Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

17 sierpnia 2018

UrbexFoto 5


 Tęsknota

Do tego miejsca przymierzałem się już od dawna. Gdy zobaczyłem ten osamotniony, już nieużywany budynek po raz pierwszy, zapadł mi on głęboko w pamięć. Miał w sobie taki jakiś majestat. Jakąś powagę przeszłości. Rozsiewał wokoło nostalgiczny smutek. Okna z parteru zamurowano pustakami. Okna z pierwszego piętra zabito płytami z drewna. Dopiero strych i drugie piętro posiadały normalne okna. Zapuszczone, zaniedbane, nieużywane, zakurzone. Tu i ówdzie rozbite.

Nie było możliwości dostania się do środka. Tym bardziej, że sam budynek znajdował się przy dość ruchliwej ulicy, w miejscu powszechnie dostępnym i uczęszczanym przez licznych przechodniów. Poza tym podstawowa zasada urbexu mówi, ze jeśli coś jest nadal zamknięte, nie otwieramy tego, nie niszczymy zabezpieczeń. Szanujemy czyjąś własność prywatną.

Pozostało mi zatem podziwiać go i oglądać z zewnątrz. Jego tajemniczy majestat przyciągał wzrok. Można było bez problemu zajrzeć na posesję, na tyły budynku. Wielość drzew sprawiała, że ta część budynku niemal zawsze pozostawała w cieniu. Tym bardziej, że wiele z tych drzew to wiecznie zielone iglaki, zatem dostęp słońca nie zmieniał się znacząco wraz z nadejściem zimy i opadaniem liści z drzew liściastych.

Teren zaniedbany, zapuszczony. Płot trzyma się w dużej części nie najgorzej. Ale tu i ówdzie dogodne przejścia. Brama rozwalona, a właściwie to już dawno pewnie wylądowała na złomowisku. Wciąż stoją dwie stare huśtawki wewnątrz. Starego typu. Teraz już takich nie robią. Bardzo charakterystyczne dla lat minionych.

Dziura

Budynek sukcesywnie niszczał. Co prawda na froncie wisi wytrwale ogłoszenie o możliwości sprzedaży budynku komuś zainteresowanemu, jednak owych zainteresowanych brak. Czas sprawia, że będzie go sprzedać coraz trudniej aż w końcu nie będzie się już do niczego poza wyburzeniem nadawał.

Ostatnimi czasy degradacja budynku zaczęła postępować. Wyraźnie już widać rozpadający się dach usiany licznymi sporych rozmiarów dziurami w dachówkach. Jakiś miesiąc temu na piętrze w kilku miejscach ktoś oderwał z okien drewniane płyty. Ktoś zaczął tam zaglądać. Najprawdopodobniej jacyś bezdomni. A może ciekawskie dzieciaki postanowiły włamać się do tego opuszczonego domostwa. Nadal jednak niełatwo wejść. Bez drabinki pozostaje tylko wspinanie się po drzewie na niewielką przybudówkę, z której już bez trudu można wkroczyć do środka przez odpieczętowane okno.

Któregoś dnia zauważyłem kolejną zmianę. Stając przed frontem budynku ma się po jego lewej stronie niewielką przybudówkę. Od frontu ma ona zamurowane okno. W tym to właśnie okno pojawił się otwór. Najpierw ktoś wydłubał dwa pustaki. Potem ziało już pustką na pół okna. Ostatnio całe okno jest dostępne, a pustaki zeń wybite doszczętnie. Aby łatwiej wchodzić do środka, pod oknem z zewnątrz ktoś postawił jakiś betonowy ceownik. Trzeba tylko uważać, aby nie wpaść w dziurę przy wychodzeniu, która odsłania w gruncie okienko piwniczne.

Kilka podejść

Pojawienie się owej dziury na parterze radykalnie zmieniło status budynku w kategoriach urbeksowych. Z „nie ruszaj zamknięte” na wejdź ale „niczego nie zmieniaj”. Teraz tylko pozostaje zaleźć dogodną chwilę. To jednak nie takie proste. Kilkakrotnie przekładałem moją tam wizytę. Parokrotnie już gotowy rezygnowałem jednak z różnych osobistych powodów z ostatniej chwili.

Aż w którymś momencie udało mi się w końcu wyrwać z domu przed świtem. Jeszcze poprzedniego dnia, wieczorem skompletowałem cały potrzebny mi sprzęt. Naładowałem wszystkie potrzebne akumulatorki do obu aparatów oraz paczuszkę paluszków do lampy błyskowej. Ta z pewnością będzie po wielokroć używana ze względu na ilość zamurowanych czy zabitych płytami okien.

Jeszcze w noc poprzedzającą wypad, późną już porą sprawdziłem zawartość plecaka. Podpiąłem statyw. Wszystko zatem gotowe. Byleby tylko wstać rano i pojechać na wypad. Wszystko zależy od tej nocy. Czy dzieciaczki będą spać spokojnie. Jeśli tak wyśpię się i będę mógł wyskoczyć jutrzenką i wrócić nim jeszcze one się zbudzą.

Och, jak mi się nie chciało rano wstać mimo wszystko. Zegarek a i owszem, obudził mnie. Co nie znaczy, ze zerwałem się z ochotą rześki i gotowy. Zdecydowanie nie. Wyłączyłem jak najszybciej wibrujący dźwięk i nakryłem ponownie kołdrą. Ale jakoś sen odszedł mimo wszystko. I chciało mi się spać i nie mogłem zasnąć jednocześnie. Ech. No dobra, wstaję. Szybko się ubieram, przygotowuję i wkrótce jestem absolutnie gotów. Teraz szybko na pierwszy autobus, nim mi ucieknie. Mało czasu. Jednak zdążyłem. A nawet krótką chwilę nań czekałem.

Kilka minut później jestem niemal na miejscu. Jeszcze tylko przechodzę przez szeroką dwupasmówkę i kawałek podchodzę pod budynek. Ktoś spaceruje z psem. Czekam, aż się oddali. Gdy znów jestem sam, szybko podchodzę do wybitego okna i przedostaje się do wnętrza. Przechodzę kilka kroków dalej i zatrzymuję na początku długiego ciemnego korytarza. Zsuwam plecak na jedno ramię i wydobywam zeń latarkę. Nie jest zbyt mocna i jej stary akumulator nie wystarczy na zbyt długo, ale na tyle na ile mi potrzeba tu i teraz powinna wystarczyć. Dzięki niej bezpiecznie mogę przejść ciemnym korytarzem w głąb.

Strych

Powoli, ostrożnie zanurzam się w mrok. Budynek nie jest zbyt wielki, wiec wkrótce docieram do schodów prowadzących na pietra. Wydają się być solidnymi betonowymi nadal trzymającymi się kupy blokami. Brakuje tylko barierek. Na schodach nieco śmieci i gruzów. Trzeba uważać, aby się nie poślizgnąć. Upadek, szczególnie z wyższych pięter nie byłby rzeczą miłą.

Wchodzę na samą górę, na drugie piętro. Budynek wydaje się być pusty i mocno podniszczony. Oraz zaśmiecony co nieco. Na górze rozglądam się w lewo i prawo. Moim oczom ukazują się schody prowadzące na stych. Tam podążam, na koniec korytarza. Tu jest stosunkowo widno, światło wstającego właśnie dnia wpada dowolnie przez okna i wychodzi z pomieszczeń na korytarz poprzez uchylone drzwi.

Schody drewniane. Strome. Sprawdzam, czy solidne, czy utrzymają mój ciężar. Wydają się dość mocne, abym mógł się po nich wspiąć. Idzie się trochę niewygodnie. Plecak przeszkadza w ostatnim momencie. Ta, statyw ledwo pozwala mi wejść na strych. Ale udaje się bez szkód i zniszczeń.

Strych już nie wygląda zbyt solidnie. Czas i pogoda solidnie nadwyrężyły dach. Być może także podłogę drewnianą pod nogami. Każdy krok sprawdzam i przemieszczam się powoli. Wolałbym nie sprawdzać, jakie to uczucie wpaść ze strychu do pomieszczenia bezpośrednio pod nim się znajdującego.

Podłoga strychu wbrew pozorom okazuje się zadziwiająco mocna. Pewnie dlatego, ze bardzo dawno nie padało, a samo zniszczenie dachu nastąpiło stosunkowo niedawno. Takie na większą skalę. Ostrożnie przemieszczam się na koniec strychu. Stamtąd zacznę swoją eksplorację stopniowo się cofając i schodząc coraz niżej. A jak się da, to i zajrzę do piwnicy.

Przez dziury w dachu, dziurzysta właściwie, wpadają pierwsze promienie słońca. Szykuje się piękna słoneczna niedzielna pogoda. A strych, jak to strych. Pełen śmiecia najróżniejszego. W jednym miejscu jakieś stare porozrzucane podręczniki i zeszyty. W kącie stare autko-z pokaźnych rozmiarów. W innym miejscu samotna dziecięca narta.

Blisko schodów ogromny metalowy bojler na wodę. Wszystko inne zostało już dawno usunięte i upłynnione na skupie złomu. Tego jednak ani pociąć nie idzie, ani tym bardziej zabrać stąd w całości. Więc został, leży na podłodze, rdzewieje powolutku.

W sumie niby nic ciekawego, ale jakiś tam klimat jednak jest. Strychy, szczególnie te stare, drewniane z racji swego wieku i konstrukcji mają swój specyficzny klimat. Ten, w promieniach dopiero co wschodzącego słońca ma też swój indywidualny koloryt.

Czas zejść niżej. Znów te nieszczęsne schody. Zejść trzeba bardzo ostrożnie, bo ciasno i stromo. A na dodatek oprócz zawadzającego na plecach plecaka jeszcze statyw z aparatem w ręku. Udaje się bez żadnych wpadek. Pod schodami, a raczej nieco za nimi niewielka ubikacja. Muszla klozetowa rozwalona. Okno brudne. Na ziemi masa śmiecia wszelakiego.

Przede mną tonący w lekkim przyjemnym dla oka półmroku korytarz. Po lewej i prawej pomieszczenia. Wchodzę sukcesywnie to z lewej to z prawej i oglądam i obfotografowuję jedno p drugim. Właśnie jestem w trakcie kolejnego długonaświewtlanego zdjęcia, gdy dochodzi mnie jakiś odgłos z korytarza.

Oho, jednak nie jestem sam. Jednak ktoś tu jest. W sumie to należało się tego jednak spodziewać.

– Halko, jest tu ktoś? – dochodzi mnie czyjeś niepewne wołanie.

Wychodzę na korytarz pokazać się i zobaczyć z kim mam do czynienia. Oby wszystko się skończyło dobrze. Mam nadzieję, ze nie natrafiłem na jakichś zakapiorów. Że da się jako dogadać i będę mógł kontynuować moje zwiedzanie.

– Dzień dobry – mówię do młodego człowieka – Przepraszam za zamieszanie, ale robę zdjęcia dokumentalne tego obiektu. Mam nadzieję, ze za bardzo nie przeszkadzam.

– Ale nie jest pan z policji? – pyta mnie niepewnie.

– Nie, nie – zapewniam.

– To dobrze, bo bałem się, ze to policja może.

Tłumaczę mu co tu robię dlaczego. Potakuje głową i mówi na odchodne:

– To ja się jeszcze pójdę przespać.

– Postaram się przemieszczać w miarę cicho. Trochę tu jeszcze będę, nim skończę.

Już odchodzi, gdy zaczepiam go jeszcze jednym pytaniem.

– Jesteś tu sam, czy jeszcze kogoś mam się spodziewać?

– Nie, sam. Nikogo więcej nie ma.

– Aha, to dobrze. Dobrej nocy zatem.

Młodzieniec wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi jedynego pomieszczenia, które w sumie w tym budynku nie zwiedziłem.

A co my tu mamy?

Zabrałem się za swoje zajecie. Z racji słabego światła porannego czasami, w ciemniejszych miejscach dodatkowo wspierałem się lampą błyskową. Wszystkie pokoje zasadniczo okazały się puste. Zarówno tutaj, jak i w pomieszczeniach poniższych, w pokojach niemal niczego nie ma. Na podłodze czasem deski, czasem parkiet, czasem wykładzina. Niekiedy jakieś meble szczątkowe. Jakiś fotel, jakiś kącik kuchenny. Szafki apteczne. Niewiele tego. W jednej Sali niewielka tablica szkolna na ścianie.

Podłoga zasadniczo usłana śmieciami. Jest sucho na szczęście i nie czuć nigdzie wilgocią. Drugie piętro ze względu na zachodzący na ściany zewnętrzne skośny dach mają charakterystyczne ciekawe kształty. Jedno z pomieszczeń spalone. Ktoś podłożył tu lub zaprószył jaki czas temu ogień. Osmalone deski, osmalone ściany i sufit. Ogień jednak albo zgasł sam albo też stosunkowo szybko został ugaszony, dzięki temu niespecjalnie zostało to pomieszczenie zniszczone.

Piętro niżej to samo. Śmieci, śmieci, śmieci. Natrafiłem na dwa „sanitariaty”. Obrzydliwie nieprzyjemne pokoje. Jeden z nich był na jednym końcu korytarza, drugi na przeciwnym. Z racji niedziałających łazienek, mocno zresztą zdewastowanych mieszkańcy tego budynku przychodzili załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne właśnie w tych pomieszczeniach na pierwszym piętrze. Poza tymi dwoma pokojami nie natrafiłem na żadne inne zanieczyszczone fekaliami.

Okna na pierwszym piętrze od strony podwórza nie były pozabijane, dzięki czemu korytarz był stosunkowo jasny. Pokoje od ulicy miały zapieczętowane okna płytami drewnianymi. Firanki nadal wisiały na karniszach. W sumie nic niby ciekawego. Ot dawno temu opuszczony budynek jakiś dawniejszy czas temu został już wybebeszony ze wszystkiego co się dało. Prawdopodobnie potem został zamurowany, by nie pałętali się po nim bezdomni. A teraz został ponownie zamieszkany.

Piętro kryło w sobie jedną znaczącą ciekawostkę. Otóż jeden z pokoi był utrzymany w nienagannym porządku. Tuz za progiem powitała mnie rozłożona gazeta, jakby zapraszająca, aby to na niej pozostawić swe brudne buciska. Podłoga czyściutka, wymieciona. Po prawej, pod oknem legowisko ładnie zasłane. Obok popielniczka na głośniku służącym za podstawkę.

Na oknie mydło, Oremus, Ewangelia wg św. Jana, jakiś obrazek, nadgnite nieco jabłko. Ogólnie schludnie i skromnie. Ktoś, kto tu zamieszkuje, zadbał o to, aby nadać temu miejscu przytulny charakter. Staram się nie nanieść ani błota ani niczego nie naruszyć, nie przesunąć, nie przestawić. To czyjś prywatny zakątek i nawet jeśli to bezdomny niezbyt przez nas lubiany człowiek, zwany potocznie menelem czy też żulem, należmy mu się szacunek. W kontraście z otoczeniem panuje tu nastrój iście domowy.

Ku piwnicy

Schodzę na parter. Tu jest najciemniej, bo okna zamurowano niestarannie pustakami. Na tryle niestarannie, ze teraz, od wewnątrz widać przez szpary w murowiskach, jak wpada do środa światło dzienne. Też pustawo. Też nic szczególnego. Nieco śmieci, nieszczególnie dużo. Szczątki jakiś szafek. Zdewastowane łazienki.

Wracam do miejsca, którym dostałem się do środka. Tam odnajduję schody wiodące do piwnicy. Znów sięgam po latarkę. Na dole kilka pomieszczeń. Miejsce warte odwiedzenia.

Kilka tygodni później budynek został wyburzony. Przez jakiś czas leżała jeszcze wielka góra zmielonych gruzów, ale i to uprzątnięto. Póki co teren czeka na nową inwestycję. Kolejne miejsce, które odeszło w niepamięć.

Poznań, 2016.05.11
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , , , , , , , ,

2 komentarze “UrbexFoto 5”

  1. Mroczny Siepacz i Wizjoner
    24 lipca 2018 at 05:06

    Wniosek jest taki że jako społeczeństwo upadamy.

  2. 3 sierpnia 2018 at 00:26

    Nie ujmowałbym tego jako upadek – raczej jako świadectwo przemijania – jedno odchodzi, by na tym miejscu powstało nowe. Naturalna kolej rzeczy. nie wszystko da sie ocalić i nie wszystko ocalać trzeba. Czasem ocalić nie ma po prostu sposobności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Kultura

Scroll Up