Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

25 listopada 2017

Obrazki z ZSRR (cz.7)


Widok na pałac Katarzyny I od strony ogrodu francuskiego By Alex ‘Florstein’ Fedorov, CC BY-SA 4.0, Wiki Commons

Ku mojemu zdziwieniu nie miałem trudności w porozumiewaniu się z rosyjskojęzycznym otoczeniem. Po dwóch dniach adaptacji wzroku do cyrylicy „same się rozumiały” napisy.

Tato mówił lepiej ode mnie, ale czasem mu podpowiadałem słowa których mu brakowało. Gorzej było z Mamą, bo poza paroma słowami nie znała rosyjskiego. Za to potrafiła wszystko doskonale zrozumieć, lepiej niż ja czy Tata. Umiała też mówiąc tylko po polsku bez przeszkód dogadać się ze wszystkimi. Na ulicy często nas traktowano jako „tubylców z Leningradu”, bo wiele razy pytano nas o drogę, wyrażając zdumienie że mówimy dobrze po rosyjsku a jesteśmy „cudzoziemcami”.

Musieliśmy jednak się jakoś odróżniać w tłumie „tubylców”, bo stale nas zaczepiali tamtejsi cinkciarze i handlarze „masz dżymsy?”. Z jednym takim „Aloszą” Mama się umówiła i na kolejnym zwiedzaniu miasta dokonała wymiany reszty posiadanych „dżymsów” na „tubylczą walutę”.

Wydreptaliśmy w czasie naszego pobytu cały „Newski Prospekt” wraz z przyległościami, podziwiając odmalowane fasady „od ulicy” i przedrewolucyjne zaułki i nieremontowane tyły kamienic. Podziwialiśmy brygady kobiet łatających dziury w asfalcie, nadzorowane przez brygadzistę z zawsze przyklejonym do ust papierosem…

Aprowizację na naszych wyprawach do centrum załatwiła nam rodzina. Jedna z „ciotek” pracowała jako szefowa studenckiej stołówki, leżącej w oficynie kamienicy w centrum przy „Newskim”. Dostaliśmy „tałończyki” na obiady, z których co dzień korzystaliśmy. Jedzenie lepsze niż na mojej późniejszej stołówce studenckiej, choć bez jakiegoś szaleństwa. Jakieś makarony z serem, pierogi czy naleśniki pamiętam – poziom naszego ówczesnego baru mlecznego.

Moja Mama była „kawiarą” i pewnego razu, powiedziała że bez kawy nie wraca zaraz do domu i dalej ani kroku. No, z kawiarniami było tam faktycznie krucho! Nie znaczy że ich nie było! Były! Ale zawsze oblężone przez tłumek chętnych, czekających na ulicy aż się zwolni w środku jakieś miejsce. Chcąc nie chcą, stanęliśmy w kolejce w pierwszym napotkanym miejscu. Po dobrych 40 minutach czekania trafiliśmy do środka. Ja kawy jeszcze nie pijałem więc trudno mi orzec jak smakowała ale Mama stwierdziła, że „taka jak nasza” – czyli poziom „polsko-socjalistyczny” z restauracji na dworcu PKP…

Muszę przyznać, że pierwsze rozmowy z rodziną trochę nas deprymowały, bo oni wpatrzeni byli w nas jak sroka w kość i z jakąś nostalgią wsłuchiwali się w to jak mówimy. W końcu zapytałem, czy nasz rosyjski jest niezrozumiały? Wyjaśniło się zaraz, że mówimy zrozumiale, ale używamy słów i składni już w Rosji niespotykanej. Oni słuchali nas jak „nagrania z przeszłości”. No cóż, język ewoluuje – chyba szczególnie w Rosji. Podziwiam ich za, jak to nazywam „bezpretensjonalne zapożyczenia” z innych języków. Szokują mnie te ich wszelkie skróty, którymi się wszędzie posługują. Język którym my mówiliśmy i który nauczyła nas szkoła w Polsce, był językiem z lat 40-stych i 50-tych, bo wtedy powstawała większość podręczników na jakich wzorowano się tworząc polskie podręczniki do nauki rosyjskiego w latach 60-tych i 70-tych…

Rodzina ze szczególną uwagą i czasem rozdziawionymi ustami słuchała „petersburskich” wierszyków, anegdot i powiedzonek Taty, które ten znał od swojego ojca, w końcu rodowitego Petersburczyka…

Przeglądaliśmy rodzinne albumy, Tata robił notatki w swoim szkicu drzewa genealogicznego, które już wtedy było dwumetrowej szerokości rulonem papieru.

Któregoś dnia, gdy Rodzice sobie zrobili wolne popołudnie od męczącego zwiedzania miasta, czas gdy drzemali w sąsiednim pokoju wykorzystałem na… przejrzenie książki telefonicznej.

Przed przyjazdem przeczytałem w prenumerowanej przez Mamę Polityce ciekawy artykuł o Polonii w Związku Radzieckim. Był tam też fragment o „polskim Leningradzie”. Autor twierdził, że mimo dwóch wojen Leningrad jest tak „polski” iż wystarczy zajrzeć do książki telefonicznej, by się o tym przekonać! Wertowałem wtedy tę książkę długo, sumiennie i całkowicie zgadzam się z autorem tego artykułu!

Dwa tygodnie zwiedzania i rodzinnego imprezowania w końcu dobiegły końca. Odwiedziliśmy i grób mojego Pradziadka i Carskie Ogrody o które dbała od kilku stuleci rodzina żony Pradziadka…

Nastał czas pakowania Trabanta i pożegnań. Wiedząc z jakimi problemami jechaliśmy do Leningradu, dostaliśmy od Fadieja osobisty list do jego przyjaciela w Lidzie. Będąc w Leningradzie próbowaliśmy się dowiedzieć jakie dodatkowe dokumenty powinniśmy mieć przy sobie (poza zaproszeniem), by uniknąć problemów przy ewentualnym kolejnym przyjeździe. Niestety, nikt nam tego nie potrafił określić i podać. Dlatego list do „kuma Tadeusza”. Który pełnił funkcje szefa tamtejszej milicji miał być naszą deską ratunku i pewnego rodzaju „listem żelaznym” w przypadku jakichś kłopotów w drodze.

A kłopoty zaczęły się na skrzyżowaniu dróg w Pskowie. Stał tam wielki „post GAI” z kosmicznie wielką anteną a przy drodze dwaj milicjanci z lornetką, którzy chyba nas wypatrywali. Kazali zjechać, zostawić auto i zaprosili do budynku. Zaczęły się „standardowe” pytania. Jak się tu znaleźliśmy. Dlaczego nie mamy „marszrutki” i „talończyków na benzynę”. Nasze tłumaczenie, że tak nam kazano jechać w radzieckim konsulacie w Polsce i że nikt nie jest w stanie wydać nam „marszrutki” i tych „talończyków” bo nie jesteśmy „turystami” gdyż jesteśmy zaproszeni „jako goście” – powodowało ich wielką konfuzję.

W sumie trzymano nas na tym posterunku ponad 4 godziny. Najlepsze były rozmowy panów milicjantów prowadzone przez telefon, wpierw „z Leningradem” a potem „z Moskwą”. Świetnie słyszeliśmy te rozmowy, bo siedzieliśmy obok. Chyba słyszalność była słaba bo dodatkowo panowie milicjanci wydzierali się tak, że nawet jakbyśmy siedzieli w aucie na parkingu, to tez byśmy dobrze słyszeli!

A wykrzykiwane „rozmowy Moskwą” brzmiały mniej więcej tak:

„U nas są Paliaki. Nie mają dokumentów jakie wymagamy od turystów. Ale oni tu przyjechali jako „goście” na zaproszenie i w zasadzie to mają rację że nie muszą posiadać innych dokumentów bo nie są „turystami”. Nie wiemy co z nimi robić bo przepisy nie mówią nic o takim przypadku”…

W końcu „Moskwa” wydała salomonową decyzję, że możemy dalej jechać. Na nasze pytanie „co dalej” – odpowiedziało, że „nie wiemy”. Powiedziano nam, że decyzja o tym „co będzie z nami dalej” zależy od „gaiszników” w kolejnym obwodzie. „Nasi” milicjanci dostali rozkaz nas puścić dalej i powiadomić kolejny obwód ze my tam jedziemy. A że przypadek jest nietypowy, to nasz los zależy od kolejnych patroli.

Zapytaliśmy co nam grozi?

Odpowiedziano, że my jesteśmy „goście” i w zasadzie nam nic nie zagraża, ale gdyby złapali na braku stosownych dokumentów „turystę” to na to jest już stosowny przepis, mówiący o tym że konfiskuje się auto a sąd w Moskwie daje delikwentom „sztraf” w wysokości 2000 rubli.

I masz babo placek!

Tags: , , , , , ,

11 komentarzy “Obrazki z ZSRR (cz.7)”

  1. Wołający na puszczy
    25 marca 2017 at 05:53

    Łza się w oku kręci. Niestety zdrajcy zabili ten wspaniały kraj, podzielili Naród, dzisiaj brat strzela do brata. Cała nadzieja w odrodzeniu Rosyjskiego Świata. Chwała Wielkiej i Wiecznej Rosji!

    • Inicjator
      25 marca 2017 at 08:45

      Doskonałe!

  2. Szyszka
    25 marca 2017 at 08:26

    Piękne wspomnienia. Ja byłem na Złotych Piaskach z rodzicami i w Jugosławi, to w latach 80 tych był inny świat.

  3. 25 marca 2017 at 10:45

    Mleka sliwocznoje, w takim piramidkowym kartoniku, bułeczek i minn. Napitoku, ma zona nie może zapomnieć i wyjść nad nimi z podziwu. Pycha!!!!
    I twarożki z miasom , także. I ch rosyjskiej serdeczności i narodowej dumy!

  4. 25 marca 2017 at 13:33

    Napitok, to był taki o przecudnym smaku napój , cos co u nas pito w formie kolorowej trucizny , zwanej , lemoniada i oranżadą.

    “Napitok ” na etykiecie miał rysunek Pinokia , z takim , długim nochalem , taki ,radosny. Tym się różnił od naszych lemoniad itp. , jak Rydz, od rydzyka.

    • Kamczatka
      25 marca 2017 at 22:11

      “Буратино”.
      Напиток назывался Буратино.

    • krzyk58
      26 marca 2017 at 11:18

      https://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%91%D1%83%D1%80%D0%B0%D1%82%D0%B8%D0%BD%D0%BE_(%D0%BD%D0%B0%D0%BF%D0%B8%D1%82%D0%BE%D0%BA)
      ……срок хранения составлял 7 суток.

      Буратино» сегодня. продлевающие срок хранения напитка до полугода. Как пародия на современную рекламу в 1990-х годах появился шуточный слоган «Изготовлен из натурального экстракта деревянных человечков».

  5. 25 marca 2017 at 13:41

    Mówi się “Zdrowy jak Rydz”! A co można powiedzieć o rydzyku?Nie ryzykuj bracie, nie ryzykuj – grunt to Zdrowie-!

  6. 25 marca 2017 at 14:29

    Mówi się “Zdrowy jak Rydz”! A co można powiedzieć o rydzyku?Nie ryzykuj bracie, nie ryzykuj – grunt to Zdrowie-!Nie rydzykuj………..

  7. krzyk58
    25 marca 2017 at 19:35

    Михаил Круг – “Кресты”. https://www.youtube.com/watch?v=dAJ6KIkd5r0
    Город над вольной Невой Вечерняя песня https://www.youtube.com/watch?v=3WLOALpmDck
    Борис Моисеев и Людмила Гурченко Петербург Ленинград
    https://www.youtube.com/watch?v=dddQDdshk8s
    Ps. Вечерняя песня» — песня А. Д. Чуркина на музыку В. П. Соловьёва-Седого; считалась неофициальным гимном Ленинграда… dedykuję ‘wieczorynce’, “Kamczatce’…………..

  8. Mati
    15 kwietnia 2017 at 08:27

    Rosja jest piękna, niepodległa finansjerze jak Ameryka. Dlatego część Amerykanów jest tak w nią zapatrzona. Tam są prawdziwi ludzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Historia

Scroll Up