Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

19 lutego 2019

W trosce o język polski


 Nasza przestrzeń jest zaśmiecona naleciałościami i inwazją obcojęzycznych napisów. Należy odróżnić piękny zwyczaj polskiej tolerancji przejawiający się w promowaniu napisów wielojęzycznych na terenach mniejszości narodowych i etnicznych, napisy wielojęzyczne dla turystów w miejscach publicznych – będące w istocie koniecznym standardem, czy też przejawy globalizacji jak obcojęzyczne szyldy zagranicznych biznesów zlokalizowanych w Polsce – od naleciałości obcojęzycznych pożerających jak rak naszą kulturę, sztukę i czyniących Polaków nieznających języka obcego obywatelami drugiej kategorii.

Nie jesteśmy potęgą, język polski nie jest rozprzestrzeniony na świecie, poza miejscami zlokalizowania dużych skupisk Polonii lub autochtonów nie da się w nim porozumieć. W czasach I Rzeczpospolitej równouprawnionym językiem państwowym była Łacina. Obecnie jej rolę pełni język angielski, znacznie opanowując sferę publiczną na wielu płaszczyznach życia społeczno-gospodarczego.

W praktyce pytanie o znajomość języka obcego lub nawet języków obcych jest standardem, przy staraniu się o jakąkolwiek pracę w naszym kraju. Kelner, bileter, kasjerka w markecie, pracownik banku – wszyscy muszą wykazać się, co najmniej komunikatywnym poziomem znajomości, co najmniej jednego języka obcego – głównie angielskiego, aczkolwiek pożądane są także inne języki. Podobnie praca na bardziej wysublimowanych stanowiskach – głównie w międzynarodowych korporacjach nie jest możliwa bez znajomości języka współczesnego biznesu. Jeżeli się nie zna angielskiego – nie ma, po co aplikować na żadne poważne stanowiska w branży prywatnej, no chyba, że ktoś ma pecha i firma jest np. z Włoch, wówczas warto znać język większości kadry, aby się z nimi porozumieć.

W naszych miastach funkcjonują i doskonale się mają enklawy, gdzie w zasadzie w ogóle nikt w procesach biznesowych nie posługuje się językiem polskim – po angielsku wypełnia się sprawozdania, przygotowuje prezentacje, sczytuje dokumentację, przygotowuje dane do przesłania. Nie dotyczy to tylko i wyłącznie firm wyspecjalizowanych w tak modnym outsourcingu usług na rzecz ponadnarodowych koncernów. U tych pracodawców jest to podstawowe, a znajomość języka obcego jest fundamentem w ogóle jakiegokolwiek poruszania się, bo korporacyjnej rzeczywistości. O wiele gorzej jest, jeżeli firma działa w polskich realiach i świadczy obsługę na polski rynek, a wszystkie procesy w niej są obcojęzyczne. Takie przypadki także się zdarzają, aczkolwiek nie są powszechne.

Teoretycznie to, co się dzieje wewnątrz firmy, jest i powinno być przedmiotem regulacji tylko i wyłącznie pomiędzy pracodawcą a pracownikami. Wszelkie pola styczności reguluje Kodeks Pracy (przynajmniej w teorii). Kwestia tak delikatna jak przymus używania w realiach biznesowych języka kraju, w którym znajduje się dana lokalizacja biznesowa w ogóle nie jest regulowana przez nasze prawo – w tej dziedzinie panuje zupełnie wolna amerykanka. W wyniku, czego doszło do tego, że nawet na stanowiska urzędnicze – otrzymanie jakiejkolwiek pracy, nawet w referatach absolutnie niezwiązanych z żadnymi kontaktami z obcokrajowcami istnieje konieczność legitymowania się znajomością języka obcego.

Wszystko niby w porządku, jesteśmy gościnni, szanujemy mniejszości narodowe, uznajemy prymat interesów swoich zagranicznych szefów nad interesami własnymi – pozwalając im na dowolną organizację działalności. Powstaje jednak zupełnie marginalne pytanie – otóż, czy ten kraj nadal można nazywać Polską? Przecież niczym się to nie różni i powoli zmierza w kierunku wieków średnich, kiedy to mieszczaństwo miast polskich przynajmniej w połowie stanowili Niemcy i ludność napływowa z innych krajów – głównie zachodniej Europy. Żyli razem z Polakami, decydowali o wiodących relacjach gospodarczych, co więcej stanowili często podstawę lokalnych elit. Ale byli obcy. Polak, jeżeli chciał się z nimi porozumieć, musiał nauczyć się języka – majstra, pana, itd. Powodowało to, że tak naprawdę nigdy nie udało się nam spolonizować cywilizacji miejskiej, albowiem od zawsze stanowił ją element napływowy obcy.

W podobnym kierunku, jednakże nieco inną ścieżką zmierzamy współcześnie, albowiem nie ma żadnego powodu, dla którego miliony Polaków ma porozumiewać się w swojej pracy z innymi Polakami po angielsku! Nawet, jeżeli sobie tego życzy ich nie polski właściciel. Regulacja w tym zakresie powinna być banalna – rekrutacja na stanowiska pracy niewymagające kontaktu z obcokrajowcami za granicą nie powinna wymagać znajomości języków obcych. Musimy zagwarantować prymat języka narodowego na wszelkich szczeblach życia społeczno-gospodarczego, albowiem znowu obudzimy się (o ile już nie jesteśmy) w realiach, w których obcy ludzie będą decydować o naszych sprawach u nas – rozmawiając w swoich językach.

W zasadzie niby nie ma żadnego problemu, poza jednym – problemem z tożsamością. Wzorcem dla nas powinny być jak zawsze Niemcy, tam także istnieją ponadnarodowe korporacje, także zatrudniają ludzi z poza Niemiec, także pracują w międzynarodowym otoczeniu, ale nie znając języka niemieckiego – nie ma się tam w ogóle znajomych. Po prostu, czyj język, tego kultura, czyja kultura ten dominuje, a kto dominuje ten rządzi. My już ani kultury, ani języka, a poza tym jakoś tam będzie i w ogóle nie ma, na co narzekać.

Język ojczysty nie może być zagrożony bądź nawet marginalizowany! Dajmy pierwszeństwo polszczyźnie! Wszędzie i zawsze, ale nie tak jak w tym starym dowcipie o góralu, który nie mógł się dogadać z turystą znającym siedem obcych języków… z wyjątkiem polskiego. Przede wszystkim trzeba znać języki potencjalnych wrogów.

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

3 komentarze “W trosce o język polski”

  1. PZ
    19 września 2012 at 09:05

    Problemu braku asertywnosci i kompleksu wobec zachodu nie da sie moim zdaniem uregulowac ustawa. W Holandii, Szwecji, Danii porozumiec sie po angielsku potrafi kazdy – sprzataczka, konduktor, kasjerka. A i tak szanuja sami siebie i gdy nie ma potrzeby mowia w swoim jezyku. Czy Polska nie zyskalaby w konkurencyjnosci, gdyby takze kazdy potrafil sie porozumiec po angielsku? Moim zdaniem tak, tyle ze obecny sposob nauczania do tego nie doprowadzi. Co do znajomosci jezyka potencjalnych konkurentow to jak najbardziej. Niemiecki to jeszcze jakos, ale rosyjski to dla pokolenia po ’89 egzotyka – co jest duzym bledem naszych elit.
    Do Niemiec sie nie ma co porownywac, oprocz wielu zagranicznych korporacji, maja po prostu wiele swoich wlasnych, a przede wszystkim elity nie sa sluzalcze, a spoleczenstwo sie szanuje.

  2. indoor
    20 września 2012 at 08:14

    W naszych realiach, ludzie szybko by zapomnieli własnego języka i mówili po obcemu, już tak było w XIX wieku, gdy elita – magnateria i bogacze posługiwali się francuskim. Pan myli pojęcie nauczania i znajomości języków z kwestią ochrony języka narodowego jako języka funkcjonalnego podnoszoną słusznie przez autora.

    • PZ
      20 września 2012 at 17:19

      Nigdzie nie napisałem, ze kwestia ochrony języka nie jest słuszna. Po prostu stwierdziłem iż odgórnie nie widzę możliwości nakazania tego. Historia zaiste pokazała ze asertywni jako naród nie jesteśmy. Natomiast obecnie latwiej w knajpie porozumieć się po angielsku z kelnerem, niż z większością posłów z polskiego Sejmu. W tym sensie powtórki z historii się nie spodziewam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Kultura

Scroll Up