Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

25 czerwca 2018

Czy można wygrać wojnę asymetryczną na terenie wroga?


 Pan generał Stanisław Koziej, w jednym z wywiadów powiedział w kontekście wojny afgańskiej, że „Nie ma nadziei na wygranie tej wojny przeciwpartyzanckiej”. To przerażające, że taki brak wiary wyraża jeden z najważniejszych w kraju doradców wojskowych obecnej władzy. Jeżeli takie jest nastawienie naszych wojskowych – czynnych zawodowo, to powinni zająć się czymś innym – np. robieniem łapci z łyka, albo koszy wiklinowych. Po prostu nie można słuchać takich słów z ust takiego autorytetu jak pan generał Koziej, bez emocji i ustosunkowania się do samej tezy głównej.

Generalnie prowadzenie wojny to kłopot, to bardzo poważne przedsięwzięcie, które oznacza znaczne koszty i ryzyko śmierci. Szczególnie trudne jest prowadzenie wojny na terenie państwa uznawanego formalnie za sojusznika, gdzie ma się do czynienia ze zbrojną partyzantką. Trudność sprawia wszystko – teren, kultura, tradycja, stosunek do śmierci, religia. Formalnie nie ma tam wrogów, albowiem zostali już dawno pokonani, prowadzi się wojnę w terenie, w którym nieprzyjaciel jest niewidoczny, – na co dzień może mieć twarz człowieka sprzedającego na pobliskim targu żywność lub części samochodowe, a w nocy zamieniać się w mordercę, który walczy w imię ideologii motywowanej kulturowo-religijnie, nie zważając na własne życie.

To prawdopodobnie najbardziej wymagający wróg, jakiego można sobie wytworzyć, nie ma frontu, nie ma „naszych” i „obcych”. Wszystko jest płynne, tam gdzie wczoraj bawiły się dzieci dzisiaj może być potężna bomba, do tego nieprzyjaciel nie ma struktury umożliwiającej sparaliżowanie jednostek poprzez wyeliminowanie dowódcy. Będąc tam prowadzi się wojnę przeciwko duchom, których nie widać, a wrogiem-zabójcą może być każdy w każdej chwili, przy czym trzeba mu to udowodnić, albowiem formalnie wszyscy to wynędzniała i głodna ludność cywilna.

Formalnie wszystko jest w porządku, żołnierze są na miejscu, coś tam patrolują, mniejsza z tym, po co i co z tego wynika, rozdają cukierki dzieciom, budują od czasu do czasu jakieś szkoły lub inne obiekty dla miejscowych, lotnictwo jest w gotowości, bazy są pod ochroną, siły sojusznicze mają praktycznie wszędzie przewagę poza najdalszymi rejonami górskimi, gdzie w ogóle nie ma nawet cienia życia. Ludność miejscowa jest stale inwigilowana na wszelkie możliwe sposoby, z wdrożeniem chyba najdokładniejszej bazy biometrycznej na świecie. Pomimo tego wszystkiego nie ma nadziei na wygranie tej wojny i potwierdza to jeden z najważniejszych autorytetów w zakresie strategii w dziedzinie wojskowości, jakiego Polska ma. Wniosek? Smutny, ale prawdziwy – trzeba się wycofać z tej wojny, póki jeszcze kontrolowanie tego procesu jest możliwe, żeby na koniec nie wyglądało to tak jak ewakuacja Sajgonu w dniu jego upadku.

Gdzie, zatem popełniono błąd? Czy W ogóle wejście do tego nieszczęsnego kraju miało jakikolwiek sens? Może nie powinniśmy byli tam w ogóle, jako NATO wchodzić, ewentualnie przyjąć inną taktykę – niż pełnoskalowa okupacja na wzór Iraku. Samo ukształtowanie terenu w Afganistanie czyni ten kraj niezwykle trudnym do przeprowadzania jakichkolwiek działań w oparciu o złożoną logistykę, a co dopiero działań wojskowych, gdzie linia ryzyka oznacza śmierć. Samo panowanie nad punktami węzłowymi tamtejszej infrastruktury umożliwia dopiero wejście do gry, a nie panowanie nad terytorium. Jeżeli do tego dodamy jeszcze charakter i dzielność tamtejszych mieszkańców – przyzwyczajonych do warunków ekstremalnych, uzyskujemy nadzwyczajnie trudne warunki do prowadzenia wojny, albowiem nieprzyjaciel ma się gdzie ukryć i doskonale daje sobie radę bez jakiejkolwiek infrastruktury.

Doświadczenia historyczne z wojen prowadzonych na terenie Afganistanu wskazują, że nawet ekstremalny terror przejawiający się w „zabijaniu wszystkiego, co się rusza” w wykonaniu armii ZSRR, jak również brytyjskich wojsk kolonialnych – nie dały zamierzonego rezultatu. Bez względu na natężenie walk, stosowany terror i przewagę w sile żywej i sprzęcie – zawsze, nawet pomimo wymordowaniu wszystkich w otoczeniu – znajdywali się jacyś bojownicy w górach, gdzie nie było dostępu a żołnierz z cywilizacji zachodniej, nawet w wydaniu brutalnych Rosjan i odpornych na wszystko hindusów nie miał szans dotrzeć i przetrwać tak długo jak miejscowi i być tak użytecznym i efektywnym wojownikiem jak oni.

Oznacza to w praktyce, że z Afgańczykami – podzielonymi na wiele różnych plemion i frakcji najlepiej nie walczyć na ich terenie, a jeżeli już to tylko rozgrywając jednych przeciwko drugim. NATO wiedziało to wszystko przychodząc do tego kraju i częściowo wykorzystało możliwości rozgrywania poszczególnych plemion przeciwko sobie. Wykorzystano plemiona północne, wykorzystano w zasadzie wszystkich, którzy godzili się na jakąkolwiek współpracę – nawet kosztem przymykania oczu na uprawy maku. Pomimo tego nie jesteśmy w stanie wygrać tej wojny.

Od początku założenie było złe, nie da się, bowiem wygrać wojny, która w istocie nie jest wojną. W takim konflikcie, z jakim mamy do czynienia, należy walczyć podobnie jak przeciwnik, tzn., w sposób asymetryczny, niestety nie konwencjonalny i nie humanitarny, jest to konieczność bez względu na to jak by to okrutnie i nie ludzko wyglądało. Uzasadnieniem dla takich działań jest charakter wyzwań i zagrożeń stanowionych przez przeciwnika. Trzeba się do niego dostosować, podejmując wyzwanie na jego terenie w sposób możliwie dla niego jak najbardziej nieprzewidywalny, mówiąc obrazowo tak żeby nawet największy zabójca i morderca bał się wyjść wieczorem z domu, a w zasadzie, żeby nawet w najciemniejszej jaskini nie był bezpieczny. To jest możliwe, ale jedynie w przypadku spełnienia wysublimowanych warunków i prowadzeniu działań w sposób asymetryczny. Innymi słowy jedyną skuteczną metodą walki w warunkach konfliktu asymetrycznego jest prowadzenie walki metodami konfliktu asymetrycznego. Zabicie wroga nie zawsze musi być celem, najważniejszym jest zmuszenie go do pożądanego lub przewidywalnego zachowania. W momencie, gdy udaje się wywołać ten sam efekt w przypadku wielu wrogów, to można mówić o jakimś stopniu opanowania sytuacji. W przypadku doprowadzenia całej populacji do stanu niepewności możliwe jest panowanie nad nią, oczywiści e zawsze tylko w jakimś stopniu.

Prędzej, czy później zawsze doszłoby do otwartego konfliktu z miejscową ludnością, w tym znaczeniu, że zorganizowaliby otwarte powstanie, jawnie wystąpili przeciwko obcej obecności na ich terytorium, otworzyłoby to szansę do zadania możliwie największych strat w sile żywej przy użyciu uzbrojenia konwencjonalnego.

W ostatecznym rozliczeniu, nie da się wygrać wojny asymetrycznej z nieprzyjacielem działającym metodami partyzanckimi, jednakże można skłonić go do ograniczenia inicjatywy, w znacznej mierze przejąć ją stosując równie asymetryczne metody, a w momencie doprowadzenia go do ostateczności powalić na kolana zniszczeniem znacznej ilości siły żywej. Oczywiście o wiele prościej wygląda to na modelu niż w rzeczywistości, a walka nie mogłaby przeistoczyć się w zwykłe podkładanie bomb, czy zatruwanie żywności i wody, aczkolwiek nie można tutaj wyrzec się żadnej podłości, gdyż właśnie na tym polega wojna. Trzeba być bardziej podłym, okrutnym, morderczym i bezwzględnym od nieprzyjaciela. Coś takiego jak wojna humanitarna z użyciem „chirurgicznych narzędzi walki” to idiotyzm, prowadzący do ofiar po naszej stronie i braku zmiany w sytuacji strategicznej.

Podjęcie tego typu działań wymaga wyszkolenia odpowiedniej ilości żołnierzy, przystosowanych do walk typu partyzanckiego, opracowania metod walki i logistyki oraz zapewnienia wsparcia ze strony regularnych jednostek, jak również technicznych środków walki – umożliwiających zdobycie lokalnej-regionalnej przewagi, wszędzie tam gdzie podjęto decyzję o projekcji siły o każdym czasie, tak długo jak decydują o tym czynniki wojskowe.

Prowadzenie takiej wojny wymaga także innej filozofii w podejściu do ofiar, zarówno po stronie własnej jak i po stronie przeciwnika. Ofiary są konieczne, należy jakiś ich poziom zaakceptować. Inaczej nie ma, po co prowadzić wojny, lepiej się poddać oddając swoje domy, żony i dzieci nieprzyjacielowi kładąc głowy po topór, lub zapiąć sobie samemu kajdany niewolnictwa.

W warunkach wojny prowadzonej w telewizji i relacjonowanej w Internecie – zachodni poziom akceptacji ofiar własnych równa się zero. Akceptacja dla zabijania przeciwnika – o ile nie widać rozerwanych wnętrzności i spalonych ciał wrogów w telewizji – jest wyższa od zera. Jednakże w kontekście paradygmatu wojny humanitarnej, zabijanie np. cywilów może być powodem do stygmatyzacji całego kraju. W tym kontekście ofiary przypadkowe także nie są akceptowane, albowiem świadczą o nieumiejętności prowadzenia wojny w ramach zakreślonego powyżej paradygmatu. Problem jednak polega na tym, że na prawdziwej wojnie asymetrycznej nie ma cywilów, są tylko wrogowie chwilowo nieprowadzący działań wojskowych. To kwestia zmiany percepcji i postrzegania zjawisk w optyce wojennej. Nie ma miejsca dla mięczaków, albowiem jakiekolwiek zawahanie się oznacza śmierć i to własną a nie nieprzyjaciela.

Wniosek ostateczny – nie da się wygrać wojny, na której się nie zabija wrogów, tylko jest się samemu zabijanym, a poszczególne ofiary powodują brak zrozumienia dla prowadzonej wojny we własnym kraju.

W przypadku naszego kraju, dalsze uczestniczenie w wojnie w Afganistanie to zupełne marnowanie potencjału, zarówno finansowego jak i ludzkiego. Doświadczenia zdobyte w walce na pustyni i w górach nie mają znaczenia na naszym teatrze działań wojennych, poza ogólną sprawnością i gotowością wojska do bycia czymś ponad strukturą biurokratyczną. O ile oczywiście zdobyte tam doświadczenia nie zostaną zmarnotrawione. Powinniśmy na tyle umiejętnie się wycofać, żeby uniknąć wrażenia ucieczki, jak również braku kontroli nad otoczeniem. Jednakże wrażenia faktycznej porażki ogólno-strategicznej nie da się w żaden sposób zatrzeć. Będzie to miało duże znaczenie dla propagandy naszych tradycyjnych przeciwników, którzy upatrują w działaniach NATO powodów do wypominania nam porażki.

Na przyszłość, zanim gdzieś wejdziemy – trzeba się zastanowić, jakie mamy cele i czy osiąganie ich metodą militarną jest najbardziej optymalną metodą z możliwych. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o koszty, ale przede wszystkim prestiż. Oto mamy, bowiem sytuację, że pomimo ponad 10 lat prowadzenia wojny, najpotężniejszy sojusz militarny świata zachodniego – wycofuje się, mając świadomość, że nie udało mu się osiągnąć żadnych celów, a ład, który wprowadził pęknie jak bańka mydlana w kilka dni po wyjściu ostatniej jednostki bojowej.

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

5 komentarzy “Czy można wygrać wojnę asymetryczną na terenie wroga?”

  1. Struś
    24 września 2012 at 08:36

    Wygrać można, tylko trzeba być zdecydowany ją wygrać poprzez konsekwentne dostosowanie strategii do wymagań pola walki, infiltrację, inkulturację i determinację, gotowość poniesienia strat i ciężarów wojny….

    Obecnie elementem wojny asymetrycznej jest połowiczność środków i jakieś dziwne przekonanie, że wojną taką można wygrać przy pomocy przewagi technicznej….

    Drugą stroną medalu jest dostosowanie celów “zwycięstwa” do poziomu ofiar cywilnych. Im mniejsza liczba ofiar, tym długość konfliktu i zaangażowanie powinno być dostosowane do długoterminowego okresu działań….

    rzeczywiście, ponieważ ten termin jest dłuższy niż kadencja elementów władzy w systemach parlamentarno-wyborczych – może to byc rzeczywiście trudne….

  2. PZ
    24 września 2012 at 09:13

    Afganistan po raz kolejny pokazal, ze nie bez powodu nazywany jest grobowcem imperiow. Zachod wierzyl, ze jest lepszy i tym razem bedzie inaczej – czy jednak podobnie nie myslaly sily probujace podbic Afganistan w historii. O bezmyslnosci polskich elit wysylajacych zolnierzy na te hucpe juz nawet nie chce mi sie pisac.

  3. abandoninthedark
    24 września 2012 at 10:32

    Bardzo ciekawa interpretacja faktów, nieco pesymistyczna, ale ciekawa.

  4. czytelnik
    24 września 2012 at 16:23

    Nie można wygrać wojny w Afganistanie.
    Zabicie wszystkich tubylców też nic nie daje.
    Pozostanie wówczas pilnowanie pustego, pustynno-górzystego obszaru. Wówczas istotne staną się pytania:
    Po co?
    Przed kim?
    Za jaką cenę?
    Dlatego lepiej te pytania zadać sobie teraz i stamtąd wyjechać.

  5. Ryszard
    10 września 2013 at 23:20

    Trochę to dziwne, że pan Koziej wydalił z siebie tak znaczącą opinię tak późno, kiedy z cała pewnością i od dawna wiadomo, że misja NATO w Afganistanie sie nie bardzo powiodła. Nic to odkrywczego, że w Afganistanie nie da się wiele zrobić. Wystarczy poczytać troche historię tego kraju, próby okiełznania jego “plemion” i klanów, zapoznać się z pozycjami rosyjskimi nt. ich doświadczeń w tym przepięknym w zasadzie kraju. Dowodzący wojskami ISAF gen. McNeil powiedział “zabiliśmy w tym kraju tylu afgańczyków, że nie jesteśmy nawet w stanie ich policzyć, ale nie jesteśmy poprzez to ani krok bliżej zwycięstwa”. Misja nie daje zbyt wiele naszym żołnierzom, to prawda. Główny zysk to dobra praktyka we współdziałaniu z żołnierzami sojuszniczych armii, doskonalenie procedur procesu dowodzenia NATO, szlifowanie języka angielskiego. Ale czy to jest warte tyle ofiar młodych ludzi?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Wojskowość

Scroll Up