Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

17 sierpnia 2018

UrbexFoto 4


 Cisza przed świtem

Jest wciąż nadal głęboka noc. Do świtu jeszcze daleko. Nic go jeszcze nie zapowiada. Nic na niego nie wskazuje. Dyskretnie wymykam się z domu, tak aby nie zbudzić śpiących domowników. Niebo zasnute warstwą chmur skrywa gwiazdy. Jest blisko zera, niewiele ponad. Szczęściem nie wieje ani odrobinę. Powietrze jest rześkie i nieruchome. Mijane okna pokazują mi, że tylko ja już wstałem. Nikt w okolicy jeszcze się nie zbudził, bo i po co, w niedzielę? Nikt się nie spieszy, nie ma dokąd.

Ciszę przerywa od czasu do czasu szum przemykających pojedynczo aut. Więc jednak ktoś też nie śpi. Ktoś też gdzieś się wybiera, dokądś podąża. Są to jednak nieliczni, którzy jeszcze lub już zasiedli za kierownicą.

Dotarłem na przystanek. Pusto. Wkrótce winien nadjechać pierwszy tego dnia dzienny autobus. Jeszcze nieco muszę czekać. Dochodzi mnie tu i ówdzie śpiew ptasi. Sikorki i kosy. Zdaje się, że rozpoznaję też pogwizdywanie kowalika. Wszystko to delikatnie pieści me uszy. Nie śpią chyba już te ptaki, którym uliczne lampy skracają porę snu dając iluzję wiecznego świtu.

A oto i autobus. Niemal pusty. Ja i jeszcze dwoje pasażerów. Po drodze ktoś się dosiada, ktoś wysiada. W sumie ruch niewielki, co któryś tam tylko przystanek ktoś na nas czeka. Pędzimy na złamanie karku. Docieram szybko do przesiadki. Teraz czas na tramwaj. Ten też nie każe na siebie długo czekać. Tu nieco więcej pasażerów.

Wysiadam z liczną grupą na przystanku pod dworcem PKP. Wszyscy podążają na dworzec, ja zaś w przeciwną stronę. Wkrótce skręcam ku okolicznym bezdrożom. Mijam parking i przeciskam si dalej wąskimi ścieżkami. Znam już te przejścia nie najgorzej. W końcu to moja czwarta wyprawa w tę okolicę.

Laboratorium chemiczne

Celem dzisiejszego wypadu jest laboratorium chemiczne. To ono skłoniło mnie dwa miesiące temu do wybrania się w tę okolicę. Do dziś jednak nie udało mi się go odnaleźć. To z powodu rozległości terenu. Jest tu tyle hal do zwiedzania, że starczy jeszcze na kilka wypraw.

Gdy byłem tu ostatnio, eksplorowałem ogromniastą halę napraw z pięknymi starymi kolumnami oraz warsztat i stanowisko ładowania akumulatorów. Na koniec robiąc ogólny rekonesans celem wybrania kolejnego obiektu na zaś napotkałem dwóch kolesi, którzy podali mi dokładne namiary na laboratorium. Nie starczyło mi już jednak czasu, aby tam wejść.

Dziś zdążam prosto do celu. Jest ciemno, więc muszę poruszać się ostrożnie, żeby w nic nie wpaść. Albo się nie potknąć. Docieram do właściwego budynku. Widać na nim kolejne ślady pozostawione przez złomiarzy. Jeszcze dwa tygodnie temu drzwi po tej stronie budynku były wszystkie pozamykane. Można było wejść albo przez okno albo z drugiej strony. Dziś już ktoś odpieczętował kolejne wejście.

Wszystko tu jest pozostawione już całkowicie na pastwę losu. Ochron w nic nie ingeruje strzegąc trzech czy czterech zaledwie budynków. Kilkanaście innych pozostawionych jest własnemu losowi. Oznacza to, że w szybkim tempie padają ofiarą złomiarzy. Dziś napotkam ich kilku. Pierwszego w bibliotece, jak ładował do przepastnej torby książki jak leci, by zanieść je czym prędzej na skup makulatury. Wrócił jakieś dwie godziny później po kolejny łup. W innym miejscu ojciec z z córką buszowali ostro w narzędziowni. Szkoda, bo dziś też nie mogłem jej zwiedzić a przy następnych odwiedzinach okaże się pewnie, że niewiele tam już pozostało do obejrzenia o obfotografowania. Cóż jednak począć. Taka jest naturalna kolej rzeczy tych opuszczonych miejsc. Porzucone samym sobie znajdują nowych gospodarzy. Przychodzą tu ci, których los wyrzucił poza nawias społeczeństwa, ci którym los podłożył nogę, których nie rozpieszczał. Takie miejsca są dla nich błogosławieństwem i ratunkiem. Szansą na parę groszy. Okazją zarobienia nieco pieniędzy, które rzadziej idą na jedzenie, częściej na jakąś marną lecz tanią procentową breję.

Smutne jest to, jak wiele osób żyje w ten sposób. Jak wielu osobom życie złamało kręgosłup i wolę rzucając na samo dno egzystencji. To oni sprawiają, że takie obiekty – czy to przemysłowe, czy wojskowe, czy zwykłe budynki mieszkalne – szybko się degradują i znikają z powierzchni ziemi. Trzeba się spieszyć, jeśli pragnie się coś ciekawego jeszcze sfotografować. Nie ma zmiłuj.

Inna grupa. Tuż za płotem. Napotykam ich już w drodze powrotnej. Rozpalili ognisko i wypalają kable. Czterech. Czwarty właśnie tu dotarł tuż przede mną z ogromną torbą niesioną z widocznym wysiłkiem na plecach. Kolejna porcja kabli do opalenia. Innego jeszcze napotkałem przy drugim budynku, jaki zwiedzałem tutaj. Chodził po konstrukcji zamieszczonej na dachu bardzo swoją drogą wysokiej hali montażowej. Na konstrukcji tej kiedyś były neony z napisem. A skoro neony, to i kable. I to właśnie po nie ktoś tam wysoko, pod samo niebo wlazł. Podziwiam. Ja nie wszedłbym tam za nic na świecie. Zbyt wysoko, zbyt niebezpiecznie.

Sala po sali

Wchodzę przez uchylone drzwi. Wewnątrz może nie ciemności egipskie, ale całkiem ponury mrok. Wyciągam latarkę. Nie jest rewelacyjna. Ale swoje zadanie spełnia. Jest dyskretnym źródłem światła i świeci na tyle, że daję radę wspiąć się na drugie piętro. To właśnie tam ma mieścić się laboratorium chemiczne. Tylko gdzie? Szukam i po chwili znajduję. Jest. Choć niewielkie, bardzo klimatyczne. I niestety mocno już zdewastowane. Wielka szkoda.

Zatem do dzieła. Szukam jakiegoś w miarę czystego miejsca, gdzie mógłbym złożyć plecak. Ściągam go i rozkładam statyw. Po chwili wydobywam aparat i montuję na głowicy. Teraz kolej na lampę błyskową. Przy okazji robię na niej dyfuzor, który nieco złagodzi ostrość błysku i rozproszy światło. Taką mam nadzieję, że założona na głowicę papierowa chusteczka przytroczona gumką recepturką spełni swą rolę. Okaże się już w domu, podczas wywoływania RAW-ów. Oryginalny dyfuzor niestety uszkodziłem jakiś czas temu podczas wizyty w biurze konstrukcyjnym. Szkoda. Będę musiał zakupić uniwersalny, nasadzany. Ale to przyszłość. Póki co ratuję się tym prostym pomysłem z nadzieją, że źle nie będzie.

Jest dość ciemno nadal. Właściwie to wciąż czekam jeszcze na świt. Robię parę migawek i postanawiam się wycofać i zejść piętro niżej. Tu jest zbyt wiele wspaniałych detali, które chciałbym uwiecznić na zdjęciach, a które po prostu potrzebują zdecydowanie więcej światła.

Pierwsze piętro to także szereg sal. Pustych zasadniczo. Tu i ówdzie jakieś poprzewracane biurka i szafki. Tematem tych zdjęć będą zatem głównie puste wybebeszone już pokoje. Skupiam się tam na szukaniu różnych detali, drobiazgów. Zawsze się coś takiego natrafi, nad czym warto się zatrzymać i co warto cyknąć.

Przeznaczeniem części pomieszczeń było archiwizowanie różnych dokumentacji. Natrafiam np. na pomieszczenie pełne specyficznych regałów. Pełno tu szuflad. Pustych już dawno. Inne szuflady są szerokie i głębokie i bardzo płytkie. Tu składano różnego rodzaju plany i dokumentacje techniczne przekrojów i rzutów różnych część i maszyn. Kilka kalk technicznych z takimi rysunkami natrafiam tu i ówdzie. W jeszcze innym pomieszczeniu natrafiam na ciekawe płócienne rulony. Każdy z nich jest kolorową planszą poglądową. Niestety mocno nadgnite, podniszczone, mokre od wilgoci. Dach tu w wielu miejscach mocno cieknie. Nawet teraz kapie co rusz skądś woda. Kropla po kropli. Wokół unosi się charakterystyczna woń stęchlizny. Pod nogami kałuże, zbutwiałe deski i jakieś papiery oraz szmaty czasem. Z oknami też jest nie najlepiej. Wiele jest otwartych. Jeszcze więcej powybijanych zwyczajnie.

Tu i ówdzie napotkać można porzucone kwiaty i uschnięte roślinki czy nawet krzewy i drzewka kiedyś tu hodowane z zapałem i troską. Porzucone i zapomniane zmarniały i uschły doszczętnie. I tak lepiej napotkać martwe rośliny niż jak to miało miejsce ostatnim razem – zeschnięte, nadgryzione solidnie truchło kocie. Najmniej miłą niespodzianką, którą czasem podczas urbeksu się napotka są zaś ludzkie ekstrementa. Cóż bywa, że się na nie niestety człowiek natknie.

Cechą dość charakterystyczną pomieszczeń biurowych są obudowane umywalki. Kiedyś były to przytulne kanciapki o kuchennym przeznaczeniu. Teraz napotyka się tam porzucone talerze, sztućce, szklanki i kubki. Także kieliszki, czajniczki, dzbanki. Mydła, płyny do mycia, szczotki. Dość często napotkam na lusterka. Czasem jakieś porzucone ubranie. Najczęściej robocze. Obuwie. Kaski ochronne. Najczęściej białe, czasem żółte. Rzadziej czerwone. A dziś jeden zielony w jednej z hal.

Niekiedy napotykam na myszki komputerowe i klawiatury. Każda z odciętym przewodem. Dziś napotkałem Atari i monitor. A raczej to, co z niego zostało, czyli kineskop. Szczególny widok.

Biblioteka

Rozjaśniło się na tyle, że wrócić mogę na górę. Metodycznie przeszukuję pomieszczenia i upamiętniam je na kolejnych zdjęciach. Pokój po pokoju. Pomieszczenie po pomieszczeniu. Wciąż jest tu jeszcze klimat. Szkoda tylko, że pochmurno i słońce nie gra refleksami pośród cieni. Nic na to jednak nie poradzę. Nieprędko będę miał kolejną szansę. A i nie wiadomo, co jeszcze zdoła tu się stać zakusom lokalnych zbieraczy wszelakości.

Znalazłem bibliotekę. To tu właśnie jeden gość napełniał książkami torbę, aby z nią zaraz pognać na skup. Witam się, zamieniamy kilka zdawkowych zdań. Nie przeszkadzam. Wkrótce odchodzi, a ja powracam do pomieszczenia.

Widok opłakany. Regały ciasno jeden przy drugim. Przeważnie poprzewracane. Pierwotnie zabezpieczone folią przed wodą kapiącą z dachu. Niewiele to jednak pomogło. Trudno dociec, czy regały obaliły się same, czy też ktoś im zwyczajnie dopomógł. Głównie literatura fachowa. Sporo słowników. Obok książek polskich angielskie. Dużo literatury niemieckiej i rosyjskiej. Jakieś roczniki branżowe. Niektóre półki już dawno opróżnione. Wszystko nasiąknięte wilgocią, butwiejące, ociekające wodą, zagrzybione. Smutny los specjalistycznej biblioteki zakładowej.

Kawałek dalej mieści się czytelnia. Dwa regały z katalogami. Tematyczny oraz alfabetyczny Stojaki na czasopisma. Regał z segregatorami. Ciekawe stare drewniane jednoosobowe stoliki dla czytających na miejscu.

Laboratorium chemiczne po raz drugi

Ponownie kieruję się ku pomieszczeniom laboratoryjnym. Jest ich kilka. W jednym miejscu magazyn z chemikaliami w szafkach. Potwornie cuchnie chlorem. Wiele butelek stłuczono a zawartość rozlano na podłodze. Lub rozsypano. Zapas chemii naprawdę imponujący. W jednym pokoju ogromny kilkudziesięciolitrowy słój z brązowego szkła na biurku. Wewnątrz jakaś czerwonawa ciecz. Wysunięta szuflada. Pełna tej samej cieczy. Interesujący widok. Na dnie szuflady jakieś przedmioty.

Koniec korytarza. Tu trzy pomieszczenia mają typowo laboratoryjny wystrój. Liczne stoły chemiczne. Niektóre przeszklone. Nad każdym potężny wyciąg. Od dołu doprowadzony gaz do palników. I znów chemikalia. Butle małe i duże. Niektóre rozlane, inne rozsypane. Szkło stłuczone. Menzurki, próbówki, zaworki, rurki i masa innego wyposażenia. Potłuczone duże termometry chemiczne.

Pomieszczenie oczywiście wybebeszone z części metalowych. Wszystko, co dało się sprzedać na złomie już wyniesiono. Ze ścian wyrwano niemal w całym już budynku kable elektryczne. Powybijane szkło w oknach.

Hartownia

Czas zwiedzić sam dół tego budynku. Zasadniczo dzieli się ono na dwie części. Pierwsza o nieokreślonym przeznaczeniu to ogromna hala. Pośrodku kilka pomieszczeń w tym sanitariaty i jakieś biura. Druga część to hartownia. Tak głoszą tabliczki na drzwiach kilku pomieszczeń biurowych. Np. mistrz hartowni. Sama hartownia to ogromna hala. Za nią jeszcze kilka mniejszych pomieszczeń. Pustawych. Pod hartownią są pomieszczenia piwniczne. Można tam zejść schodami w jednym miejscu. Rezygnuję, albowiem pomieszczenie jest zalane i musiałbym głównie brodzić w płytszej lub głębszej brudnej wodzie. A ni ciekawego raczej tam nie ma.

Podłoga hartowni usiana jest licznymi okrągłymi otworami w podłodze. Trzeba uważać, aby nie wpaść w podziemne piętro. Z wyposażenia ostały się jedynie dwa kadłuby pieców indukcyjnych. Jakaś szafka, tu i ówdzie biurko. Ogólnie cienizna, wyczyszczone.

Tłumy dziś waliły na zwiedzanie. Będąc jeszcze w laboratorium spotkałem albo raczej to ja zostałem przez nich spotkany – parę ludków z Warszawy. Przyjechali tu specjalnie pozwiedzać ten obiekt. Jeszcze dwie inne osoby, niezależnie napotkałem już po wyjściu z budynku podczas krótkiego rekonesansu po okolicy. Niecierpliwie czekam kolejnego wypadu – tym razem za cel stawiam sobie narzędziownię – nim zniknie doszczętnie rozkradziona i zniszczona. Obawiam się tylko, że mimo wszystko będzie już za późno…

Poznań, 2016.02.28
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , ,

3 komentarze “UrbexFoto 4”

  1. Kasyno zawsze wygrywa
    21 lipca 2018 at 06:39

    Piekne zdjęcie

  2. krzyk58
    21 lipca 2018 at 20:16

    A to Polska właśnie (w pigułce) ,panie Autorze….i “komu TO” przeszkadzało
    nasuwa się takie (natrętne) pytanie?Następne pokolenia będą nas przeklinać, o ile ‘jakieś nie ulegną postępującej demoralizacji…
    Gdyby “niezłomni i wyklęci” mieli dar przewidywania przyszłości
    w perspektywie kilkudziesięciu lat – hurtowo wstąpiliby do PZPR…
    wiem, wiem nikt i nic by ich nie uratowało – takie były realia.
    Zbyt liczna w aparacie ucisku i przemocy była “nadreprezentacja’.
    Była? Czy na pewno należy (już) używać czasu przeszłego?
    Pytania, pytania… na które odpowiadamy jakby mimochodem,
    ‘okrężną drogą”…

  3. 3 sierpnia 2018 at 00:31

    To nie jest kwestia przeszkadzania – to po prostu stało się nikomu niepotrzebne – zmieniły się czasy, zmieniła technologia, zmieniło zapotrzebowanie. Z całęgo ZNTK może jedna hala jest zabytkwa – pytanie tylko co z nią zrobić – cała reszta dawno zostałaby zrównana z ziemią, gdyby nie nieuporządkowane prawa majatkowe które nie pozwalaja tego ruszyć, w związku z czym sprawa leży i niszczeje. Kiedyś powstanie tutaj jakieś osiedle albo ciąg handlowy, bo taka jest obecnie potrzeba. Przez jakiś czas część budynków była podnajmowana przez rózne frmy, ale i to się skończyło. Brak zainteresowanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Kultura

Scroll Up