Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator polityczny on Google+RSS Feed

23 marca 2017

No i poszła


Nie jest łatwo być matką. Szczególnie trudne jest to dla kogoś, kto nie bardzo matką chce być. Komu nie widzi się matkowanie. Bycie matką niesie bowiem ze sobą cały pakiet ograniczeń. Nie panuje się już nad swoim życiem. Trzeba się nim dzielić. Trzeba się poświęcać. Trzeba całość swojego życia oddać tak bardzo, że niemal nic nie pozostaje już dla siebie. Szybko przychodzi zmęczenie, irytacja. Człowiek jest nieustannie niedospany. Nie można robić już, co się chce. Ani kiedy się chce. Ani z kim się chce. Nie można wyjść o której bądź godzinie i wrócić kiedy dusza zapragnie. Tak, zdecydowanie bycie matką nie jest rzeczą łatwą. Szczególnie, gdy być się nią wcale nie ma ochoty.

Była sobie kiedyś dziewczyna. Młoda, prosta, bez wykształcenia. Ani ładna, ani szczególnie brzydka. Nie wyróżniała się w tłumie. Miała faceta. Zwyczajnego, czułego, kochającego, opiekuńczego. Któregoś z kolei. Kochali się. Byli ze sobą. Żyli w konkubinacie. Niby planowali jakoś to wspólne życie, ale właściwie wszystko pozostało tylko w planach i nic nie zostało za bardzo wcielone w życie. Żyli z dnia zna dzień. Bez zobowiązań, choć razem. Poczęli dziecko. Cóż, stało się. Niespecjalnie ją to martwiło. Nie przerażało. Z czasem nawet zaczęło radować. Cieszyła się z tego swojego dziecka. Wiele o nim opowiadała. Planowała jego przyszłość. Nim jeszcze urodziła, nadała mu nawet imię.

Będąc w mocno zaawansowanej już ciąży, zaczęła gromadzić różne rzeczy dla dzieciaczka. Zdobyła łóżeczko, nieco ubranek i inne potrzebne dla maluszka rzeczy. Zgromadziła z darów całkiem niezłą wyprawkę. Była w tym gromadzeniu całkiem zaradna. To i owo nawet sama kupiła. Czekała na narodziny.

Zbliżał się nieubłaganie czas rozwiązania. I zbliżały się święta. Miała nadzieję, że nie urodzi przed świętami. Nie chciała tracić świąt. Nie, tylko nie teraz. I udało się. Maleństwo nie rwało się jeszcze na świat. Mogła nacieszyć się życiem w te święta. Lekarze wyznaczyli termin porodu na koniec roku. Ale jakże to tak? Tuż przed sylwestrem? Może jednak się uda i nie będzie maleństwo pchało się jeszcze na świat. Mogłoby jednak nieco poczekać. Przecież Sylwester. Przecież impreza, radość życia. Też się udało. Przeczekała. Nie powiła dzieciątka przed końcem roku. Mogła oddać się, na miarę możliwości, sylwestrowej zabawie. Brzuch, pokaźny już na tym etapie, nieco tę zabawę utrudniał. Ale co tam. Zabawa to zabawa. W końcu Sylwester jest tylko raz do roku.

Minął Nowy Rok. I kilka kolejnych dni. Maleństwu nadal było dobrze w brzuszku. Aż któregoś wieczoru nadeszły bóle. Tak z dnia na dzień. Z chwili na chwilę. Wraz ze swoim facetem pojechała na ostry dyżur. Przyjęli ją od ręki. Trafiła na porodówkę. Urodziła jakieś trzy godziny później, jakaś godzinę po północy. Szybko poszło. Rutyna narodzin.

Jeszcze rano karmiła dzieciaczka, którego właśnie przynieśli jej po pierwszych szczepieniach. Tuliła je do piersi z radością, z czułością. Chwaliła się nim przez telefon. Zapowiadała swoje przybycie za kilka tygodni, gdy będzie to już możliwe. Chciała dzieciatko pokazać, pochwalić się nim.

A po południu opuściła szpital. Zwyczajnie. Wstała z łóżka, ubrała się, wypisała i opuściła szpital. Bez maleństwa. Sama. Samiusieńka. Dzieciątko pozostało. Samo. Porzucone. Samiuteńkie. Zostało porzucone. Także i ono. Przez nią. Jak inne jej dzieci.

Poznań, 2017.01.13
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , , ,

One Response “No i poszła”

  1. Gniewna Zjadaczka Ogórków
    26 lutego 2017 at 05:07

    Dzisiaj sarna!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Kultura

About Adam Grzelązka,

Scroll Up