Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator polityczny on Google+RSS Feed

23 kwietnia 2017

Wilkiem do lasu XXII


 Parne dni

Kilka ostatnich dni przyniosło sporo deszczu. Szczególnie padało nocami. Bywały też przepiękne burze. Hałaśliwe, ostre, trwożne, tajemnicze, widowiskowe. Rzadko zdarza się porządna burza w mieście. Miasto zazwyczaj odpycha burze. Poza tym w mieście widać niestety niewiele. Miasto zasłania sobą widok na porządną burzę. Zasłania i osłabia efekt bijących piorunów.

Błyskało i grzmiało dobre pół nocy. I to całkiem blisko. Naprawdę bardzo blisko. Solina próba nerwów dla tych, co za burzą nie przepadają i raczej przyjmują ją z trwogą. Ale co tam, było – minęło. Nadszedł dzień. Ciepły, parny. Podeszczowy. W zasadzie pochmurny z nielicznymi przebłyskami słońca, któremu niekiedy udawało się przedrzeć przez zasłonę chmur. Dobre i tyle. Zawsze to jakaś odmiana w podeszczowym świecie.

Rano chłodno. Potem coraz cieplej i cieplej, aż całkiem upalnie popołudniami. No, chyba że sobie popadywało. A popadywać lubiało było. Oczywiście nie cały czas było popadywało sobie. Nie non stop. Nie bez ustanku. Korzystając z przerw w opadach spacerowałem z dzieciaczkami. W pobliskiej okolicy spacerowałem. Na wszelki wypadek nie za daleko, gdyby znów miało się rozmięknąć i trzeba było się szybko do domu ewakuować.

Ślimak, ślimak i jeszcze ślimak

Pogoda nieco jakby pod psem. Nie, żebym ja coś do jakiegoś psa miał. Ale tak jakoś nos na kwintę z powodu tej nadmiarowości deszczowej. Wciąż cosik jakoby w powietrzu wisiało. Coś jakby miało lada moment się rozemżyć, rozmoczyć, rozpadać. Pofotografowałbym sobie ptaki, ale wzięły się i jakoś pochowały. Nie wykazują ochoty do bliższej współpracy na dziś. Trudno. Trzeba rozejrzeć się czymś innym. Tylko co by tu w zamian?…

I proszę. Jest. Szedłem właśnie chodnikiem. Mijałem jeden dom po drugim. Przy jednym z nich żywopłot inny niż pozostałe. Mocno przycięty, przerzedzony. Poza tym zupełnie zwyczajny, powszechny w sumie. Tylko owo przycięcie go wyróżniało od innych w całej najbliższej okolicy. Pewnie właśnie to sprawiło, że właśnie ten, a nie żaden z pozostałych stał się ostoją ślimaków.

Ileż ich tu było! Jeden na drugim niemal. Małe, duże i pośrednie. A do tego zupełni malusieńkie i naprawdę wielgaśne. Różne gatunki. I całkiem maluśkie, takie że ledwo dostrzeżesz i to tylko, jeśli skupisz się na ich dostrzeganiu. No i wiesz, gdzie dostrzegać. Toż to całe miasteczko ślimacze. Drzewko ślimacze. Ślimaczy krzew. Jadłodajnia jakby ślimacza. Do wyboru, do koloru, do rozmiaru. Jedne wyglądały na śpiące. Owszem, wspięły się na te gałązki, ale nic poza tym. Spały zwinięte w skorupce przyczepionej do pędu. Może zmęczone wędrówką ucięły sobie teraz dotarłszy już na miejsce solidną drzemkę przed popasem. Inne – przeciwnie. Ochoczo podróżowały to w tę, to w inną stronę. Jedne na wprost w jakimś tam kierunku. Inne jakby po zakręcie oglądały się za siebie. Może zamierzają zawrócić? Może im tu za tłoczono i szukają samotności?

Porobiłem całkiem sporą serię zdjęć. W drogę. Nie mogę przecież stać cały dzień przy jednym żywopłocie. Wyglądałoby to dziwnie i podejrzanie. Poza tym niespokojne dzieciaczki wyraźnie domagały się spaceru. Czas w drogę.

Szanuj ślimaka

2014.06.11
Poznań

on nie byle kto
nie byle pierwszy lepszy
nie w kij dmuchał
to nie jest taka zwykła łazęga
co przez trzy lata wspina się po murze
by przedrzeć się w końcu na drugą stronę

ślimak jest zapobiegliwy
ślimak wszystko ze sobą nosi
ślimak nigdy nie biega w pogoni za kasą
ślimak zawsze w domu na czas
ślimak jeśli trzeba poczeka

szanuj ślimaka tak trzeba
ślimak jest jaki każdy widzi
a kto nie widział niechaj zaraz się pospieszy
on wiele ma na głowie
on na swym grzbiecie dobytek dźwiga życia
i pomimo tego ciężaru
wciąż naprzód śmiało kroczy

Adam Gabriel Grzelązka

O, znowu ślimak

Jak się tak uważnie rozejrzeć, to ślimaków wszędzie co niemiara. Cały świat dookoła dosłownie pełza z domkiem na grzbiecie. W innym miejscu napotkałem całe stado winniczków. I to nie jakieś małe, niewydarzone ślimaczki, ale ogromniaste wyrośnięte ślimaczyska. Jedne spacerowały ścieżka, którą przejeżdżałem z wózkiem. Trzeba było lawirować, aby ich niepotrzebnie nie porozjeżdżać. Inne wychylały się właśnie z pobliskich traw. Albo wspinały na najrozmaitsze łodygi. Jeden z napotkanych wyglądał tak, jakby całą głową zanurzył się w pękającym paku rozkwitającego właśnie mlecza. Korciło mnie nawet, aby złapać go za muszlę i sprawdzić, czy to tylko złudzenie, czy rzeczywiście się wgryzł w ten jeszcze nie do końca otwarty pąk. Ale się powstrzymałem. Co będę o od jedzenia odrywał.

Wilgoć sprawiła, że ukrywające się w słoneczne, ciepłe dni ślimaki, teraz były wszechobecne. I chętne do sesji fotograficznej. Fotografowałem je na ziemi, wśród traw i liści. Także na badylach zeszłorocznych bylin. Były i takie, co wspięły się na drzewa czy kamienie. Normalnie trzeba się było ich naszukać wstając wcześnie rano, po rosie. Ale nie teraz. Deszcze wszystko nasączyły, a choć gorąco, parno i duszno, słońce niczego nie wysuszało, bo było niemal cały czas przysłonięte chmurami. Wymarzona pogoda jak widać na ślimacze wędrówki.

Poznań, 2014.04.25
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , , , , , ,

One Response “Wilkiem do lasu XXII”

  1. Sasanka
    10 kwietnia 2017 at 05:34

    Ślimak, ślimak pokaż rogi!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Kultura

About Adam Grzelązka,

Scroll Up