Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

21 listopada 2017

Obrazki z ZSRR (cz.8)


Russian Abacus Domena publiczna, Wiki Commons

Z Leningradu wyjechaliśmy wraz ze świtem, mając nadzieję na dotarcie przed zmrokiem do Wilna. KONIECZNIE chcieliśmy zobaczyć to miasto, znane nam z rodzinnych opowieści i legend – wszak podobno jeden z przodków był burmistrzem tego pięknego miasta Stracone godziny na posterunku w Pskowie zburzyły całkowicie nasze plany. Dzień był piękny i bezchmurny, jechaliśmy ile koniki w Trabancinie mogły pracowicie wybiegać.

W drodze, gdzieś za Dyneburgiem zatrzymaliśmy się na jednym z wielu parkingów z małym polem biwakowym, tuż nad pięknym jeziorem. Oczywiście, wzbudziliśmy sensację wśród kilku tirowców, szykujących posiłki i najwyraźniej zamierzającym tam nocować właścicieli kilku aut prywatnych. Namawiali nas na nocleg w tej pięknej okolicy, wątpiono czy znajdziemy miejsce w jakimś hotelu w Wilnie do którego pewnie dotrzemy po północy…

Pojechaliśmy jednak dalej, żegnani przez życzliwych ludzi. Do Wilna dotarliśmy gdzieś przed 23-cią. Stanęliśmy na jakimś dużym parkingu przy dworcu kolejowym. Wzbudziliśmy oczywiście zainteresowanie kilku taksówkarzy. Był też jakiś obywatel z dalekiej Moskwy, który szykował się do noclegu w swojej Wołdze, gotując na prymusie ustawionym na krawężniku wrzątek na herbatę dla rodziny w aucie. Wskazano nam nieodległy hotel, w którym oczywiście nie tylko, że nie było miejsca, za to wyrażono bezbrzeżne zdumienie faktem, że cudzoziemcy chcą ot tak dostać pokój. Bez rezerwacji, vouczerów i innych dokumentów. Na nasze prośby obdzwoniono możliwe miejsca noclegowe i okazało się że tak jest wszędzie. Jakiś taksówkarz podpowiedział nam że warto podjechać do takiego hotelu robotniczego na peryferiach. Pojechaliśmy i nawet trafiliśmy dobrze do celu. Szefowa nie mogła wyjść ze zdumienia słysząc nasza prośbę o możliwość przenocowania, ale pieniądze i chyba nasze zmęczone twarze ją przekonały do wpuszczenia nas do dwuosobowego, niezwykle skromnego i małego pokoju. Warunek był jednak taki, że skoro świt, zanim przyjdzie druga zmiana obsługi tego „hotelu” – mamy się po cichu wynieść. Tata bohatersko spał w aucie na parkingu, my z Mamą w niezwykle spartańskich łóżkach…

Gdzieś przed godziną siódmą rano, w dniu 1 września zaparkowaliśmy nasz pojazd w centrum Wilna. Na ulicach, na przystankach autobusowych grupki osób, udających się do pracy. Pierwszy szok – wszędzie słychać polski język – wszędzie dochodzi „dzień dobry” lub „szczęść Boże”.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do Ostrej Bramy. Kolejny szok. Do kaplicy ostrobramskiej ciągną tłumy młodzieży odświętnie ubranej w białe koszule lub bluzki i granatowe spodnie lub spódnice. Stajemy wraz z wszystkimi. Msza po litewsku, ale wszędzie słychać polski język. Pieśni kościelne wszyscy śpiewają po polsku a do dziś niezwykle żywe wspomnienie odśpiewanego przez tłum młodzieży pieśni „Boże coś Polskę” – jeszcze teraz jeży mi włosy na całym ciele.

Cały dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Wilna, bardzo wtedy zaniedbanego miasta. To znaczy nowe osiedla były piękne i nowoczesne, architektura zarówno bloków jak i domów prywatnych była zachwycająca, było czysto i schludnie, ale centrum – starówka – chyba nie remontowana od przedwojnia. Jedna z zabytkowych budowli – o ile pamiętam prawosławna cerkiew była w remoncie prowadzonym przez nasz, polski PKZ.

Byliśmy i u serca Marszałka i w Katedrze i w cudownym kościele św. Anny. Wałęsaliśmy się po mieście, kilka razy zaczepiani przez wiekowych mieszkańców, którzy słyszeli jak ze sobą po polsku rozmawiamy. Wciągali nas w jakąś bramę i ze łzami w oczach prosili by z nimi po polsku porozmawiać…

Zajrzeliśmy do kilku sklepów by odnowić zapas jedzenia na drogę. Zaopatrzenie w warzywa dużo lepsze jak w Leningradzie. Cudowny, „polski” chleb – choć „leningradzki” też był wyśmienity, chyba lepsze zaopatrzenie w sklepach mięsnych niż w Północnej Stolicy. Za to zupełny brak liczydeł!

Tu muszę „wrócić” do Leningradu, gdzie zdumiewało nas, że we wszystkich sklepach, mimo istnienia kas takich jak w Polsce, wszędzie liczy się na liczydłach!

Jak szedłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej, to w skład „wyprawki tornistrowej”, prócz pióra, kałamarza, nożyczek, kredek, farbek – było liczydło. Mieliśmy na nim może jedną lekcję – wiedziałem ogólnie tak jak każdy do czego to urządzenie służy.

W Leningradzie miałem okazję zobaczyć „toto” w akcji. I to jakiej! Biegłość kasjerek w liczeniu sum za zakupione towary była nieprawdopodobna i mógłbym godzinami patrzeć na tę magię…

Podejrzewam, że ówczesna kasjerka szybciej by policzyła na liczydle sumę za stos zakupów niż współczesna jej koleżanka z hipermarketu korzystająca ze współczesnego skanera kodów kreskowych.

Mama uzupełniła w kiosku swój zapas papierosów a Tata kupił gazetę, która chyba do tej pory znajduje się gdzieś w rodzinnych zbiorach. Gazeta była po polsku, nazywała się bodajże „Czerwony Sztandar” i było to specjalne wydanie z okazji 1 Września. Sprawy rocznicy wybuchu II Wojny Światowej były poza krótkim wstępniakiem na kolejnych stronach.

Najważniejsze w tym wydaniu było rozpoczęcie roku szkolnego! Zadziwiający nas zupełnie, był wielki artykuł poświęcony temu, że polska młodzież nie chce się uczyć rosyjskiego!

Z opisów kilku przypadków przytoczonych przez autora wynikało, że polska młodzież w ówczesnych szkołach Litewskiej Republiki Radzieckiej może uczyć się po polsku od podstawówki aż do studiów zupełnie nie znając języka Puszkina. Bo jest wiele szkół podstawowych z językiem polskim, są szkoły średnie które można skończyć nie znając rosyjskiego a nawet są wydziały na Uniwersytecie i Politechnice które można skończyć także ucząc się tylko po polsku. Zresztą, błąkając się po Wilnie trafiliśmy w okolice Uniwersytetu, gdzie faktycznie słyszeliśmy tylko polski język!

Autor artykułu o którym piszę, ubolewał nad faktem nieznajomości języka rosyjskiego przez polską młodzież, gdyż język rosyjski jest konieczny by zdobyć pracę, szczególnie tę lepiej płatną. Sugerowano, że polscy absolwenci bez znajomości języka mają spore problemy uzyskania pracy na terenie Litwy, bo „rynek pracy” jest tam ograniczony, przy czym istnieją możliwości uzyskania dobrej pracy poza Litwą Radziecką. Ale warunkiem koniecznym jest dobra znajomość języka. Czyli kółko zamkniętych niemożliwości…

Ten artykuł był wielokrotnie odczytywany na imprezach „popowrotnich” i zawsze budził ogromne zdumienie wśród znajomych moich Rodziców…

Wczesnym popołudniem wyruszyliśmy z przepięknego Wilna w kierunku Lidy, gdzie kierował nas „list polecający” od Tadeusza, który miał nam ułatwić drogę do naszej granicy.

Wjazd od północnej strony na Wileńszczyznę był wzruszający. Krajobraz z płaskiego niemal pozbawionego drzew, jeżeli nie licząc gęstych krzaków wysadzonych wzdłuż dróg, chyba jako przeciwśnieżne bariery, nagle stawał się lesisty i pofałdowany.

Koniec lata, słońce, krajobraz i bogactwo kolorów szykujących się do jesieni drzew, nieodparcie nasuwało myśl że jesteśmy na Mazurach. Wąskie, kręte, leśne drogi, stare domy drewniane które nie wiem czemu przypominały jakoś nieodparcie nasze budownictwo podhalańskie, powodowały nieodparte przekonanie że jesteśmy u siebie w domu, w Polsce…

Tags: , , , , ,

3 komentarze “Obrazki z ZSRR (cz.8)”

  1. Labrador
    27 marca 2017 at 06:03

    Liczydło to poważne urządzenie, założe się że dzisiaj większość młodziezy nie umiałaby z niego skorzystać.

  2. jestem ciekaw czy pan Bóg błogosławi tobie
    27 marca 2017 at 10:37

    U mnie w sklepie w Legionowie było takie liczydło. Sprzedawczyni umiała na nim przeliczać z funtów na kilogramy. To było fascynujące. Dziś to już historia.

  3. Tadeusz
    25 kwietnia 2017 at 17:15

    Ciekawe czy obecnie na Litwie wychodzą gazety po polsku i czy jeszcze w Wilnie słychać język polski?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Historia

Scroll Up