Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

23 października 2017

Wilkiem do lasu LXXXII


 Świeży śnieg

W nocy spadł śnieg. Całkiem obficie padało. Sypało do późna w nocy. Jednocześnie robiło się stopniowo coraz cieplej. Rano wszystko było białe. Jednocześnie widać było, że śnieg jest ciężki, nieomal ocieka wodą. Po niedawnych mrozach sięgających nocą kilkudziesięciu stopni, dziś nagle przyszło ocieplenie. Jest lekko powyżej zera. Niewiele, ale dobre i dwa stopnie.

Dla śniegu oczywiście to zabójcze. Wcześnie rano wybraliśmy się całą trójka na spacer. Wszystko po to, aby nacieszyć się świeżym śniegiem. Póki jest i póki wygląda nadal jeszcze wspaniale. Za kilka godzin, być może już popołudniem, niewiele z tego piękna pozostanie. Wszystko przez ową dodatnia temperaturę. Ponieważ na razie nie pada, topnieje i ubywa to, co spadło nocą. I to w oczach.

Poza tym ludzie też rozdeptują biel buciorami. I rozjeżdżają autami. Na brudną chlapiącą burą breję. W wielu miejscach już zmienił się w mokrą ubłoconą ciapę. Tymczasem pojechaliśmy do pobliskiego lasu. Jest nadzieja, że tam śnieg jest zasadniczo nieruszony. Żeby jednak się tam dostać, musieliśmy z przystanku przejść pewien odcinek skrajem pobocza całkowicie zababranego podtopionym brunatnym od brudu śniegiem. Chlap, chlap, chlap. Ciap, ciap, ciap.

Dziś na spacerze

2015.01.14
Poznań

gdyśmy jeszcze
z dala byli od domu
deszcz niespodzianie
nas zaskoczył

wyszliśmy właśnie
zza rozpadliska jakiegoś domu
gdy pierwsze ciężkie krople
padły nam na twarze

nikt się deszczu tego
nie spodziewał o tej porze
gdy wokół słońce dniem zmęczone
nisko nad ziemią się pokłada

wiatr jednak dziś swawolił do woli
wiatr to rósł w siłę to cichł pomału
w potęgę się stroił biegał w każdą stronę
aż chmurę deszczową nad nas nadgonił

Adam Grzelązka

Święto śniegu

W tym roku zima jest tutaj u mnie w Poznaniu wielce uboga w zimę, dlatego każda chwila, każdy dzień, w którym pojawia się nowy śnieg, choćby w śladowych ilościach, jest wydarzeniem na miarę całej zimy. Pada niestety z rzadka i nigdy jak dotąd nie spadło tego upragnionego śniegu zbyt wiele.  Wkrótce też to, co spada, topnieje i zanika. Pozostają jedynie śladowe jego ilości tu i tam. Ciut tu, ciut tam. Nieco tu, nieco tam. Trochę tu, trochę tam. W niektórych miejscach śnieg został porządnie udeptany przez spacerowiczów i zamienił się w zlodowaciałą skamienielinę. Wytrzyma bez problemu do wiosny. (Nie wytrzymał – przyszło piękne ciepłe przedwiośnie i pozamiatało wszelkie ślady zimy).

Bardzo lubię świeży śnieg. Bardzo lubię, gdy jesienna czerń i szarość zaczynają niknąć pod bielą śniegu. Im go więcej, tym świat staje się piękniejszy. Radośniejszy. Szczególnie, gdy potem wychodzi słońce i rozświetla swym blaskiem całe otoczenie.

Dziś jest tylko śnieg. Słońce nie za bardzo jest w stanie się przebić przez chmury. Jedynie próbuje. Czasem mu się to nieznacznie udaje, przeważnie jednak ponosi klęskę.

Jest ślisko. Przystaję, aby założyć raki. Kupiłem niedawno takie specjalne nakładki, dzięki którym mam dużo lepszą przyczepność do śniegu i lodu. Wreszcie nie muszę się obawiać, że się poślizgnę i upadnę. To dość tani model i zapewne nie wytrzyma dłuższej eksploatacji. Ale może dożyje końca zimy. (Dotrzymały jej końca – nie były po prostu nazbyt często używane, nie było potrzeby.) Jeśli nadal będzie popadywać tak rachitycznie to w ogóle może się okazać, że nie będę ich zbyt często używać. Muszę się przyzwyczaić do chodzenia w nich. Daje się po niewielkiej wprawie zupełnie o nich zapomnieć. Byleby tylko porządnie je założyć, bo źle naciągnięte maja tendencje do ześlizgiwania się z butów. No i koszmarnie chodzi się w nich po asfalcie czy chodniku, gdzie nie ma śniegu ani lodu.

Podjeżdżamy autobusem kilka przystanków. Potem idziemy najpierw wzdłuż Stawu Młyńskiego. Potem wchodzimy na aleję, która okala tutejsze bagno. Wracamy brzegiem Stawu Browarnego.

Po drodze robię tu i ówdzie jakieś zdjęcia. Jest umiarkowanie zimno. Świeży śnieg lepi się do butów, przykleja do nich utrudniając nieco chodzenie. Nie ma wiatru. Ale ciągnie po jakimś czasie w stopy od zmarzniętej ziemi dodatkowo schłodzonej świeżym mokrym opadem. Trochę nam przemiękły na tym spacerze nogi. Szczęściem obyło się bez kataru.

To był długi wspaniały i wyczerpujący spacer. Zeszło nam więcej czasu niż normalnie, bo świeży lepki śnieg utrudniał nam nieco poruszanie się. Była okazja nacieszyć się choć odrobiną zimy. Nim zniknie. Nim stopnieje.

Zmęczeni rozbieramy się w domu i raczymy ciepła herbatą. A potem dzieciaczki idą spać. A ja udaje się na poobiednią drzemkę.

Poznań, 2017.01.12
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , , , , , , ,

2 komentarze “Wilkiem do lasu LXXXII”

  1. d22
    30 marca 2017 at 06:06

    Piękna sikorka!

  2. Kilimandżaro
    30 marca 2017 at 15:47

    To nie jest sikorka, to trel zlocisty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Kultura

Scroll Up