swojej polityki wobec Polski. Skończy się dawanie przez dobrą ciocię Merkel – kilku miliardów ot tak na nasze regiony wschodnie, czy też, co tam drodzy przyjaciele z Polski zapragną – może 100 czołgów, może okręt podwodny? Przy całym lęku i strachu wobec potęgi Niemiec – musimy sobie uświadomić, że nie mamy szans – nawet z poparciem USA na udaną konfrontację z tym państwem. Nawet w oparciu o wyimaginowane w pełnych fekaliów czaszkach naszych prawicowych publicystów sojusze.

Nikt nie mówi, że to, co mamy na dzisiaj jest dla nas najlepsze – jednakże w istniejących warunkach optymalne, ponieważ nie dość, że niweluje wspomniane ryzyko, to jeszcze dodatkowo – powoduje, że wielkie wschodnie imperium – po prostu nas ignoruje, nawet, jeżeli nasi debilni prawicowi publicyści lub posłowie, których nazwisk nie można wymówić nie pozbawiając się szacunku dla gatunku ludzkiego – nazywają Prezydenta tegoż imperium – wszystkim od mordercy, poprzez zamachowca a na zabójcy kończąc. Chwała Bogu, że pan Władimir Putin nie czyta polskich prawicowych portali, albowiem po prostu mógłby się zdenerwować, a wówczas mógłby przestać nas ignorować – no i co mu zrobimy? Desant na plaży Kaliningradu? Chyba by padli na Kremlu ze śmiechu – nie wiedząc, za który bok z bólu się łapać. Może nawet by się nam udało nie utopić, albowiem dobroduszni Rosjanie z pewnością rzucaliby nam koła ratunkowe – widząc potęgę naszej floty – nie mogliby zrozumieć, o co Polakom chodzi, – dlaczego przepłynęli swoim zardzewiałym muzeum do nich i strzelają fajerwerkami?

Módlmy się, żeby Niemcy nie zmieniły paradygmatu funkcjonowania, a Prezydent Władimir Putin miał doskonałe zdrowie, dużo poczucia humoru i dobrego następcę, który również, co najwyżej nie będzie nas zauważał w drodze do Berlina. W przeciwnym wypadku – możemy swoją ewentualną głupią polityką – katalitycznie przyśpieszyć niemiecki rewizjonizm i po prostu spowodować, że w Moskwie przestaną uznawać nasze bluzgi za jakąś niezrozumiałą kategorię wisielczego humoru. Nie miejmy złudzeń – nikt nie będzie za nas umierał i my nie chciejmy żeby za nas umierano. Można cele osiągnąć pracą, oszczędnością, pomysłowością i pragmatycznym, rozsądnym działaniem. Nie trzeba najpierw obrażać jednego sąsiada – domagając się ciągle przeprosin za historię a na drugiego patrzeć stale jak na ludobójcę, nawet, jeżeli takowe skłonności wykazuje. Przecież każdy woli być podziwiany i chwalony, a nie nazywany jako morderca lub ludobójca! I co z tego, że prawie nas wymordowali? Mamy z tego powodu pajacować? Obrażać się? Dobrze, ale najpierw miejmy, chociaż te 2000 głowić się no i ideologię ewentualnego samounicestwienia się – na zasadzie, – jeżeli nawet nie pokonamy naszych wrogów, to tutaj i tak nie przyjdą, albowiem zeszklimy i zapadniemy nasz kawałek polskiej, prawicowej, narodowej i katolickiej ziemi!

I obraźcie się wszyscy, – ale nie mamy innego wyjścia niż – pracować, oszczędzać i próbować się bogacić, żeby udowodnić naszym wczorajszym prześladowcom, że jesteśmy warci tego, że trzeba nas brać pozytywnie pod uwagę – być może i wówczas, jakbyśmy byli liczni – bogaci i posiadali zasoby liczące się i pożądane globalnie – może wówczas, moglibyśmy stawiać warunki w rozumieniu geopolitycznym. Tymczasem – proszę przynajmniej próbować zrozumieć, że o wiele lepiej jest dostawać od Niemców ich czołgi za darmo i kupować od Rosjan ich gaz i ropę – mówiąc jawnie po polsku – wyprostowanym w centrum Warszawy, niż rzucać do tych samych niemieckich czołgów butelkami z … no właśnie? Skąd wziąć benzynę, jeżeli nie z Rosji? W tym znaczeniu geografia determinuje potencjał i nakazuje jakieś zachowania, przede wszystkim rozsądne i pragmatyczne, do póki nie musimy się sami odzierać z godności.

Jeszcze Polska nie zginęła…

ps. W tekście użyto terminologię medyczną z zakresu psychiatrii klinicznej (debile, idioci).

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

2 komentarze “Mity o tworzeniu regionalnych sojuszy – o prawicowej geopolityce”

  1. Marceliński
    21 lutego 2013 at 20:22

    1. To jest nieunikniony folklor – swoboda i wolność wypowiedzi ma swoją cenę – od zawsze peryferia a i downtown’y zaludnione były przez osoby oderwane od rzeczywistości i śniące o mocarstwowości, majaczące o potędze i sile. Ta frustracja – dzisiaj dodatkowo napędzana pornoizacją kultury, tymi wszystkimi „Fifty shades of Grey” i „Pornoland’ami”… spędza im sen z powiek, że może jednak nie dadzą rady. I patrząc w swój marny potencjał śnią o… „sojuszach”, choćby jakiejś namiastce gruppen sex, dajmy na to takie ménage à quatre or four-way. Zawiele zwojować nie zwojują, ale przynajmniej popatrzą na cudze „potencjały”, defilady, strategie usidlania i dochodzenia, porzucania i zmiany partnerów, i sojuszy. Smutni, nieszczęśni ludzie, została piaskownica, ołowiane żołnierzyki i nieprzerwany dźwięk trąbki wzywającej do boju z ustawionym wrogiem…

    2. We wspólczesnej republikańskiej politycznej koncepcji narodu kapitalną rolę odgrywa pojęcie „prześwitu ontologicznego”. Chodzi o to, że „Polska jest, ale może jej nie być, że może ona „zginąć”, przestać istnieć”. I oni stale ten „prześwit” badają, żeby nie powiedzieć penetrują, swoimi instrumentami poznawczymi i wychodzi im, że Tusk z Sikorskim źle identyfikują ten „prześwit”, a mało tego źle go „obrabiają” czy raczej uprawiają i nikt z tego nie ma satysfakcji. Ani oni, ani „prześwit” czyli „całość okoliczności”. Myśliciele z OMP uważają, iż „Powstanie Warszawskie, jest właśnie najbardziej dramatycznym potwierdzeniem wagi problemu istnienia i nieistnienia w polskiej historii?” – reszta ich myśli i koncepcji, pisząc w uproszczeniu, jest tylko konsekwencją przyjęcia tej hipotezy za pewnik. Od oceny dzisiejszego potencjału Polski, przez analizy pola gry sił, po koncepcję „drugiego kroku” – po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989 – i „wyzwanie podmiotowości”. I mamy niekończąca się, bezpowrotnie, w sensie straconego czasu i szans, wyniszczającą wojnę domową polsko-polską – i znów wróg zewnętrzny okazał się zbędny – „rokoszan” z „konfederatami” (przy królu Kaczyńskim) – jak sami to nazywają – i długotrwały kryzys, i kumulujące się zagrożenia.
    Ale mają spece od polityki historycznej wojenkę, to, co lubią najbardziej, i mają swój „heroizm” w najbardziej szmatławym wydaniu, maja chwalebne odzyskiwanie realnej podmiotowości Polski. Cena i koszty dla nich nie mają znaczenia.

    A Polska? A Polska stojąca coraz większym nierządem, zanarchizowana wewnętrznie dojrzewa do swojego kolejnego spektakularnego upadku.

    3. Łukasz Warzecha – komentator Fakt’u – to umysł stabloidyzowany, żywiący się myślowym śmieciem i takiż produkujący. Fakt faktem bywa wkur.wiający, ale tylko dla „entuzjastów”.
    Choć podzielam pogląd, że nowy masowy odbiorca/widz też ma najczęściej „ stabloidyzowany umysł i uzależnia się od tandety, a nadawcy i wydawcy dostosowują się do jego niskich wymagań”.

  2. wieczorynka
    21 lutego 2013 at 21:08

    Bardzo ciekawy artykuł, w skali 1- 5, ja daję autorowi 5+
    choć nie ze wszystkimi przekazami się zgadzam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Paradygmat rozwoju

Scroll Up