Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

20 października 2017

No i stało się


 Telefon

Byli akurat na placu zabaw. Niemrawy spokój przedpołudnia przerwał brzdęk telefonu. Numer nieznany. Któż tam się dobija.

Od słowa do słowa sprawa zaczęła się wyjaśniać. Otóż wczoraj w nocy policja przywiozła małego do domu dziecka. Na skutek nocnej interwencji. Szczegóły nie były znane, a to co było wiadome, nie do końca pozostawało pewne. Sporo domysłów. Jeszcze więcej znaków zapytania. I pomyśleć, że ledwo dwa tygodnie temu mały powrócił decyzją sadu do swego ojca. Co prawda nadal pod nadzorem kuratorskim, ale mimo wszystko jego sytuacja zdawała się prostować i wszystko iść dobrą drogą ku lepszemu.

Co prawda już wówczas jakieś przeczucie podpowiadało, że coś jednak jest na rzeczy i że prawdopodobnie wkrótce cała sprawa się wysypie. Ale było to jedynie mgliste niczym nie poparte przeczucie. Ostatnie tygodnie i miesiące nie wskazywały, żeby miało dojść aż do takiej zapaści. Tym bardziej tak szybko.

W nocy

Tymczasem jak grom z jasnego nieba ta wiadomość: dziecko zostało przywiezione w nocy do domu dziecka i tam umieszczone z powodu niemożliwości zajęcia się nim przez jego własnego rodzica. Informacje niestety były bardzo skąpe i nadal nie było wiadomo, co właściwie się wydarzyło i jakie były przyczyny, ani co takiego stało się z ojcem.

W każdym razie dzieciaczkowi nic już nie zagraża. Jest cały i zdrowy. Nie doznał żadnego uszczerbku na zdrowiu. Poza oczywistą traumą psychiczno-emocjonalną. Tego jednak nie da się uniknąć. Aby dziecko chronić, musiała je policja zabrać i oddać pod opiekę placówki. Gdyby wszystko to zaszło jeszcze przed rozprawą, mały zostałby odwieziony nie do domu dziecka, a tutaj, na powrót do Pogotowia Rodzinnego. Do momentu rozprawy ojciec jednak zachowywał się względnie poprawnie i mimo różnych niewielkich niedomagań wydawał się powoli wdrażać w obowiązki tacierzyńskie. Teraz sprawa się rypła. Dość szybko po rozprawie. Bardzo szybko. Skąd ta zapaść? Co tak naprawdę się tam wydarzyło?

Pytania bez odpowiedzi

W ruch poszedł telefon. Masa pytań i żadnych odpowiedzi. Co właściwie się wydarzyło. Może jakiś wypadek? Może załamanie psychiczne, depresja? A może alkohol, lub co gorsza znowu narkotyki? Niby nie miał z tym już problemów, odwyk przeszedł pozytywnie i ochoczo. To jednak w człowieku pozostaje już do końca życia i czasem niewielka iskierka, z pozoru bez znaczenia, pozwoli ponownie wyzwolić ten druzgoczący ciąg zdarzeń. Z nałogiem niestety należy już potem walczyć do końca życia. I nie jest to walka łatwa.

Telefon nie odbiera. Oddzwoniła za to po kilku nieodebranych połączeniach matka. Nie, nie dziecka. Ta pozostawała nieznana. Opuściła szpital zaraz po urodzeniu dziecka i to ojciec odebrał stamtąd małego. W papierach wpisane ma NN – matka nieznana. Znaczy niby znana, ale od samego początku wiadomym było, że wszelkie podane przez siebie ustne dane były przez nią zmyślone i w kilku odmianach. A papierów przy sobie żadnych nie miała. Nie potrafiła wylegitymować się żadnym dokumentem i jedyne co po sobie pozostawiła, to nazwisko i imię ojca. Ten jednak nie miał pewności, kim była owa kobieta. Przyszedł, bo dostał od niej SMS. W papierach szpitalnych się zgadzało. Zatem to niby on jest ojcem według niej. Dziecko mimo wszystko zaakceptował, a późniejsze badania DNA potwierdziły ojcostwo.

Próbował małym się zająć, ale po krótkim radosnym starcie zaczęło mu to ciążyć i przestawał sobie dawać radę. Czasowo dzieciaczek został mu odebrany, a sąd nakazał mu przejść przez kolejny odwyk, co też był uczynił i to niezwłocznie. Później dostał zgodę na zabieranie małego na weekendy. Potem na własną prośbę dzieciaka dostał na dłużej z obowiązkiem pojawiania się co kilka dni na okazanie i kontrolę, czy sprawowana przezeń opieka jest wykonywana adekwatnie i pieczołowicie. I tak też było. Znaczy, w porządku, poprawnie, akceptowalnie, ojcowsko. Kurator również nie miał większych zastrzeżeń.

Pod rąbkiem tajemnicy

Coś jednak musiało się zdarzyć. Odezwała się w słuchawce jego matka. Babcia dzieciaczka. Wiedziała już, że coś się wydarzyło, ale jeszcze nie znała szczegółów. Niestety ze względu na jej stan zdrowia nie miała absolutnie żadnych możliwości zaopiekowania się wnukiem. Nie żeby jakoś bardzo mocno ową chęć deklarowała. Niemniej ani jej warunki socjalne (maleńka kawalerka, niska renta), ani mocno nadwyrężone zdrowie nie dawały jej szans i możliwości przyjęcia dzieciaka pod swój dach. Nie dałaby rady i była tego świadoma.

Kolejne godziny napięcia i oczekiwania powoli rozjaśniały sytuację. Nastąpiło jakieś załamanie psychiczne, pojawił się alkohol, być może narkotyki. Lub przynajmniej jakieś przedawkowanie lekami. Ze względu na swoją pracę ojciec najmował dla małego niańkę. I to prawdopodobnie ona powiadomiła policję o zaistniałej sytuacji. W każdym razie matce udało się namierzyć syna w jednym ze szpitali na toksykologii, gdzie umieściła go policja.

Niepotwierdzone póki co informacje mówiły, że policja przy zatrzymaniu użyć musiała siły i kajdanek, gdyż był nie do opanowania i stwarzał poważne zagrożenie dla otoczenia. Może coś zaszło w jego pracy. Może podłamał się psychicznie po niedawnym rozstaniu z dziewczyną, z którą dotychczas się spotykał. Wydawało się, że związek ten ma przyszłość i dziewczyna wywiera na niego wpływ całkiem dobry. Nadal nic nie było wiadomym na pewno i do końca, a napływające informacje zdawały się czasem sobie przeczyć lub się nawet wykluczać. Zależnie, kto był ich źródłem, mówił o tym, że był alkohol. Albo że narkotyki. Albo że przedawkowanie leków. Że była kłótnia, bijatyka. Że jakaś libacja. Że taki już z pracy. Co opowieść, to inna wersja. A może żadna nie jest prawdziwa? A może każda po części?

Zaprzepaszczona szansa

Szanse na to, że dzieciak z nim pozostanie spadły w tym momencie do zera. Gdy dojdzie już do siebie, gdy do trze do niego z pełną świadomością ta wiedza o tym, co właśnie zaszło, jest podejrzenie – tak przynajmniej uważa jego matka – że może nawet próbować targnąć się na jego życie. Chciałaby umieścić go w psychiatryku na leczenie, na obserwację, na wszelki wypadek, połączone z doraźną terapią krótkoterminową. Dotychczas to wystarczało.

Póki co kupiła bilet na pociąg i jest w drodze. Pomimo wszystko ruszyła na ratunek, choć czuła ze to i tak niewiele da, ze to niczego już nie zmieni i do nikąd nie doprowadzi. Dotrze jutro po południu i wtedy się okaże. Byleby tylko szpital nie wypisał jej syna przedwcześnie na jego osobiste żądanie. Bo wtedy pozamiatane i trudno przewidzieć, co będzie dalej. A właściwie to wiadomo z góry, co będzie. Jak zawsze, jak uprzednio, jak po wielokroć wcześniej. Wpadnie w cug, sięgnie po mocniejsze dragi i na koniec utopi się, powiesi albo w końcu skutecznie zatruje prochami. Albo rzuci pod samochód, jak kilka lat temu, na szczęście nieskutecznie, już próbował. To właśnie wtedy po praz pierwszy jako nastolatek wylądował na parę miesięcy w psychiatryku. Potem, przez kilkanaście kolejnych lat powracał tam jeszcze kilkakrotnie, na kilku dniowe lub kilkutygodniowe terapie zapobiegawcze.

Trudy tacierzyństwa

Ostatnie od pół roku był stabilny i powoli rozbudzał się w nim instynkt rodzicielski. Początkowo był dzieciaczkiem zachwycony i z radością zabrał go ze szpitala do domu, po tym jak pojawiła się u niego policja z informacja, że właśnie został ojcem. Wiedział już o tym z SMS, ale nie od razu poczynił jakieś kroki w stronę dziecka. Trochę cieniem padało nań to, że nie miał bladego pojęcia, kto mógłby być matką jego w końcu dziecka. Opis, jaki mu przedstawiono absolutnie nic mu nie mówił. Zapewne była to jedna z jego licznych wielce przelotnych miłostek. Niemniej postanowił się wybrać do szpitala. A tam podjął decyzję o zaopiekowaniu się dzieckiem.

Koniec końców dzieciaka przygarnął i uczył się nim opiekować. Problemy pojawiły się po paru miesiącach. Jakieś zmęczenie materiału u niego nastąpiło. Po pierwsze, chodził notorycznie niewyspany. Naturalną rzeczą jest, że tak maleńki bobas musi co kilka godzin jeść. Także w nocy. I nie ma zmiłuj, trzeba w tym okresie dostosować swój rozkład dnia do potrzeb niemowlaka. Tymczasem on mając już tego dość, prosił nawet lekarza o jakieś środki usypiające dla dziecka, by mały przesypiał nocki i dał mu wreszcie święty spokój. Był to jeden z sygnałów, że coś jest nie tak. Na szczęście żadnych poważniejszych zaniedbań się nie dopuścił. Po prostu nie dawał rady i zaczął uciekać od swoich obowiązków.

Opieka zaczęła go przerastać. Wtedy chłopczyk trafił do pieczy zastępczej. A on na odwyk. Ale pozbierał się jakoś i to dość szybko. Owszem, jakieś niedociągnięcia były zawsze. Wciąż trzeba mu było o czymś przypominać, do czegoś zachęcać, ku czemuś popychać. Ale jako tako to działało. Na tyle sprawnie, że gdy dostał szansę ponownego zajęcia się własnym dzieciaczkiem na dłuższy czas, wyszedł z tej próby zwycięsko. Mimo wszystko. Gdy jednak zabrakło tego głosu doradczego i kontroli zewnętrznej, coś puściło, coś co zbierało powoli gdzieś pod powierzchnią, właśnie wybuchło ze zdwojoną siłą i znalazło ujście w tym zdarzeniu ze wczoraj.

Niepewność jutra

Co dalej, trudno powiedzieć. Dzieciak pewnie pozostanie w domu dziecka. Kto wie, czy ostatecznie sąd nie zdecyduje się jednak trwale pozbawić ojca praw i mały nie trafi do adopcji. Inny wariant, o ile on sam zechce poddać się długotrwałej terapii jest taki, że mały pozostanie w ośrodku, skąd może z czasem trafi do jakiejś rodziny zastępczej, z nadzieją, że może za kilka lat ojciec dorośnie do tego i na tyle się pozbiera i utwierdzi w swych siłach psychicznych, że kiedyś do niego mały wróci i znów będą razem, znów będą rodziną. Praktyka pokazuje jednak, ze takie rozwiązanie wymaga ogromnej pracy nad sobą i przeogromnego samozaparcia. A w jego sanie obecnym z tym samozaparciem jest obecnie co najmniej kiepsko, jeśli nie wręcz tragicznie. Byś może z tej szansy ponownego odzyskania syna za kilka lat nie zdoła nigdy skorzystać. Nigdy nie będzie gotów. Nigdy nie znajdzie dość sił, by sobie ze sobą poradzić  i stroczyć ostatecznie zwycięską bitwę. Tym bardziej, ze rozdzielenie, jakie właśnie nastąpiło z pewnością pogłębi jeszcze i to znacząco jego obecny stan depresyjny. Łącznie z poważnym dlań zagrożeniem jego własnego życia. I z czasem przestanie mu zależeć.

Dzieciak tymczasem tkwi w zawieszeniu. Stan ten utrzymuje się od miesięcy. Minęło bowiem wiele czasu od tych wydarzeń i nic się nie zmieniło. Dzieciak nie wrócił do rodziny. Nie został skierowany do adopcji. Nie został przekazany do rodziny zastępczej. Tkwi w domu dziecka. A ojciec? Nie czyni żadnych właściwie wysiłków, aby dzieciaka ponownie odzyskać. Zadowala się byciem rodzicem odwiedzającym. W tym obecnie się odnajduje, ale nic więcej. Zależy mu, ale tylko trochę, niewystarczająco. Stara się, ale tylko odrobinę, niezadowalająco. A dzieciak tkwi rozdarty miedzy opiekunami a ojcem. Sąd zaś milczy. Zastanawia się. Nie podejmuje żadnej decyzji.

Jeszcze inna wersja wydarzeń, jaka napłynęła, mówiła o jakimś party, bez mała orgii z jakąś kochanką, z jakąś panienką za pieniądze lub z przyjaciółką, notabene dziewczyną jego kolegi. Potem jakaś awantura, mordobicie, picie, leki garściami i ostatecznie policyjna interwencja. Teraz nowa dziewczyna, nowe życie. Brak w nim czasu i miejsca dla dziecka. Odwiedziny zadowalają go całkowicie. Tak jest wygodniej. Chce, odwiedzi, nie chce nie odwiedzi. Tęskni – odwiedzi. Jest coś ciekawszego, jest wolny, może imprezować bez obaw. Dzieckiem przecież zajmują się inni. Brak obciążeń.

Policja lakonicznie ograniczyła się do udzielenia skąpych informacji: klient był pijany i agresywny. Musieliśmy użyć środków przymusu bezpośredniego i unieszkodliwić podejrzanego zakuwając go w kajdanki. Agresywny był tylko w stosunku do policjantów przybyłych na wezwanie opiekunki do dziecka, trzeźwej. Ojciec wrócił wstawiony z pracy i tu doprawił się na dobre wydobytą skądś butelką mocnego trunku. Alkoholem popijał mieszankę leków różnorakich leków. Nie był agresywny dla dziecka, niemniej nie był w stanie opiekować się nim i krzywdę mógł mu zrobić zwyczajnie przypadkiem nie do końca kontrolując swe zachowanie.

Poznań, 2016.06.28
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , ,

2 komentarze “No i stało się”

  1. DrQ+
    26 marca 2017 at 05:46

    Bardzo smutna historia. Dobrze że poruszacie wazne sprawy społeczne!

  2. BOGO22
    26 marca 2017 at 14:23

    skazony elementem moskiewskim…!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Społeczeństwo

Scroll Up