Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

15 grudnia 2017

Obrazki z ZSRR (cz.5)


 Mieszkanie Inny i Fadieja było wielkości naszego M4 czy M5 – jakieś 60 metrów kwadratowych, nawet rozkład mieszkania podobny do naszego: jeden duży pokój i dwa mniejsze. Zajmowane przez dwie córki, jedną pierwszoklasistkę a drugą już nastolatkę. Czekało nas gorące powitanie, dobry obiad, a wkrótce z pracy przyszedł Pan Domu. Wyściskał nas z dubeltówki i przedstawił się po polsku „ja jestem dla Was Tadeusz!”.

Jego żona Inna zrobiła okrągłe oczy „przecież ty jesteś Fadiej, wychodziłam za Fadieja, całe życie byłeś Fadiejem – skąd Tadeusz?”

I tu zaczął wyjaśniać nowy „Tedeusz”: „urodziłem się na obecnej Białorusi, jestem Białorusinem, ale urodziłem się jako obywatel Polski i chodziłem do polskiej szkoły. Więc jestem TADEUSZ, polski Białorusin!”.

Pominę opisy spotkań rodzinnych, bo przygotowano dla nas bardzo napięty grafik. Co wieczór byliśmy goszczeni przez kogoś innego, były śpiewy chóralne, solowe (jedna z ciotek poza niespotykaną urodą dysponowała pięknym głosem i niedokończonym „szkoleniem” operowym), przy wtórze czasem gitary, czasem pianina. Spotkaliśmy „rodzinnego”, uznanego literata, odwiedziliśmy grób pradziadka w Sablinie, oglądnęliśmy kamienicę która kiedyś podobno do niego należała (ta sąsiadująca z tą gdzie mieszkał Puszkin)…

Ale najważniejsze, po naszym przyjeździe okazało się załatwienie spraw meldunkowych. Udaliśmy się w towarzystwie Inny na stosowny dzielnicowy komisariat, gdzie dostaliśmy stosowny papierek i zostaliśmy pouczeni gdzie możemy przebywać a gdzie nie. Udało się „załatwić” możliwość odwiedzin i Peterhofu i Sablina, ale już wyjazd na daczę rodziny, która znajdowała się w kierunku granicy z Finlandią był zabroniony. Podobnie, z tych samych względów nie mogliśmy odwiedzić szkoły w której znajdowała się „izba pamięci” poświęcona mojemu pradziadkowi. O tym dlaczego taka „izba” była – opiszę w którymś z kolejnych odcinków…

Przed wyjazdem do Leningradu, Rodzice dokonali stosownych zakupów prezentowych, więc staraliśmy się odwdzięczać materialnie wszystkim nas podejmujących. Oczywiście – „hitem” były peweksowskie „dżymsy”, bluzeczki, bielizna, mydełka czy inne babskie drobiazgi. Peweksowska „Wyborowa” po spróbowaniu na pierwszym wieczorze była następnie stosownie chowana na pamiątkę – my zachwycaliśmy się serwowaną „Stoliczną” oraz „Pszeniczną”.

Moja Mama była jedynie niepocieszona tym, że z trudem „zdobyte” w Polsce i przywiezione jako podarunki materiały do uszycia sukienek czy garniturów nie wzbudziły zachwytu takiego jak się spodziewała. A „uchodzone” przez nią materiały były naprawdę i ładne i dobre gatunkowo. Potem, jak pochodziliśmy po ich pełnych po brzegi sklepach „bławatnych”, okazało się że sklepy są pełne, ale „perkali” podłej jakości – dziś byśmy powiedzieli „chińszczyzny”. Dlatego, oni się zupełnie nie znali na dobrych i modnych u nas materiałach!

Dnie spędzaliśmy na wycieczkach po mieście, zwiedzając wszystkie „żelazne” i konieczne do zobaczenia cuda dawnego Petersburga. Jeździliśmy korzystając z doskonałej komunikacji – głównie metrem. Nasz Trabant został „na wszelki wypadek” zapakowany do jednego z rodzinnych garaży.

Na rodzinne spotkania podwoził nas Tadeusz swym nowym Moskwiczem. Jego mieszkanie zostało wybrane w drodze narady rodzinnej jako nasza kwatera, bo było najnowsze. Inna i Tadeusz zarobili na samochód i mieszkanie dzięki kilkuletniej, ciężkiej pracy na Magadanie. Ona jako geolog a on jako wojskowy. Ich status mieszkaniowy i materialny oraz stosowna praca, podobno ułatwiły formalności związane z zaproszeniem nas do Leningradu…

Goszczeni byliśmy niezwykle wylewnie i bogato. Rodzice stwierdzili że nas nie byłoby stać na takie luksusy i możliwości aprowizacyjne. W czasie wycieczek po mieście zwiedzaliśmy sklepy, nie tylko te „przy głównej ulicy”, ale i warzywne rynki czy sklepy spożywcze i mięsne. Warzyw było mniej niż u nas (tak jak w naszych sklepach „państwowych”), za to „mięsa” wyraźnie dużo więcej, choć w gorszej jakości. Nie było widać dobrych kiełbas, choć „na stole” mieliśmy je codziennie. Mięsa w sklepach to też raczej różne „rąbanki”. Inna przynosiła wyroby mięsne dobrej jakości z pracy – z tego co wiem, to po jej urzędzie kursowała co jakiś czas „baba ze wsi” ze świeżymi dostawami. Niemal jak u nas…

W sklepach technicznych czy elektrotechnicznych bardzo dużo różnych towarów, nieporównywalnie więcej niż w Polsce, choć o zacofanym (w porównaniu z Polską wzornictwie). Sklepy dla dzieci pełne ubrań i zabawek, księgarnie pełne książek, albumów i płyt. Sam kupiłem sobie bez problemu i Wysockiego, i Demarczyk, i Biczewską…

Jedyne czego nie udało się nam uchodzić to aparatu Zenit. Podobnie moje „zenitowe” poszukiwania spełzły na niczym przy kolejnych moich pobytach w Petersburgu. Za to następnym razem udało mi się kupić wspaniały półautomat „Sokół”, który służył mi przez wiele lat w różnych warunkach klimatycznych, w wysokich górach, pustyniach i na spływach.

Ale to jest całkiem inna historia…

Tags: , , , ,

3 komentarze “Obrazki z ZSRR (cz.5)”

  1. Wołający na puszczy
    20 marca 2017 at 06:01

    Ja byłem wiele razy w delegacji w ZSRR i innych krajach RWPG w okresie 1967-1986 w ramach zjednoczenia przemysłu (nie ważne jakiego). Najbardziej fascynowały mnie “etażne” w hotelach, w tym w hotelu Ukraina. W tańszych i mniejszych hotelach przeznaczonych głównie dla miejscowych to były “baby” siedzące przy telefonach i informujące kogo trzeba o czym trzeba. Ale w hotelach dla “innostrańców” można było trafić na miss ZSRR jak to oni mówili девочки-конфетки. Wspaniałe czasy, wspaniała młodość. Rzeczywiście sklepy mieli lepiej zaopatrzone. Benzyna za darmo. Chleb za darmo. Mięso tanie. Czego więcej chcieć?

  2. zorro
    20 marca 2017 at 22:01

    ZSRR może nie byl ideałem ale jednak zapewnił pokoj dla całego świata na 65 lat

  3. wlodek
    21 marca 2017 at 09:50

    Jako studenci w Piterze,sprzedaliśmy 5 butelek po piwie,mieliśmy na chleb,kawałek doktorskiej kiełbasy i butelkę zigulowskiego piwa.A jak sprzedaliśmy Rifle, nie napiszę bo Morawiecki ratując budżet walnie mi domiar!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Historia

Scroll Up