Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

11 grudnia 2018

Nie pozostało nam nic innego jak ściąganie staroci z Antypodów i modlitwa…


 Zawsze mieliśmy problem z polityką morską

Nie pozostało nam nic innego jak ściąganie staroci z Antypodów i modlitwa… Hełmy mamy stare, BWP mamy archaiczne, czołgi je rdza, umundurowania po prostu często brakuje, a okręty Marynarki Wojennej są w stanie najdelikatniej mówiąc przeciętnie na tyle trudnym, że już nawet nie wypada krytykować. Pomóc w tej kwestii może już tylko modlitwa.

Generalnie zawsze mieliśmy problem z polityką morską. Za czasów królów morze nigdy nie było priorytetem, przez co traciliśmy olbrzymią część wypracowywanego dochodu na rzecz pośredników, którzy nas najzwyczajniej w świecie wykorzystywali i pasożytowali na Rzeczypospolitej, żeby pod koniec jej istnienia po prostu ją okradać (zwłaszcza Prusy).

W okresie II RP rządzący wiedzieli, że morze to jest okno na świat. Stąd decyzje o budowie Gdyni, prawdziwego cudu nad Bałtykiem, jak również plany stworzenia floty. Obiektywnie oceniając nasza przedwojenna Marynarka Wojenna była dość silna, poza jednym aspektem – wsparcia lotniczego. Była przygotowywana do wojny z ZSRR, jako siły zdolne do blokowania sporych akwenów (broń minowa), a na pewno przeszkadzania w ewentualnych transportach do Leningradu. Wówczas na okręty składał się cały kraj, no i oczywiście braliśmy pożyczki. W stoczniach państw zachodnich powstawały dla nas zaawansowane jednostki bojowe, dla których potrafiliśmy określić wymogi specyficzne dla naszych potrzeb. Przykładowo polskie okręty miały większe zbiorniki paliwa (i magazyny na zapasy), pozwalające na dłuższe przebywanie w otwartym morzu, od standardów przyjętych dla okrętów tego samego typu w tamtych czasach. Zupełnie świadomie brano pod uwagę możliwość, że bazy na wybrzeżu będą stracone. 

W okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nasza Marynarka Wojenna była zaskakująco silną formacją, mieliśmy nawet niszczyciele! A co chyba najważniejsze, ale najmniej doceniane – mieliśmy lotnictwo morskie z prawdziwego zdarzenia (jak na tamte standardy i wobec spodziewanego sposobu ataku nieprzyjaciela). Mówimy o jednostkach lotniczych, na samolotach myśliwskich, które szkoliły się w działaniach nad Bałtykiem. Niestety straciliśmy ten potencjał, chociaż zdaniem wielu specjalistów i entuzjastów samo nieco dłuższe podtrzymanie zdolności do lotów Migów-21 Bis dałoby szansę utrzymania struktur, jednostek i z czasem przyszłaby wymiana sprzętu na nowy (nowy-używany).

Brak lotnictwa morskiego – największa słabość naszej polityki morskiej

W tej chwili brak prawdziwego lotnictwa morskiego jest największą słabością naszej polityki morskiej, flota sama się nie obroni bez wsparcia lotniczego. Na tak małym akwenie jak Bałtyk, pierwsze ciosy zadadzą samosterujące pociski i prawdopodobnie rakiety balistyczne. Samolot będzie bronią pierwszego i drugiego uderzenia. Posiadanie triady w postaci okrętów nawodnych zdolnych do blokowania akwenu, atakowania innych okrętów i celów lądowych, okrętów  podwodnych zdolnych do zabezpieczenia możliwości funkcjonowania floty na akwenie w ogóle oraz samolotów – zdolnych do osłony i ataków na przeciwnika jest koniecznością. Do tego bardzo przydadzą się jeszcze nadbrzeżne dywizjony rakietowe, zdolne do atakowania celów rakietami ziemia – woda, jak również obrony przed samolotami i rakietami w systemach ziemia – powietrze. To wszystko to olbrzymie pieniądze i lata szkoleń, koordynacji, w tym zorganizowania dowodzenia i rezerw. Stworzenie systemu obrony wybrzeża w standardach organizacji i przygotowania nowoczesnego pola walki, możemy to sobie pozostawić w sferze marzeń. Ponieważ nie będzie nas na to stać. Dlatego trzeba rozważyć co można i osiągnąć maksimum tego, co w ogóle jest możliwe, jak najszybciej i wzmacniać ten potencjał na ile się da.

O lotnictwie SAR się nie wypowiadamy, jak wiadomo problem dotyczy śmigłowców, a te miały być w grudniu zeszłego roku. Były pan Minister obiecywał i obietnicy nie dotrzymał.

Od kilkunastu lat budujemy korwetę – artyleryjski okręt patrolowy

Nasz kraj nie jest w stanie od kilkunastu lat zbudować jednej niewielkiej korwety, budowanej na licencji niemieckiej. Zamiast korwety, czyli okrętu posiadającego istotne zdolności bojowe zwalczania innych okrętów i samolotów, będziemy mieli duży okręt patrolowy, a jego głównym uzbrojeniem będzie artyleria lufowa. Jeżeli to ma być odpowiedź na zagrożenia stojące przed naszym krajem na Bałtyku, to można tylko pogratulować decydentom dobrego humoru. Może za bardzo zawierzyli flotę siłom nadprzyrodzonym? 

Oczywiście to bardzo dobrze, że okręt w ogóle będzie patrolowcem, bo były pomysły żeby zrezygnować z budowy. Być może jest szansa na przezbrojenie w kolejnych latach. Jednak to nie o to chodzi, to nie tak powinno funkcjonować. Marynarka Wojenna wymaga pewnej kompleksowości. Nie da się kupić najpierw steru i śruby, a za kilka lat może masztu, może kadłuba. Wiadomo, że wszystko można, ale żeby okręt jako jednostka wojskowa mógł funkcjonować, musi mieć pewne zdolności pozwalające mu na pełnienie funkcji do jakich został stworzony. Chodzi o to, że jak się już zbudowało korwetę, to wypadałoby ją dokończyć jako pełnowartościowy okręt wojenny, a nie decydować się na półśrodki, czy raczej ćwierć środki.

Marynarka Wojenna wymaga perspektywy

Marynarka Wojenna wymaga inwestowania w długim horyzoncie czasowym, zarówno w kadry będące tutaj podstawą wszystkiego, jak i w sprzęt, który w ogóle definiuje jakiekolwiek możliwości. W naszym kraju ten system jeszcze funkcjonuje, ale niestety nie można powiedzieć, żebyśmy widzieli przed sobą jakąkolwiek perspektywę, a na pewno nie jest to perspektywa którą sami sobie planujemy i przygotowujemy. To jest chyba w tym wszystkim najbardziej przerażające, ponieważ szkoda tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy związali swój los z tym, co obiecało im państwo. Zmarnowanie tego potencjału kadrowego będzie najskuteczniejszym ciosem zadanym Polsce morskiej w historii samo zwijania się Rzeczypospolitych. 

Sama koncepcja pozyskiwania używanego sprzętu od bliższych i dalszych sojuszników nie jest koncepcją złą. Tak pozyskaliśmy okręty podwodne z Norwegii. Podobnie robią i inne kraje, Rumunia kupiła okręty w Wielkiej Brytanii i dysponuje naprawdę fantastycznymi jednostkami na Morzu Czarnym. Pomysł na ściągnięcie okrętów z Australii jest bardzo ciekawy, ponieważ to są okręty takiego typu, jaki mamy już w kraju – pozyskaliśmy z USA. Co więcej, są to okręty swego czasu bardzo rozsądnie przez Australijczyków zmodernizowane. Ich wadą jest to, że zupełnie nie nadają się na Bałtyk. Idea działa na śródokręciu być może sprawdza się na północnym Atlantyku lub na bezkresnych morzach i oceanach otaczających Australię. Jednakże w naszych realiach okręt tak słabo uzbrojony może być co najwyżej pływająca platformą dla różnych systemów uzbrojenia, których użycie da mu prawdopodobieństwo zniszczenia przeciwnika. 

Bezwzględnie zaleta jest tutaj cena. Jeżeli mielibyśmy pozyskać trzy okręty, w tym jeden jako zasób części zamiennych, a dwa inne jeszcze dozbrojone w rakiety przez amerykańskich dostawców – całość w cenie około 2 mld zł, to należy uznać to za ciekawą propozycję. Przy czym, trzeba mieć świadomość, że utrzymanie tych okrętów w linii będzie dość drogie. Poza tym realnie nie będą służyć dłużej niż 10 może maksymalnie 15 lat. Więc to nie będą rozwiązania docelowe, tylko przejściowe. 

Pamiętajmy o zdolności do demonstrowania obecności na dalekich akwenach

Warto wziąć pod uwagę fakt, że potrzebujemy okrętów pozwalających nam na skuteczną obronę na Bałtyku, tj. o takim potencjale, którego zniszczenie będzie trudne i kosztowne dla przeciwnika. Dodatkowo potrzebujemy też okrętów zdolnych do projekcji siły na odległych akwenach. Nasz kraj zmienia politykę gospodarczą, będziemy kupować podstawowe surowce w odległych krajach. Bezpieczeństwo szlaków morskich staje się dla nas jeszcze o wiele bardziej istotne, niż jest w tej chwili. Oznacza to, że powinniśmy mieć okręty zdolne do działania daleko od portów. W tym przypadku te australijskie nabytki akurat się do tego nadają, oczywiście o ile uda się utrzymać je w niezawodności. 

Bezwzględnie jednak potrzebujemy pełnowartościowej floty i jednostek zdolnych do walki w takiej sytuacji i z takimi przeciwnikami, których możemy się spodziewać. Pomysł budowy kilku korwet w krajowych stoczniach był bardzo dobry. Szkoda, że go zarzucono, niestety okazaliśmy się zbyt słabi, chociaż jeżeli przeanalizujemy los tego jedynego okrętu, który się udało zbudować, to cały proces jawi się jako wyzwanie dla służb specjalnych oraz sądów doraźnych, wydających tylko jeden wyrok…

Nawet małe lotnictwo morskie jest bezcenne

Gdyby nasi politycy zdecydowali się jeszcze na zakup chociaż symbolicznego, małego lotnictwa morskiego w postaci nawet 4 dodatkowych samolotów – już od biedy F-16, ale dostosowanych do lotów nad morzem i z odpowiednim uzbrojeniem. To moglibyśmy mówić o skokowej poprawie możliwości oddziaływania nad Bałtykiem. Mówimy o niezbędnym minimum z minimów, pozwalającym na symboliczne zademonstrowanie obecności nad morzem i chociaż jedno odpalenie kilku rakiet, może jedną walkę z samolotami nieprzyjaciela. Proszę pamiętać, że to może oznaczać, przetrwanie jednego lub dwóch okrętów. 

Najlepszym okrętem na Bałtyk jest i pozostanie samolot, a jedynym który ma szanse po nim pływać, jest okręt podwodny. W tej chwili nie pozostało nam nic innego jak ściąganie staroci z Antypodów! Uwaga, proszę nie krytykować tej koncepcji. Ponieważ sytuacja sprzętowa jest tak zła, że za chwilę stracimy w ogóle możliwość wychodzenia w morze. Zmarnowaliśmy wiele czasu, jesteśmy w sytuacji bardzo trudnej, cokolwiek co może nam pozwolić na podtrzymanie zdolności – jest niezbędne. Nie stać nas na strategię w której sobie poczekamy, aż wybudujemy nowe i ładne okręty, ponieważ po pierwsze to wcale nie jest pewne, a po drugie – załogi stracą zdolność operacyjną. Marynarze muszą mieć na czym pływać, szkolić się i przynajmniej cień nadziei, że uzbrojenie nawet jeżeli jest sterowane programami na karty perforowane, to zadziała!

Podsumowanie

Zmarnowano wiele czasu. Przez prawie 30 lat w istocie nie modernizowano Marynarki Wojennej, traciliśmy całe dywizjony okrętów. Do dzisiaj główną siłą naszej floty są okręty budowane w okresie PRL-u, w tym raczej takie, które nie są przeznaczone do bezpośredniej walki z nieprzyjacielem. Potrzebujemy pełnowartościowej marynarki wojennej. Jednak ze względu na ograniczenia finansowe najlepszą strategią sprzętowo-funkcjonalną wydaje się być połączenie kupowania używanych okrętów na Zachodzie, nowych okrętów podwodnych jako głównej siły odstraszania i blokowania przeciwnika oraz lotnictwa morskiego, które powinno być główną siłą uderzeniową, zdolną do zadania ciosów nieprzyjacielowi. Na nic więcej nie starczy nam pieniędzy, aczkolwiek niezwykle potrzebne są chociaż pojedyncze okręty wysoko wyspecjalizowane jak niszczyciele min, które zmuszą każdego potencjalnego przeciwnika do olbrzymich wydatków i wielkiej mobilizacji sił, jeżeli będzie myślał o zaatakowaniu naszego kraju. 

Na zakończenie trzeba pamiętać, że flota sama nie obroni wybrzeża. Główne bazy morskie są praktycznie na wyjściu z pobliskich baz morskich kraju, który uważamy za potencjalnego agresora. Ukształtowanie linii wybrzeża powoduje, że w zasadzie wszystko widać, nie da się niczego ukryć. Dlatego jeżeli mamy się bronić skutecznie, to musimy stworzyć zagrożenie dla potencjalnych nieprzyjaciół tam, gdzie najbardziej ich to zaboli. Jest na Bałtyku taka instalacja, którą bardo łatwo zniszczyć i nasi nieprzyjaciele na pewno to odczują, tak że zaboli. Musimy mieć taką możliwość. Może nam to zapewnić – w różnych scenariuszach i konfiguracjach silna Marynarka Wojenna.

Dyskusja jaka została wywołana w mediach na temat przydatności okrętów z Australii jest skandaliczna. Jak to jest możliwe, że główne media, przeważnie należące do zagranicznego kapitału i przeciwne rządzącym publikują wszelkie możliwe komentarze – poza komentarzami ekspertów. Dlaczego nie pozwala się zabrać głosu ekspertom? Marynarzom? Opozycja cynicznie wykorzystuje Marynarkę Wojenną do atakowania rządzących. konsekwencje będą takie jak ze śmigłowcami… to znaczy ich nie ma i nie będzie.

Tags: , , , , ,

12 komentarzy “Nie pozostało nam nic innego jak ściąganie staroci z Antypodów i modlitwa…”

  1. Ryba
    14 sierpnia 2018 at 05:11

    Doskonały tekst, bardzo dziękuję. Autor jest cenionym i opiniotwórczym autorytetem w sprawach wojskowych. czytają go od Langley po Kubań i Sankt Petersburg

  2. Emeryt z Toporu
    14 sierpnia 2018 at 05:51

    Widzę że OP wspiera rząd. Po cichu ale jednak wspiera… Przejaja!

  3. Inicjator
    14 sierpnia 2018 at 07:47

    Lepiej kupić od Szwedów 3-4 okręty typu Visby i 2-3 “ciche” Ooręty podwodne, do pływania pod wodą bez dostępu powietrza.

    A co do lotnictwa morskiego, to też jest wiele do zrobienia.

    Autor nie popiera rządu, bo to są potrzeby kraju, ktokolwiek by nim rządził.

    Amen.

  4. Zbigniew
    14 sierpnia 2018 at 07:56

    O militaryzacji, demilitaryzacji, strefach i geopolityce już wspomniałem, tak jak o tym że na żelastwie do zabijania się nie znam (za bardzo). Za to polecam inny temat dotyczący projektu zmiany ustawy o dostępie do broni.
    Ja rozumiem że z dnia na dzień trudno stworzyć coś bardziej analitycznego i wyważonego ale jakoś tak mam wrażenie że mimo że cenne to opracowanie jest po łebkach i nie rozważa innych scenariuszy obrony i samej doktryny obronnej na miarę XXI i osiągnięć Nauki.
    XXI wiek.
    Rakiety hipersoniczne dalekiego i globalnego zasięgu, działa elektromagnetyczne i elektryczne, lasery, broń kinetyczna w tym orbitalna i ta leciwa acz nieśmiertelna (zabawnie brzmi to słowo tutaj) broń atomowa.
    A średnia przeciętna o dość nikłych umiejętnościach analitycznych tworzy kopie wojskowych teorii sprzed niemal stu lat. Zresztą nie tylko wojskowych.
    “Nauka poszła w las”

  5. Anonim
    14 sierpnia 2018 at 10:07

    /Wojciech/ Po co nam armia lub marynarka, kiedy w wypadku konfliktu /czyli napadu NATO na Rosję/ czołgi białoruskie za dwie godziny będą w Warszawie. Rakiety będą wcześniej. Niemcy nie mają armii i żyją, i to jeszcze jak! Wprawa Adriana w towarzystwie stu osobowej delegacji nierobów do Australii jest wyprawą czysto turystyczną, bardzo kosztowną i bezsensowną, i okazją do pokazania się milczącej żonie w kilka kosztownych kreacjach. W sumie to wszystko jest żałosne i śmiechu warte. Tak samo można traktować pisanie przez Autora dziś o wojnie. To czysta paranoja i szaleństwo. Codziennie giną setki lub tysiące ludzi w Jemenie, Syrii, Afganistanie. I nikt nie pisze kto zabija i dlaczego. Codziennie budzi się rankiem półtora miliarda ludzi na globie bez szans na kromkę chleba lub garść ryżu. Za tą kretyńską wyprawę Adriana można by gdzieś zbudować szpital lub dostarczyć trochę chleba głodującym.

  6. wlodek.
    14 sierpnia 2018 at 11:32

    Wojciechu,święte słowa nie pierwszy raz.!Tak trzymać, czytając twoje komentarze choć gorzkie, od razu czuję się lepiej! Pozdro.

  7. Miecław
    14 sierpnia 2018 at 18:03

    Jeszcze 15 lat i nic nie będzie. III RP coś mi się wydaje, że nie przeżyje nawet tych 45 lat, jak PRL. PRL nie zbankrutował, on został pokonany zdradziecko w gospodarczej i politycznej wojnie hybrydowej z wykorzystaniem własnych obywateli, ale po nim pozostał przynajmniej ogromny majątek wypracowany przez pokolenia Polski Ludowej, dzięki któremu III RP miała na wejściu nie ruiny powojenne, jak Polska Ludowa, tylko dobrze prosperującą gospodarkę i wojsko na poziomie. Nie zaczynano od zera, jak w 1945 roku.

    Za 15 lat, jak dożyjemy zrobimy bilans osiągnięć 45 lat PRL – 45 lat III RP. Ja już znam wynik. Nie będzie on optymistyczny. To będzie klęska ideologiczna i gospodarcza styropianu i pewnej instytucji religijnej, której nie było po drodze z nauką społeczną Jezusa i socjalizmem w PRL.

    @Wojciech – święta racja. Żyj nam długo, dbaj o zdrowie, dawaj świadectwo prawdzie, bo osiągnięcia Polski Ludowej to głównie zasługa twojego pokolenia. Mam nadzieję, że za 15 lat będziemy mogli zrobić ten bilans. To już niedługo.

  8. jerzyjj
    14 sierpnia 2018 at 19:42

    NIE PUBLIKUJEMY DEFETYZMU. POZDR. WEB. JÓZ.

  9. krzyk58
    15 sierpnia 2018 at 13:18

    No, cóż – wedle powiedzenia na bezrybiu i rak ryba…(więc, cieszmy się póki twa “ten bal”) kolejny już, tym razem i czasem będzie to morski smak goryczy
    przypudrowany cukrem-pudrem,przekuty w sukces podobnie jak w przypadku innych szrotów powietrznych , czy lądowych.

  10. krzyk58
    15 sierpnia 2018 at 15:50

    …którzy nas najzwyczajniej w świecie wykorzystywali i pasożytowali na Rzeczypospolitej, żeby pod koniec jej istnienia po prostu ją okradać (zwłaszcza Prusy).
    Konkretnie, kto?
    Zważywszy że jeszcze przed rebelią Chmielnickiego – nie było Prus (jako-takich)
    a Berlin był taką sobie, większą wiochą.
    Uciekający przed słuszną zemstą ludu ruskiego”ponadnarodowy
    kapitał” 😉 stworzył podwaliny potęgi Prus (Berlina).
    Zbuntowani chłopi – Kozacy (konglomerat Ruskich,Polaków, Wołochów etc.) ZAWSZE żądali, słusznie zresztą – względem Lachów ,wydajcie nam TYLKO
    naszych ciemiężców, krwiopijców…………………………………….
    http://www.pogonowski.com/display_pl.php?textid=1022

  11. Anonim
    15 sierpnia 2018 at 21:58

    W całym , podkreślanym przez komentatorów szaleństwie zbrojeń , najlepsze jest zdanie Autora . Najlepszym okrętem na Bałtyk jest … samolot !
    W całym omawianym spektrum mar-woju godzi się wspomnieć rolę np. naszych ( dobrych ) okrętów podwodnych , dla których Bałtyk już w 39 r. był za mały lub … flotyllę Pińską ! Było sucho , wody mało i flota stała /leżała zatopiona w szuwarach . Amen.

  12. 50-parolatek
    23 sierpnia 2018 at 16:01

    Właśnie przed chwilą przeczytałem coś interesującego w tym temacie:
    https://wolnemedia.net/stocznia-gdanska-ocali-polske-przed-second-handem/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Wojskowość

Scroll Up