Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator polityczny on Google+RSS Feed

19 sierpnia 2017

Sępy


 Wiedział, że umiera

Wiedział, że umiera. Jego czas się kończył. Dni były policzone, a nie było tego wiele. Teraz, gdy wiedział, że to już koniec, nic nie miało znaczenia. Był tylko strach. Paniczny strach przed końcem. Przed tym, co go tam czeka.

Bo, że go coś tam czeka i że to nie jest nic miłego, jakoś przeczuwał. Kiedyś w takie bzdury nie wierzył. Szydził z tego. Szydził z tych niby wierzących niedzielnych katolików, co to tak pobożni na pokaz w niedzielne przedpołudnie, a na co dzień takie same szuje i dranie jak on sam. On przynajmniej się nie ukrywał. Drwił z nich wprost, jawnie, publicznie. Szyderczo.

Ostatnio największą przyjemność sprawiało mu niedzielne koszenie trawy. Co z tego, że cały ten jego trawnik nie miał nawet pięciu metrów kwadratowych. Co tam pięciu, on nie miał nawet czterech metrów. Trzy może i miał, a może i nie. Kosił go co niedzielę. Nieważne, że nie było takiej potrzeby. Ważne, że on kosił. Nie, żeby cały czas. Kosił zawsze wówczas, gdy ksiądz bredził to swoje marne coniedzielne kazanko. Specjalnie jakiś czas temu kupił sobie tę wielką i głośną maszynkę. Ale to mu nie wystarczyło. Trochę przy niej podłubał w warsztacie, pomajstrował i efekt był dlań bardzo zadowalający. Jak wrzucał pełny gaz, to co prawda benzynę żarło jak głupie, ale wyło przy tym niemiłosiernie. I o to mu przede wszystkim chodziło. Żeby było głośno. Jak najgłośniej. A jeśli jeszcze przy tym z powodu upałów, jak w zeszłym miesiącu, drzwi kościoła były otwarte podczas mszy, o to wtedy dawał z siebie i swojej kosiarki wszystko. Jak kazanie się kończyło, odpoczywał. Wznawiał koszenie dopiero, gdy ludzie rozchodzili się po nabożeństwie. Wtedy dolewał do baku oleju, aby przy okazji jeszcze kopciło. Tak, to było to…

Bał się spać

A dziś? Dziś się bał. Panicznie bał się tego, co go czekało. A czekał go koniec ostateczny. Zostało niewiele dni. Góra kilka tygodni. Bał się śmierci. Szczególnie takiej śmierci. Wciąż się dusił. A właściwie to topił się we własnym płucu. Ale, żeby tam płucu. Nie miał płuca. Miał tylko niewielki jego skrawek. Dwa dni temu wycieli mu ponad półtora płuca. A to, co pozostało, ciągle było zalewane przez jakąś ciecz, w której się ustawicznie topił i z którą nieustannie walczył o każdy oddech. Bezcenny krótki urywany oddech. Bolesny oddech.

On, który nikogo i niczego się nie bał, tak sobie przynajmniej tłumaczył, dziś bał się tego, że utonie. Że jego własne płuco go udusi. Że ten płyn… podczas snu… bał si spać. Co rusz budził się z charczeniem, zlany potem, ze strachem w oczach. On, który kiedyś łamał ludzkie życiorysy, dziś dogasał w oczach.

Jego własna żona go unikała. Prawie z nim nie rozmawiała. Patrzyła na niego z nienawistną obojętnością. Kiedyś sprałby ją za takie coś, że z tydzień by z domu nie wychodziła. Dziś nie potrafił nawet jej zawołać. Bezsilny głos grzązł mu w gardle, był ledwo słyszalnym rzężeniem. Umierał. I wiedział o tym. I bał się tego.

Bał się, że tam na niego czekają. Ileż to ludzi przez niego ucierpiało? Ileż zginęło? Był tchórzem. To fakt. Ale mściwym tchórzem. I cwaniaczkiem bez zasad i skrupułów. I dobrze mu z tym było. Cyckał wszystkich, jak tylko można było. Bali się go. Wiedzieli, że donosił. Wiedzieli, że ci co z nim zadzierają, znikali czasem bez śladu. Tak dawno to było. A teraz te obrazy wracały. Męczyły go nocami. Nawiedzały sny. Wypierał się ich. Nie przyznawał do nich. Ale one w nim tkwiły.

Werbunek

Był wtedy młody. Zgarnęli go z ulicy. Ot tak, bez powodu, dla draki. Brakowało im do statystyk. Do premii. Zawieźli na dołek. Tam najpierw dostał wpierdy. Nawet nieszczególnie bolesne. Ot, parę razy po mordzie, kilka kopniaków w tyłek, w jądra, gdzie popadło. Nie musieli nic więcej robić. Nie musieli przystawić mu pistoletu do czoła. Ani kusić mamoną. To nawet nie było przesłuchanie. Ot, zwyczajna przyjacielska życzliwa wesoła rozmowa. Jemu wtedy nie było co prawda do śmiechu, ale dowcipy tego drugiego nawet wyszukane, śmieszne, choć prymitywne, nieco wulgarne. W innych okolicznościach zwijałby się jednak ze śmiechu. Teraz się bał. Bał się zresztą tak sam z siebie, na co dzień, wszystkiego. Strach był mu codziennym towarzyszem. Podszyty był strachem.

Poprosili. Bardzo grzecznie go po prostu poprosili, aby napisał donos. Zwyczajnie mu go podyktowali. Co i jak. Pech chciał, że padło na Józka. A akurat Józka nie cierpiał w tym momencie. Józek był jego brygadzistą. Nie dalej jak tydzień temu opieprzył go za to, że przyszedł pijany do pracy. Znów pijany. A co to, on jeden pił przed pracą? I obciął mu premię. A tu proszę. Jest okazja. Można się zemścić. No to napisał. Trochę z zemsty. Trochę ze strachu, że jak nie napisze, co mu każą, to te drugie wpierdy nie będą już takie bynajmniej kosmetyczne. Że wtedy to się przyłożą. A biło od nich fachowością w tej materii. A on był tchórzem. Zawsze tchórzem. Uciekał od walki. Jedynie w domu był chojrak. Na żonie się wyżywał. Bywało, że lał ją codziennie, przez tydzień, dwa. Ot, tak dla rozładowania nerwów. Dla własnej przyjemności. Lubił, jak się go bała. Wtedy był wielki. Wtedy to on był panem. Ot, taki domowy codzienny sport.

Bez litości

A dziś umierał. Leżał bezsilny. Chodzenie po mieszkaniu kosztowało go wiele wysiłku i co rusz musiał odpoczywać. Organizm rozpaczliwie domagał się dotlenienia, a płuco nie wyrabiało. Ratowała go maseczka tlenowa. A żona nim gardziła. I go unikała. Patrzyła na niego obojętnie. I było jej obojętne, czy czegoś potrzebuje. Ignorowała go jak tylko mogła i kiedy tylko się dało. Wyglądał koszmarnie. Żył jeszcze, ale gdy patrzył na siebie w lustrze, wyglądał już jak trup. Dlatego za wszelką cenę unikał spoglądania w lustra. Żona brzydziła się nim. Gdy na niego spoglądała, wyczytywał z jej twarzy wstręt.

Nie tylko ona. Wszyscy dookoła. Własne dzieci go unikały. Niby zaglądały do niego dwa trzy i więcej razy dziennie. Ale niewiele z nim rozmawiały. Tylko z matką. Czasami słyszał te rozmowy.

– I co, nadal nic?

– Żyje jeszcze?

– Cholera, mam zaraz urlop, by się w końcu zdecydował, w tę albo we wtę.

Ostatnio zięć zajrzał. I na dzień dobry do niego:

– O kurna, ty rzeczywiście ojciec wyglądasz jak truposz.

A wnuczek szczery do bólu wypalił:

– Fuj, cuchniesz dziadek jak stare gówno. I jesteś dziś taki brzydki…

Nikt nie miał dla niego litości. Umierał. Bał się śmierci. Ale i bał się życia. Wszyscy nim gardzili. Tak jak on kiedyś innymi. Po tamtym pierwszym razie zaczął sam do nich chodzić. Ile tych donosów było? Chyba z kilka setek… Część to zupełnie nawet nieprawdziwa, ale co tam. Czasami im nie chciało się sprawdzać i jakieś tam działania podejmowali mimo wszystko. Tak, nie musieli mu w sumie płacić. Dorobił się cudzym kosztem na swoich ofiarach. A że kilkanaście osób to tak nagle z dnia na dzień, w tym kilka z całymi rodzinami, ni z gruszki niż pietruszki znikali, to go wtedy nie ruszało.

Nigdy nie miał z tym problemów. Lubił to. Lubił pastwić się nad ludźmi. Lubił to poczucie władzy nad innymi. Przeważnie nic się nie działo, ale od czasu do czasu po tym czy owym było nagle widać, że się boi. Wiedział dlaczego. Któryś z kolei donos przechylił kielich i kropla goryczy została uroniona.

Jemu też się parę razy za fałszywki oberwało. Oj wtedy to się z nim nie cackali. Raz to prawie tydzień w szpitalu przeleżał. A potem podrzucił paru osobom świnię, aby donosy wydawały się prawdziwsze. Uzależnił się od tego. Jak mijało zbyt wiele dni bez donosu, chodził jak w transie. Denerwował się. Nie mógł spać. Lał wtedy starą i dzieciaki. Aż w końcu coś wymyślił, znalazł, podejrzał. Wtedy siadał i pisał. A potem zanosił. Traktowali go jak gówno, ale brali wszystko co znosił. Czasami dawali zlecenie, by tego czy innego poobserwował, wypytał, sprowokował. Podłożyć świnię.

Umierał. Bał się tego, co go czeka. Czy ci wszyscy oni, na których tak perfidnie pisywał donosy, teraz tam już na niego czekają? Kiedyś nimi pomiatał i gardził. Teraz z ich powodu bał się umierać. A śmierć była tuż tuż. Podtapiała mu płuco. Bał się, ale nie żałował. Gdyby miał coś zmienić, tego akurat by nie zmienił. Opłaciło mu się przecież. I tylko to się liczyło. Poza tym lubił to. Teraz, gdy już nie było jak i gdzie donosić, tęsknił za tym. Czasem wysmażył coś do jakiegoś urzędu, ale to już nie to. Nie te emocje. Nie te świństwa. Ech, stare dobre czasy… Wyrzuty sumienia? Jakie tam wyrzuty? Jakiego sumienia? To, że się bał, nie miało nic wspólnego z poczuciem winy, z żalem za wyrządzone krzywdy. Nic a nic.

Jak się wszystko skończyło, to bał wówczas się okrutnie, że się wyda, że to on i że tylu przez niego cierpiało, i że może oni go nawet i zlinczują. Bo wiadomo, ludzie to czasem mściwi są. Wiedział to. Z autopsji. Ale jakoś rozeszło się po kościach. Ludzie przestali się go bać. A on znalazł nowe sposoby ich prześladowania i szydzenia sobie z nich. Dostosował się do nowych czasów.

Dziś umierał. Umierał w samotności. Wszyscy go opuścili. Nawet najbliżsi. Szczególnie oni. Gardzili nim. Czekali, aż się przekręci. Leżał w pokoju, w półmroku i walczył o kolejny oddech. Tymczasem tam za ścianą już dzielili skórę na niedźwiedziu. Kłócili się co i jak, kto i ile po nim. I czekali niecierpliwie, kiedy on w końcu. Zaczynał się bać ich nienawistnych spojrzeń. Zaczynał się bać, że jeśli nie umrze odpowiednio szybko, to oni mu w tym dopomogą. W podziękowaniu za krzywdy i bicie, jakie od niego zaznali. Ale umrzeć też się bał. Coraz bardziej. I tego, co o potem czekało. Co rusz przypominało mu się, jaką to był kanalią. I bał się coraz bardziej. Jak tak dalej pójdzie, to nie płuco go zabije, ale ten narastający w nim strach.

Poznań, 2016.06.22
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , ,

3 komentarze “Sępy”

  1. Adam Bielawski
    29 stycznia 2017 at 09:08

    Wspaniały tekst zaanagażowany społecznie

  2. Inicjator
    29 stycznia 2017 at 09:58

    Doskonały i bardzo przejmujący tekst.

  3. krolowa bona
    30 stycznia 2017 at 05:55

    Inna konwencja literacka…doskonale kreslaca potret takiej sado-masochistycznej kanalii u kresu swego zywota, szczescie mial ten, co tego jegomoscia nie spotkal..
    Czego nikt go nie wyslal go do psychiatry i dawal sie ta calymi latami poniewierac ?
    Czy nie stawiajac oporu stajemy sie sami wspolwinowajcami ? Mysle, ze tak i ze im wczesniej sie taka “fizjonomie” ukroci tym lepiej !!! A pluca to sobie zniszczyl ta “zachodnia” kosiarka do trawy, ktorej spaliny wdychal na 3 metrach qwadratowych by innych szlag niby z zazdrosci mial trafiac….. mozna rzecz z gorycza , te Bog nie ruchliwy, ale sprawiedliwy… Donosy, na mnie pisala je moja matka… czytajac felieton mialam caly czas “siekiere na karku”……Literacko i publicystycznie tekst bardzo dobry i wstrzasajacy w swojej wymowie…..Odnosze wrazenie, ze w Polsce brakuje lekarzy psychiatrow i pychoanalitykow i to gebetalnie rzecz biorac….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Społeczeństwo

Scroll Up