Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

13 grudnia 2017

UrbexFoto 1


 Pobudka: piąta rano

Ze smacznych objęć snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Mocno zdezorientowany, ledwo widząc cokolwiek na oczy, niemal śpiąc nadal, sięgnąłem po telefon. W głowie kołatała mi natarczywie jedna tylko myśl: ale o co chodzi? Nieprzytomnym wzrokiem wlepiam się w rozjarzony ekran telefonu. Powoli, bardzo powoli dociera do mnie komunikat: fotowyprawa. Aha. Ale to już? Przecież dopiero co kładłem się spać. I już mam wstać. Przez moment bardzo nęcącą wydaje się myśl: pozostań, połóż się, śpij dalej. Wyłączam alarm, odkładam telefon. Wtulam się w poduszkę. Może jednak zostanę, pośpię. Ale nie. Coś mnie ciągnie. Coś każe mi iść dalej. Wiercę się, przewracam z boku na bok. Nie mogę zasnąć. Nie, jednak wstanę. A co tam.

Siadam powoli, z osiąganiem, na łóżku. Zapalam nocną lampkę. Przecieram wciąż zaspane oczy. Krótka wizyta w łazience. W międzyczasie zrzucam zdjęcia z karty pamięci na dysk i podłączam Lightrooma, aby to sobie skatalogował do dalszej obróbki. Krótki przegląd sprzętu. Ograniczam się do minimum. Wyjmuję wszystko, co nie będzie mi potrzebne. Dorzucam drugi aparat w podręcznej naramiennej torbie. Na korpus zakładam szerokie rybie oko. Doskonale się sprawdza do panoram. Także w wąskich korytarzach i niewielkich pomieszczeniach.

Czekam jeszcze, już kompletnie ubrany, aż zejdą ostatnie pliki z karty. W ostatniej chwili przypomina mi się: przecież trzeba sięgnąć po statyw i przytroczyć go do plecaka. Nieomal byłbym o nim zapomniał. A bez tego ani rusz. Wreszcie jestem gotowy. Zapuszczam katalogowanie w kompie i wychodzę po cichu. Domownicy nadal śpią w najlepsze. Już na zewnątrz, na wolnym powietrzu odpalam GPS i sprawdzam komunikację. Przyspieszam gwałtownie. Za chwilę mam najbliższy pasujący mi autobus. Kolejny opóźni mnie o ponad kwadrans. Szkoda dnia. I tak wyruszyłem mimo wczesnej pobudki dość późno.

Docieram na przystanek chwilę przed autobusem. Kilka przystanków i przesiadka na tramwaj, który również nie każe na siebie nazbyt długo czekać. Po niedługiej i szybkiej podróży jestem blisko celu. Jeszcze tylko kawałek na piechotę i będę na miejscu. Postanawiam przedrzeć się na przełaj miast obchodzić dookoła i pójść znanymi już sobie ścieżkami. Mniej więcej się mi to nawet udaje. Jest już szarawo, niezbyt, ale jako tako widno. Hm, trochę zniosło mnie za daleko w prawo. Przedzieram się przez jakieś krzaczyska krocząc po gruzach nieistniejącego już od dawna budynku. Po kilkudziesięciu krokach dochodzę na miejsce. To tutaj. Wchodzę.

Schemat destylowania wody

Minęło kilka tygodni od mojej ostatniej tutaj wizyty. Pozornie nic się nie zmieniło. Zarazem zmieniło się sporo. Po pierwsze nie ma śladu po zimie. Śnieg stopniał. Lód znikł. W końcu jest bezpiecznie. Nie muszę uważa na każdy krok, aby się nie poślizgnąć i nie przewrócić. Nowej wiosennej zieleni nadal jeszcze nie ma, więc zielsko nie zarasta póki co wszystkich tych nieznanych mi a jakżeż zdradliwych i niebezpiecznych dziur w ziemi, których tutaj nie brakuje.

Wchodzę pod wiatę. Zatrzymuję się pod nią na moment. Przysiadam na jakimś nieokreślonym całkiem dużym plastykowym pojemniku. Poprawiam but. Będzie mi dziś sprawiał co jakiś czas ból. Był ostatnio u szewca i ten naprawił mi podeszwę podbijając ją gwoździkami. Tyle tylko, że teraz w prawym mi te gwoździory przebiły wkładkę i ranią w stopę. Druga dodatkowa cienka wkładka nieco pomaga, ale muszę ją od czasu do czasu poprawiać, gdy się przesunie. I mimo wszystko wciąż pamiętać, że lepiej nie skakać, szczególnie na całe stopy, a już na pewno nie na prawą nogę.

Przy okazji tego krótkiego postoju szykuję sprzęt. Odpinam statyw, rozstawiam go. Montuję aparat. Zakładam lampę błyskową i wizjer kątowy. Pilot podczerwieni przerzucam do kieszeni kurtki. Przez ramię przewieszam torbę z drugim aparatem. Nim będę robił zasadniczo detale, zbliżenia z bliska i w trybie macro. To wygodne rozwiązanie. Dzięki temu mogę szybciej się przemieszczać i nie muszę wciąż zmieniać obiektywów.

Trochę kręcę się po okolicy bez celu. Jest tu tyle budynków, że nie wiem co wybrać na dzisiejszą eksplorację. Idę w kierunku ulicy Roboczej. Docieram pod samą bramę wjazdową. Jedną z kilku tutaj. Ta konkretnie od dawna jest nieczynna. Odpuszczam sobie zajrzenie do rozwalonej częściowo portierni. Innym razem. Skręcam w lewo. Mijam najbliższy budynek i idę „na sam koniec”. Ten, który wybieram jest stosunkowo niewielki. Po kilkakroć zmieściłby się wewnątrz hali właśnie przeze mnie miniętej.

Pomyśleć, że jeszcze kilkanaście lat temu teren ten tętnił życiem. Tłumy ludzi szły tutaj do pracy. Tysiące osób. Słychać było huk maszyn i stukot przetaczanych między halami wagonów i lokomotyw. A teraz nic. Cisza. Martwa cisza. Pustka. Ruina posunięta tak dalece, że pojęcia nie mam nawet co w której konkretnie hali mogło w ogóle być. Jedynie fragmentarycznie rozpoznaję czy raczej domyślam się przeznaczenia tego czy innego pomieszczenia będącego częścią danego budynku.

Ot choćby tutaj. Na dzień dobry wita mnie coś, co bardzo mi przypomina piec grzewczy do wyrzażania metalowych części. Piec został w dużej części ogołocony z akcesoriów. Także kabli doprowadzających doń zasilanie. Rozpoznaj go jedynie z racji mego wykształcenia mechanicznego. Trochę podobne w konstrukcji piece mieliśmy na warsztatach w szkole.

Idę dalej. Kolejne pomieszczenie pozostaje, jak wiele zresztą innych całkowitą zagadką. Za tym pomieszczeniem ciągnie się długi mroczny korytarz. Na zewnątrz budynku do ściany przymocowana niczym szyld tabliczka informująca, że bez upoważnienia wstęp do warsztatu zabroniony. Zatem to jakiś warsztat. Niewiele to w sumie wyjaśnia. Jedyne, co bez problemu daje się rozpoznać to pomieszczenia biurowe. Pełno w nich zazwyczaj papierów, różnorakich dokumentów, porozwalanych skoroszytów, terminarzy. Te ostatnie pomagają ustalić czas ostatniej aktywności tego miejsca. Nie przekraczają daty 2003/4. Bez problemu identyfikuję również pomieszczenia sanitarne. Łazienki i ubikacje są w końcu dość charakterystyczne.

W jednym z pomieszczeń na ścianie widnieje sporych rozmiarów schemat destylacji wody. Nic więcej. Żadnych maszyn, urządzeń. Żadnej instalacji destylacyjnej. Wszystko dawno temu zniknęło. Zostało zdemontowane, wywiezione.

Reszty dokonują złomiarze. Obecnie teren jest łatwo dostępny. Niby jest ochrona, ale szczątkowa i nie ingeruje w żaden sposób. Więc złomiarze grasują na całego. Zauważyłem, że do niektórych niedostępnych poprzednio budynków obecnie można już bez kłopotów po prostu wejść. Zostały odpieczętowane.

Na zewnątrz nadal ciemnawo. Muszę nie tylko często posiłkować się lampą błyskową, ale i podkręcić czułość matrycy aż do ISO 800. Dopiero wówczas zyskuję w miarę krótkie i uniwersalne ustawienia sprawdzające się w ciemniejszych i jaśniejszych pomieszczeniach.

Na piętrze znajduję nieco łazienek, byś może jakieś szatnie i kilka pomieszczeń biurowych. Te ostatnie niezmiennie zdemolowane. Wszystko powywracane do góry nogami, porozrzucane po podłodze. Biurka niekiedy przewrócone, roztrzaskane, szafy obalone.

Piękne żeliwne filary

Wracam na zewnątrz. Kolejne pomieszczenie. Duża hala, kilka mniejszych jakby pokoików, jakieś pokaźne wnęki. Napisy zdają się sugerować, że ładowano tu te tak bardzo charakterystyczne elektryczne wózki kolejowe. Jeśli tak, to mieściło się ich tutaj naprawdę sporo. Kilka dziesiątków. Tyle, że nie ma tu obecnie żadnego. Jest pusto.

Kolejny budynek był jakąś stacją elektryczną. Na zewnątrz transformatornia, już pusta, wybebeszona, nawet drzwi nie ma. Dalej, z innej strony budynku, można zajrzeć do jego wnętrza przez dwoje drzwi. Oczom ukazują się dwa długie pomieszczenia. Wąskie, wysokie. Po lewej i prawej coś jakby szafy elektryczne. Co w nich było – tego już się nie dowiem.

Kolejna hala – drzwi uchylone. Otwieram, wchodzę. Całkiem spory magazyn. W dużej części pusty, ale nie do końca. Pewna jego część jest bowiem składowiskiem szafek, biurek, drukarek, kser i innych dziwnych biurowych rzeczy. A wszystko to poprzewracane, jakby ktoś rzucał to na kupę. Albo w tym intensywnie szperał szukając, co by tu na złom jeszcze sobie zabrać. Reszta hali czysta stosunkowo i nudna z powodu swej pustości. Wychodzę. Zaraz za budynkiem ukryty przed moim wzrokiem jak dotąd niewielki basen p-poż. Dostrzegam go dopiero, gdy docieram do narożnika wspomnianej przed chwilą hali. Basen pełen wody. Głęboki zapewne na kilka metrów. Swoją drogą ciekawe, co tam jest nawrzucane. Co takiego dałoby się zeń wyciągnąć na światło dzienne. Z dna. Nie bardzo widać. Woda niezbyt czysta, niebo pochmurne, brak słońca. Nie da się podejrzeć zawartości basenu w obecnych warunkach.

Idę dalej na wprost. Przede mną pusta przestrzeń. Po prawej w pewnej oddali ogrodzenie. Po prawej ciągnie się od dość dawna jakaś wielka hala. Docieram do jej końca. Nie widać żadnego sensownego wejścia. Zatem wchodzę przez wybite okno. Pusta duża hala. Trochę śmieci. Po paru metrach ściana kończy mi się z lewej i ukazuje mi się naprawdę długa ogromna hala. Robi potężne wrażenie. Ciągnie się na kilkaset metrów. Cokolwiek było w posadzce, zostało z niej wyrwane, przez co poruszanie się po tym budynku jest co nieco utrudnione. Pod nogami na przemian połacie wylewki i gruzy. Z lewej, za murem jeszcze jedna potężna taka sama hala. Charakterystyczne wsporniki podpowiadają mi, że górą kilka, albo raczej kilkanaście metrów nade mną jeździły tutaj potężne suwnice. Idę na drugi koniec budynku przyglądając się po drodze wszystkiemu i szukając jakichś detali wartych sfotografowania. Od czasu do czasu robię także panoramy otoczenia szerokokątnym obiektywem.

Sporo czasu mija, nim dotrę na drugi kraniec. Głównie z powodu podłoża, po którym idzie się niewygodnie i średnio bezpiecznie. Trzeba uważać, aby się nie potknąć, nie przewrócić, nie skręcić sobie nogi. W końcu doceniam do przeciwległej ściany. Co jakiś czas widzę w niej pojedyncze zwykłe drzwi. Albo raczej miejsce na drzwi, bo tych brak. Zniknęły dawno temu. Zaglądam do środka. Schody. Wspinam się. Jedno, drugie, trzecie piętro. Puste duże pomieszczenia. Niby nic ciekawego, ale łuszczące się płaty farby sprawiają, że jest w tym jakieś swoiste piękno. Trudno czytelne napisy na ścianach podpowiadają, że jestem w szatniach. W głębi łazienki, prysznice, ubikacje. Schody. Ciemno. Ostrożnie schodzę z trzeciego na drugie piętro. Tutaj podobnie jak poprzednio. Tyle, że oprócz umywalek, chyba jakaś świetlica jeszcze. Wewnątrz tablica szkolna na ścianie. Niecenzuralne napisy wykonane sprayem. Wracam na dół. Być może tak jak poprzednio, ale pewności nie mam. Wracam na halę.

Słyszę jakieś hałasy. Nie jestem sam. Akurat tam, gdzie chcę właśnie iść porobić fotki. Nic to, zobaczymy co i jak. Tak, jak przypuszczam, mam towarzystwo. Przyszli złomiarze. Witam się z jednym z nich. Zagaduję. Drugiego tylko słyszę, jak zrzuca coś z góry. Potem okazuje się, że ten iście małpio zwinny człowiek i wielce odważny wdrapał się pod sam strop na żelazne legary biegnące przez tę akurat halę od lewa do prawa. Wysokość: 3 piętra. Można zasadniczo powiedzieć, że on jest już na 4. W każdym razie ja bym tam na pewno się nie wspiął. Podziwiam zręczność i odwagę.

Pod sufitem podwieszone są całe baterie filtrów. Chyba filtrów. A w każdym z nich jest nieco miedzi. I po nie się właśnie wspiął. I teraz je strąca koledze. A ten wyciąga pracowicie kable. Trochę się kręcę tam w górze, gdzie wszedłem po prostu schodami. Zrobiwszy garść zdjęć schodzę, żegnam się. Na samym dole ciekawa jakby przybudówka w hali. Niska, jednopiętrowa, spora. Wewnątrz papiery, dwa przewrócone biurka, jakieś szafy. Bałagan jak nie wiem.

Dalej, za ścianą dwa duże pomieszczenia o nieokreślonym przeznaczeniu. Wychodzę s tej części budynku i przechodzę do innej, zdecydowanie starszej. O ile w poprzedniej przeważał beton i murowane ściany, o tyle w tej panuje las żeliwnych pięknych starych bardzo kolumn. Przecudnie to wygląda. Hala robi wrażenie. O ile dwie poprzednie były wysokie i długie, o tyle, ta jest jak tamte dwie, tyle że jako jedna, bez dzielącej je ściany. Wysoko przeszklony dach z charakterystycznymi piramidami. Dużo światła wpada dzięki temu do środka. Ale i łatwo zimą wybywa stąd wszelkie ciepło. Posadzka poryta w wielu miejscach. Cokolwiek tu było zatopione w niej, zostało wyrwane i zabrane. Pozostały gruzy.

W poprzedniej, nowszej części budynku królowały suwnice. Tutaj królują owe filary. Wciąż jeszcze noszą na sobie ślady dawnego malowania: ciemna zieleń wpadająca w turkus. Coraz więcej na nich jest też rdzy.

Dostrzegam schody. Wchodzę. Kilka pomieszczeń biurowych. Biurka, papiery. Skrzyneczki po przyrządach pomiarowych. Oczywiście tych ostatnich nie uświadczysz. Wilgoć. Cieknie z dachu. Wciąż coś gdzieś kapie. Pomieszczenie niżej jest duże, wielkości tych kilku pokoików piętro wyżej. Na końcu szafki, biurka, na ścianie pusta apteczka odznacza się nadal czerwonym krzyżem od szarości półmroku ścian.

Idę dalej. Kolejne pomieszczenie. Dużo mniejsze, ale nadal duże. Wysokie. I nieznane w swoim przeznaczeniu. Wracam do hali kolumnowej. Mogło się w niej pomieścić kilka dziesiątków wagonów kolejowych. Albo lokomotyw. Być może to właśnie im przeznaczony był ów budynek. Kilka tajemniczych ciekawych architektonicznie pomieszczeń. Do każdego prowadzą dwie pary ogromnych metalowych wrót. Każde ma wewnątrz interesujące pomieszczenie. Coś jakby sterownię. Na jednych z drzwi napis: hamownia silników. Hm… Cokolwiek to znaczy. Dokładnie naprzeciw, na drugim krańcu tej przeogromnej hali kilka pomieszczeń. Napisy wskazują, że to demontownia sprężarek. Albo raczej demontownie. Kilka.

Minęło wiele godzin, odkąd tu jestem. Czas opuścić to miejsce. Zasadniczo powoli winienem się już zbierać, ale mam ochotę jeszcze się pokręcić tu i ówdzie. Przyjrzę się ogólnie, by łatwiej się na coś konkretnie zdecydować przy następnych odwiedzinach.

Napotykam grupkę zwiedzających. Przez moment mignęli mi w hali kolumnowej. Podchodzę, zagaduję. Nie znają terenu. Są tu pierwszy raz. Dwóch dorosłych facetów na oko w moim wieku i trójka dzieciaków, w tym dwóch czarnoskórych. Interesująca grupa. Rozstajemy si po krótkiej rozmowie. Już mam iść sobie dalej, a oto z budynku wychodzi dwóch młodzieńców. Witam się, zagaduję i ich. Polecają właśnie opuszczony budynek. Narzędziownię. Pytam o to i owo. Wskazują jeszcze jedne ciekawy budynek, który na pewno odwiedzę. Chwilę z nimi pozostaję. Oglądamy nieźle zachowany kilkupiętrowy biurowiec. Wciąż zapieczętowany. Prawdopodobnie pod alarmem.

Są nim mocno zainteresowani. Zapieczętowane porzucone budynki są rzadkością i z pewnością bardzo ciekawe. Odłączam się od nich pozostawiając ich własnemu losowi. Nie zamierzam im pomagać. A i mogłoby być nieciekawie, gdyby nakryła nas ochrona labo- co gorsza – policja. Chłopaki bardzo chcą wejść i mają atut w ręku: niewielki łom. Raczej nie do ozdoby. Chcą się wyraźnie włamać. Cóż, przetrą szlak. Może będę miał kiedyś okazję wejść przez coś, co oni otworzą. Tyle, że nie chodzi w tym wszystkim przecież o to, aby się włamywać. Skoro budynek jest zamknięty i opieczętowany alarmem, to znaczy, że przynajmniej na nim komuś zależy i ktoś nadal się nim interesuje. Że jeszcze nie został całkiem porzucony. Znikam. To nie dla mnie. To mnie nie interesuje. Nie zamierzam w ten sposób łamać prawa.

Zresztą czas na mnie już. Wyprawa okazała się owocna. Minęło kilka godzin. Zrobiłem kilkaset zdjęć. Będzie w domu co przeglądać, obrabiać, segregować. Zwiedzony został kolejny kawałek tego wielce interesującego obszaru. Żeby obejść wszystko, takich ja ta dzisiejsza wyprawa, będę potrzebował dokonać tutaj jeszcze co najmniej kilku albo i kilkunastu wypadów. Pakuję sprzęt. Oddalam się w stronę tramwaju, którym wracam do domu na obiad.

Poznań, 2016.02.14
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , , , , , , , , , ,

2 komentarze “UrbexFoto 1”

  1. Olgierd Tura
    26 stycznia 2017 at 05:55

    Fascynujące! naprawdę fascynujące!

  2. krzyk58
    26 stycznia 2017 at 09:14

    Przerażające!Naprawdę przerażające!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Ogólna

Scroll Up