Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

25 listopada 2017

Nauka chodzenia I


 Sztuka chodzenia

Chodzenie jest sztuką. Chodzenia trzeba się uczyć. I to nie raz i nie dwa. Różne bowiem są chodzenia. Na różne sposoby się chadza. W różne miejsca się chadza, do różnych rzeczy w życiu się dochodzi. Niekiedy od czegoś, od kogoś się odchodzi. Bywa, że się skądś dokądś przechodzi. Tak, chodzenie jest sztuką.

Człowiek się rodzi nie umiejąc chodzić. Osesek staje przed arcytrudnym wyzwaniem wykształcenia nie tylko stosownego pakietu mięśni, ale i wyrobienia sobie stosownego poczucia równowagi. Jeszcze trzeba nabrać stosownej krzepy, aby w ogóle na nogach, w pionie się utrzymać.

Nauka chodzenia zaczyna się od przewracania z oku na bok. Potem przychodzą próby wstawania oraz raczkowanie. To ostatnie jak sama nazwa wskazuje najpierw kierunek wstecz, potem dopiero w obu kierunkach pozwala się dzieciątku poruszać.

Gdy wstawanie, gdy stanie w pionie jako tako zostaje opanowane, przychodzi ten moment, kiedy dzieciątko zaczyna stać samodzielnie. Najpierw są to krótkie chilki, potem coraz dłuższe momenty.

Gdy udaje się już jako tako ustać na nogach, gdy udaje się wstać, przychodzi ochota na chodzenie. Pierwsze kroczki są bardzo nieporadne. Koniec końców udaje się przejść kilka, a nawet kilkanaście kroków z podparciem. Wkrótce pojawi się pierwszy maleńki wielki krok maleńkiego człowieczka.

Próby idą coraz śmielej. Przemarsze stają się coraz dłuższe. Roi się od upadków, potknięć, bywa, że i płaczu, bo się o coś dziecko uderzy. A to nie zdarza się bynajmniej na początku rzadko. Każda kolejna próba prowadzi do coraz większej pewności, do coraz większej sprawności, do coraz większej swobody w chodzeniu. Chodzenie przechodzi w końcu w bieg. Wtedy znowu łatwo o kontuzje, o przewracanie się, o utratę równowagi. Każda kolejna próba jednak poprawia koordynację i pewność siebie dzieciaczka.

Pod górkę, pod górkę…

Z czasem dziecko staje przed kolejnym wyzwaniem. Są nim schody. Wyzwanie jest o tyle trudne, że łatwo ze schodów spaść robiąc sobie przy tym mniejszą lub większą krzywdę. Schody są wysokie. Dla maleńkiego dziecka są bardzo wysokie. I trochę za wąskie. Przynajmniej takie zwykłe, jakie mamy w kamienicach czy blokach mieszkalnych. Tak czy siak, niezależnie jak bardzo by nie były wysokie, strome i niebezpieczne, nieodmiennie dziecko fascynują. Gdy tylko pojawia się taka możliwość, dzieciaki próbują na schody się wskrabywać, wczołgiwać. Na początku odbywa się to wszystko na czworaka. Nierzadko boczkiem. Najpierw jedna nóżka, potem druga, a wszystko na leżąco.

Najłatwiej jest na schody wejść. Trzeba przy tym uważać, aby ucząc dzieciaczka po nich kroczyć, trzymać je nie za jedną, lecz za obie rączki. Inaczej można mu zrobić krzywdę, gdy się ono potknie, przewróci. Zdecydowanie łatwiej jest je utrzymać za obie rączęta. Jedną rączkę można wykręcić, a nawet wyrwać z barku. Gdy dziecko jest już większe, pewniej po schodach wchodzi, można je uczyć, by jedną rączką trzymało się nas, a druga bądź ściany bądź szczebelków.

Trudniejszą sztuką jest ze schodów schodzenie. Nóżkę łatwiej podciągnąć do góry i postawić na kolejnym schodku, niż spuścić na dół, stanąć na niej i zdjąć kolejną nogę z tego schodka powyżej. A przy tym się nie przewrócić i nie spać na dół schodów. Dzieciaczki, schodząc, maja tendencję nieomal zbiegania po schodach. Zamiast schodzić bowiem kolejno po stopniach, najpierw jedną na dół zestawiając, potem do niej dostawiać druga nóżkę, od razu tą druga chcą zestawiać na kolejny, niższy stopień. Grozi to upadkiem, spadnięciem ze schodów. Trzeba czasu, aby dzieciaczek nauczył się spokojniejszego, powolniejszego schodzenia po schodach w rytmie na dwa. Ale i wtedy trzeba uważać, bo czasem się zapomina i dalejże – stopnień niżej tą druga nóżką. I nawet jeśli umie już samodzielnie trzymać się szczebli poręczy, może się potknąć, puścić szczebla i zlecieć na dół.

W stronę samodzielności

Sporym wyzwaniem dla dzieciaczków jest nauka jazdy komunikacją miejską. Tu jest wiele zagadnień do opanowania. Wiele umiejętności do nauczenia się. Nim bowiem dojdzie do tego, ze dojdziemy do przystanku, dajmy na to, autobusowego, musimy pierwej nauczyć się przechodzić bezpiecznie przez ulicę.

Wymaga to cierpliwości i niezliczonych powtórzeń. Pierwszy etap, to podejście do krawędzi chodnika na skraju ulicy i zatrzymanie się tam w miejscu. Dzieciaczki zazwyczaj mają tendencje do pędzenia naprzód, dalej, nie zważając, czy coś by mogło z lewej czy prawej nadjechać. Gdy uda się już dzieciaczki zatrzymać, trzeba je nauczyć rozglądania się na lewo i prawo. Samo rozglądanie się niewiele da, jeżeli przy tym dzieciaczek nie będzie umiał spostrzegać nadjeżdżającego pojazdu. Dlatego warto podczas takiej nauki przesadzać. Zatrzymywać się przy każdych przejściach, nawet na osiedlowych drogach, na których jeździ coś raz na ruski rok. Po drugie warto przepuszczać każdy pojazd, nawet taki, który jest albo bardzo daleko i spokojnie byśmy bez pośpiechu zdołali ulicę przejść, albo takie, co zatrzymują się i chcą nas przepuścić. Chodzi tu bowiem o wyrobienie sobie u dzieciaczków nawyku: ulica, samochód – stoimy i czekamy.

Przy przejściach ze światłami jest nieco inaczej. Tutaj priorytetem są bowiem światła sygnalizacji. Trzeba je wcisnąć, uruchomić. Sama sygnalizacja nastręcza wiele problemów i niesie pewne zagrożenia. Słupy sygnalizacji stoją bowiem zazwyczaj bardzo blisko krawędzi jezdni. Trzeba zatem bardzo uważać na dzieciaczka, który pragnąc ze wszech sił podbiec i nacisnąć przycisk, może przy tym zupełnie niechcący a nawet nieświadomie wkroczyć na ulice. Trudność natomiast wynika z faktu, że same przyciski albo są umieszczone za wysoko, albo nie działają, nie chcąc się włączyć od razu, albo nie sygnalizując faktu swego uruchomienia. Inna sprawa, że czy się wciśnie, czy tez nie – czekamy na zmianę światła i tak samo długo…

No dobrze, przeszliśmy w końcu bezpiecznie przez ulicę. Udało nam się tego dzieci nauczyć. Najlepszą drogą do wyrobienia tego nawyku jest dawanie przykładu samemu i zatrzymywanie się choć na krótką chwilę przy każdym przechodzeniu. Inaczej wprowadzamy chaos, bo dzieciaki widza niezgodność naszych słów, wymagań z naszym – dorosłych – postępowaniem. A jeśli nasze słowo nie pokrywa się z naszym czynem – nie wiedzą, jak się zachować i zazwyczaj ignorują zasady bezpieczeństwa, skoro i my je łamiemy. Nie ze złośliwości. Po prostu nas naśladują.

Poznań, 2017.07.18
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , ,

2 komentarze “Nauka chodzenia I”

  1. Emeryt z Toporu
    4 września 2017 at 05:06

    Jakie to życie potrafi być codzienne!

  2. Emeryt z Toporu
    4 września 2017 at 05:22

    Piękne, jakie ludzkie i zwyczajne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Społeczeństwo

Scroll Up