Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

19 lipca 2018

Jesienne wakacje I


 Przygotowania

Czas wakacyjny przeminął pod kątem wielkich zmian. Jedne dzieciaczki odeszły do rodziny adopcyjnej. Drugie przeszły pod naszą opiekę. I jak to bywa z nowymi dzieciaczkami, na początku szczególnie – wiele zamieszania. Trzeba się wzajemnie poznać. Jest sporo różnych spraw do załatwienia. Trzeba zapoznać się ze stanem zdrowia dzieciaczków. Nauczyć podstaw komunikacji i poruszania się.

To wszystko jednak już za nami. Lato tego roku takie jakoś mało letnie, nijakie. Przydałoby się wyjechać na jakiś odpoczynek. Choć na chwilę zmienić miejsce pobytu, okolicę, otoczenie. Oderwać się od trosk codzienności.

Tylko gdzie by tu pojechać? Najbliższa okolica pozajmowana z dużym wyprzedzeniem. Trzeba szukać nieco dalej. Padło na Maciejowiec. Trochę z polecenia. Bo ktoś tam już był. Komuś się już tam podobało. Więc może…

Z drugiej strony czemu nie. Wszędzie dobrze, byleby odpocząć. Czemu by więc nie tam? Miejsce równie dobre, jak każde inne, w którym się jeszcze nie było. Jest tylko jeden minus: wyżywienie we własnym zakresie. Trochę nam to skomplikuje pobyt. Z drugiej strony i tak zamierzamy poruszać się po okolicy, więc nie będziemy musieli powracać na pory posiłków, a żywić się gdzieśmy się akurat znaleźli, lokalnie. W miarę możliwości unikając przynajmniej przygotowywania obiadów we własnym zakresie. Szkoda czasu. Śniadanie i kolacja to zupełnie inna sprawa.

Pierwociny przygotowań do wyjazdu sięgały wielu tygodni wstecz. Któregoś dnia bowiem zaczął nawalać samochód. Trzeba było naprawić, aby mieć pewność, że wszystko będzie z nim dobrze. Że nie rozkraczymy się gdzieś w trasie i nie utkwimy na dobre oddaleni od domu i nie dotarłszy do miejsca docelowego.

Pewnego dnia, będąc zwyczajnie a zakupach w jednym z lokalnych polskich markecików, natrafiłem na fajną torbę podróżną na kółkach. Dużych rozmiarów. Jak się okazało później, nawet nieco za dużą, za przestronną. W każdym razie bardzo się przydała, bo moja staruteńka torba już w rozsypce.

Kupiłem też nowy plecak. Zakup poprzedniego okazał się nieco niewypałem, choć przyda się jako awaryjna zapasówka. Trzeba go jednak będzie naprawić. Kiedyś tam.

Dzień wyjazdu coraz bliżej, a tymczasem się przeziębiliśmy. Jakieś wyjątkowo paskudne grypsko dopadło mnie, maleństwo oraz żonę. Dwójka starszych dzieciaczków jakoś się z tego wywinęła. Posyłaliśmy ich do przedszkola, aby się nie zarazili od nas i zadziałało o tyle, że poza lekkim katarkiem nic im się nie przydarzyło. U nas jednak skończyło się ostatecznie na antybiotykach, aby wesprzeć organizm w walce z choróbskiem. Bo wyjazd już tuż tuż. Za pasem.

Przy okazji pakowania dzieciaczków na wyjazd zrobiliśmy przegląd ubrań. Część, wiosenno-letnich wyląduje w schowku, a na wierzch wyjdą powoli zestawy jesienne i zimowe. Parę rzeczy, z których dzieciaczki już wyrosły, dajemy w dalszy obieg.

Pogoda jest bardzo niestabilna, zmienna, dynamiczna. Do końca nie wiadomo, jak będzie. Rozrzut od pięknej słonecznej po zimną, wietrzna i deszczową. Trzeba wziąć poprawkę i najlepiej zabrać dużo więcej, niż zapewne się okaże potrzebne. Szczególnie, żeby dzieciaki zawsze miały coś suchego na zmianę.

Napięcie wzrasta. Już nie mogę się doczekać samego wyjazdu. Jestem coraz bardziej nakręcony. Już chciałbym jechać. już chciałbym wyruszyć. Już mnie ciągnie do przygody. A tu jeszcze cała ostatnia noc. Ruszamy jutro. W południe odbieramy dzieciaki z przedszkola i ruszamy w trasę. Dojedziemy na miejsce wieczorem, na granicy zmroku.

Czas spakować się samemu. Zostawiam sobie to na ostatnią noc przed wyjazdem. Dzieciaki idą spać, a ja mogę zabrać się za przygotowania. Najprościej poszło z ubraniami. Ot zestaw na 5 dni poszerzony o coś ciepłego i przeciwdeszczowego. W sumie nie tak tego wiele. Rzeczywiście wielka ta torba, pustawa po spakowaniu. Dorzucam zatem paczki z pieluchami dla dzieciaków. I różne drobiazgi typu apteczka czy kosmetyczka. A i tak czuję, że weszłoby coś jeszcze.

Jest jeszcze plecak ze sprzętem. Ładuję po kolei wszystkie baterie. Na wszelki wypadek zabieram lampę błyskową i statyw. Zobaczymy, może się przydadzą. Jak to zwykle bywa, część osprzętu nie została wykorzystana. Zabrakło czasu, możliwości, czasami obiektu do sfotografowania. Plecak pełny, wszystko gotowe.

Kładę się spać. Rano dzieciaki do przedszkola, a w domu resztka porządków. Była okazja zrobić wielkie pranie. Pogoda sprzyjała, więc pranie wczoraj schło na zewnątrz. Dziś już nie ma na to czasu. Jeszcze ostatnia pralka z ubraniami. Wszystko wyschnie podczas naszej nieobecności już w domu.

Dzień pierwszy

Rano chłopaków posyłamy do przedszkola. Odbierzemy ich stamtąd nieco wcześniej, o dwunastej. I od razu w drogę. Zasadniczo jesteśmy spakowani. Jeszcze ostatnia kontrola, czy aby na pewno wszystko, czy aby czegoś jeszcze nie dorzucić. Kurcze, sporo tego. Ale dzieciaczki maja tendencję do brudzenia się. Poza tym spodziewamy się także deszczowych dni. A więc zmokną. Przyda się coś suchego potem na przebranie.

Idę na zakupy. Czeka nas kilkugodzinna podróż. Potrzebujemy zaprowiantowania. Świetnie sprawdzają się bułki z serem. Dużo lepiej, niż wędlina. Potem dokupię jeszcze napoje. Dla dzieciaków zabieram bidony. Robię w nich herbatkę na podróż. Zabieramy też leki. My nie jesteśmy nazbyt zdrowi, a dzieciakom może się coś na miejscu przytrafić. Warto się zabezpieczyć.

Powoli pakuję samochód. Torba po torbie. Dla maleństwa zabieramy łóżeczko turystyczne. Na miejscu okazuje się, że niepotrzebnie, bo tam też jest łóżeczko dla maluchów. No ale trudno. Wzięliśmy, to wzięliśmy.

Dzień zrobił się piękny. Jest ciepło i słonecznie. Będzie się dobrze jechać. Zbliża się południe. Po drodze tankujemy porządnie samochód. W Biedronce zapas napojów. Bananki dla dzieciaków. Na dodatkową przekąskę.

Podjeżdżamy pod przedszkole. Tymczasem dzieciaczki poszły na wycieczkę w okolicę. Czekamy, aż zostaną przyprowadzeni. Zabieramy ubrania i plecaczki. ładujemy się do samochodu. Następny przystanek: teściowa. Tam przerzucam jedną walizkę i łóżeczko do jej samochodu. Nie będzie nam zasłaniać tylnej szyby. Dzieciaki jeszcze naganiam do ubikacji. Najmłodsi dostają pieluchy na wszelki wypadek. Droga długa i nie zawsze da się zatrzymać wtedy, gdyby się to okazało potrzebne.

Ruszamy. Powoli, z trudem przebijamy się do miasta, by w końcu się z niego wydostać. Prowadzi nas GPS. Trasa w miarę dobra. Jedziemy dość szybko. Rzadko kiedy stoimy dłużej w korkach. Pogoda dopisuje. Widoki wspaniałe. Aż żal, że podczas jazdy nie idzie zrobić porządnie zdjęć.

Z czasem dzieciaki zaczynają przysypiać. Bardzo dobrze, bo taka długa podróż jest dla nich także uciążliwa. Im więcej tej drogi prześpią, tym mniej będą się nudzić i tym mniej marudzić.

Pierwszy postój robimy na stacji benzynowej. W ruch idą bułki, banany i picie. Jeszcze wizyta w ubikacji przed odjazdem. Następny przystanek będzie na obiad. Szukamy. I nic. Szukamy i nadal nic. W końcu znajdujemy bar chiński. Z zewnątrz niepozorna buda. Wewnątrz bardzo pięknie urządzona. Przepyszne jedzenie. Najadamy się po uszy i ruszamy dalej.

Zbliżamy się w Karkonosze. Zagłębiamy powoli krętymi dróżkami. Niby już niedaleko, ale teraz przyjdzie nam nieźle pokręcić się w tę i we w tę nim dotrzemy do celu. Okolica przecudna. Nie odklejam się od szyby. Budzi się we mnie dziecko zaciekawione światem. Już bym biegł, już bym pisał wiersze, już bym robił zdjęcia. Ograniczyć się jednak musze do nawigowania i podziwiania wszystkiego przez szybę auta.

Docieramy na miejsce. Niemal. Jeszcze tylko musimy odnaleźć docelowy adres. A oto i on. Ostry wjazd pod górkę na podwórze. Wita nas gospodyni. Oprowadza po włościach. Wysiadamy. Dzieciaki także. Idziemy na górę obejrzeć nasze lokum.

Mamy do dyspozycji całe piętro. Pięknie urządzone. trzy pokoje plus kuchnia z jadalnia. Do tego duży przedpokój z kominkiem oraz łazienka. Wygląda nieźle. Efekt psuje się nieco po dokładniejszej penetracji. Szczególnie denerwują liczne niedziałające światła. Np. lampki nad łóżkami.

Szybko zapada noc. Z przystankami droga była dużo dłuższa. Ważne, że jednak dojechaliśmy bez problemów. Dzieciaki buszują po całej chacie. Gdy nadchodzi pora spania, marudzą, płaczą i stawiają opór. Są jednak tak zmęczone, że zasypiają od razu.

Powoli się rozpakowaliśmy. każdy rozłożył siew swoim pokoju. Ja przy dzieciakach. Będę je pilnował w nocy, jakby co. A poza tym zaraz zamierzam iść na zdjęcia.

Poznań, 2017.10.08
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , ,

2 komentarze “Jesienne wakacje I”

  1. Inicjator
    11 lipca 2018 at 04:58

    No i ładnie.

    A gdzie podziali się “wyklęci”?

    Czyli można …

  2. Emeryt z Toporu
    11 lipca 2018 at 06:08

    Mistrz powrócił

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Społeczeństwo

Scroll Up