Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

25 czerwca 2018

Wilkiem do lasu XCII


 Taki mróz to mróz

Zima trzyma. Ostatnie tygodnie zimy, a mróz całkiem przyjemny. Lubię taki mróz. Lubię, o ile nie ma wiatru. Wiatr wszystko niweczy. Sprawia, że staje się niemiło. Wówczas przenikliwe zimno wysysa każdą odrobinę zgromadzonego pod ubraniem ciepła. Ale jeśli nie ma wiatru, mróz nie jest aż taki straszny. To tylko kwestia aklimatyzacji. I odpowiedniego ubrania. Z aklimatyzacja gorzej, bo tu u mnie zimy jak nie było, tak nie ma. Jest jedynie mróz. Drugi tydzień. I lada dzień i on odejdzie w niepamięć. Trzeba zatem skorzystać z ostatniej nadarzającej się okazji i wybrać na poranną przechadzkę po okolicy. Na mrozie.

Dzień zauważalnie stał się dłuższy. Na tyle długi, że wschód słońca przesunął się wystarczająco wcześnie, abym mógł wybrać się na poranne zdjęcia i wrócić, nim jeszcze dzieciaczki wstaną na dobre. Co prawda jest to na styk, ale powinienem dać radę. Byleby pilnować godziny powrotu. Jeden autobus, który ucieknie – robi bowiem wciąż jeszcze istotną różnicę. Zatem ryzykujemy.

Przede wszystkim sprawdzam pogodę. Ma być nadal mroźno i ma być słonecznie. Jest zatem szansa na uchwycenie samego momentu wschodu słońca, momentu, gdy będzie się ono powoli wyłaniać zza horyzontu.

Pogoda zatem dopisze. Teraz sprawdzam godzinę wschodu oraz zakresy niebieskiej o złotej godziny. Ta ostatnia niebezpiecznie zawęża zakres czasu, jaki mogę poświecić na ten wypad. Właściwie zaraz po jej zakończeniu powonieniem wracać do domu. I to dość energicznie, bowiem do przejścia na przystanek będę miał całkiem pokaźny odcinek. I to po niełatwym terenie.

Wypad na miejscówkę

Sprawdzam teraz rozkład autobusów. Powrót jest na styk. Kończymy zdęcia tuż po złotej godzinie i pędzimy do domu. Powinniśmy zdążyć na 8 rano. Oby dzieciaki i dziś pospały dłużej i nie chciało im się zrywać dajmy na to o 7 rano. Żona nie będzie zadowolona, jeśli ją zbudza zbyt wcześnie.

Jest nieco problemu z wyjazdem. Właściwie jedyna sensowna godzina, to moment pierwszego autobusu na Darzybór. Każdy wcześniejszy wypad oznaczałby, że będę musiał przedrałować nocą kilka dodatkowych kilometrów. Jadąc pierwszym autobusem skrócę ten dystans do przejścia o ponad połowę. A i tak zostanie jakieś półtora kilometra do przemierzenia.

Mam upatrzone miejsce, w które warto się wybrać i które powinno dać wyśmienite zdjęcia. Będę miał jakieś 30 minut, aby tam dotrzeć i się szybko rozstawić i zacząć robić zdjęcia.

Jeszcze wieczorem zapakowałem sprzęt i przygotowałem wszystko do porannego wypadu. Pobudka o 4. Mógłbym właściwie później, ale tak się jakoś obudziłem. Nie ma zatem pośpiechu. Ubieram kilka warstw. Mróz trzyma. Odczuwalna temperatura ma być na poziomie -15. Do tego może będzie, a może nie – lekki wiaterek. Na takim wygwizdowie nie będzie absolutnie gdzie się schować.

Idę na autobus. Podjeżdżam szybko kilka przystanków. Wysiadam. Kamizelkę odblaskową założyłem już dużo wcześniej, jeszcze przed wejściem do autobusu. W razie czego – będzie mnie dużo lepiej widać. A iść przyjdzie mi jakieś półtora kilometra drogą bez żadnych poboczy.

W którymś momencie zatrzymuję się i montuje aparat na statywie. Wraz z akcesoriami. Lekko z prawej mam księżyc. Dwa dni temu była pełnia. Niebo jest bezchmurne. Księżyc daje bardzo fajne cienie drzew na jezdni. Robię kilka ujęć.

Niełatwo się idzie. A to dlatego, że od czasu do czasu przejeżdża jakiś samochód i kompletnie mnie oślepia. Na dodatek jest wąsko. nie ma pobocza i nie mam za bardzo jak się schować.

Nie mogę też wejść na pole po mojej lewej. Oddziela mnie od niego gęsty pas krzaczorów obrastających pobocze. Musze iść dalej. Gdzieś tam daleko powinna być luka i wtedy zejdę z tej drogi. To w sumie najkrótsza droga. Jeszcze krócej, ale dużo mniej wygodnie i dużo ciężej byłoby, gdybym na owo ogromne pole wszedł od razu na początku, zaraz po wyjściu z autobusu. Tyle, że wędrówka byłaby bardzo uciążliwa. A w ciemnościach łatwo o potkniecie lub nawet skręcenie nogi.

Jest. Nareszcie dotarłem do przecinki w krzaczyskach. Teraz mogę już skręcić w lewo i pójść na przełaj. W oddali, daleko, ledwo widoczna kępa drzew, do której zmierzam. nie mam nawet pewności, czy to aby ona. Czy jeszcze te drzewa tam są. Nie byłem tu masę czasu.

Pierwsze kadry

Nim tam dotrę, mija trochę czasu. Kilkakroć zatrzymuję się i robię jeszcze nocne ujęcia z księżycem na niebie. W końcu jestem na tyle blisko, żeby pomyśleć nad pierwszą kompozycją. niebo powoli szarzeje. Jest na tyle widno, że da się już teraz wyróżnić kilka planów. Na pierwszym mam kępę drzew nad oczkiem wodnym. Drugi plan tworzy pasmo drzew nad odległa drogą. W trzecim planie mamy daleki las. Jest lekka mgła. Zbyt jednak rzadka, by dało się ją ładnie wyeksponować. Ale będę próbował złapać choć jej namiastki. Gdy słońce zacznie wschodzić, albo zgęstnieje, albo zupełnie się ulotni. Czas pokaże.

Oto słońce

Nareszcie zaczęło wyłaniać się słońce. Warto było dla tego widoku wstać wcześnie rano i pomarznąć nieco na mrozie. Nie, żebym jakoś bardzo się wyziębił, ale przydałaby się jeszcze jedna warstwa. Niestety akurat wyjąłem lekką bluzę dresową z plecaka, bo ostatnio nie była mi potrzebna. Inaczej jest jednak nocą na mieście, gdzie co jakiś czas się człowiek przemieszcza, a co innego o świcie w plenerze, kiedy to głównie stoi się w miejscu i przemieszcza raczej niewiele, a skryć się nie ma właściwie prawie zawsze nigdy nigdzie.

Ten wschód był niezwykle piękny. Brakowało tylko lekkich chmurek by niebo nabrało więcej dramatycznego blasku. Potem zaczęła się złota godzina i wszystko dookoła nabrało pięknej złocistej barwy. jeśli czas pozwoli, zdrowie i pogoda dopiszą – warto tutaj powrócić jeszcze co najmniej kilkukrotnie i w miarę nadchodzenia wiosny robić kolejne zdjęcia.

Wbrew pozorom czasu jest naprawdę mało. Nie da się zrobić wszystkiego. I nie na wszystkie sposoby. Następnym razem muszę zabrać ze sobą jakieś dłuższe tele. Dzięki temu mógłbym chociażby mieć ujęcie dużej tarczy słońca na tle drzew w oddali. Mój Irix obejmuje wszystko niezwykle szeroko. Doskonale nadaje się też do robienia panoram. Wystarczą trzy klatki, aby mieć piękne szerokie ujęcia po złożeniu ich całość.

Muszę się tutaj tez wybrać na dłuższy spacer i dokładnie przestudiować okolicę. Poszukać innych jeszcze miejscówek. Trzeba będzie oddać rower do serwisu. To nieco zbyt rozległy teren, aby poruszać się po nim na pieszo. Nie w sytuacji, kiedy muszę na konkretna godzinę wrócić do domu.

No i uciekł mi autobus. Ale nie ma się co dziwić. Gdybym nie musiał już naprawdę wraca, pewnie siedziałbym tu jeszcze z godzinę. Wciąż było bardzo ładne światło, mimo zakończenia złotej godziny. Zimowe słońce nadal dość nisko wznosiło się nad horyzontem i dawało ciekawe długie cienie.

Na szczęście po 15 minutach przyjechał kolejny i zabrałem się nim do domu.

Poznań, 2018.03.08
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , ,

One Response “Wilkiem do lasu XCII”

  1. Gniewna Zjadaczka Ogórków
    3 czerwca 2018 at 08:42

    Piękna seria

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Kultura

Scroll Up