Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

23 października 2017

Zmierzchło się 07


Bateria kaput

Nocny wypad fotograficzny dobiegł końca. Padła ostatnia bateria. Jest późno i zimno. Jestem zmęczony. Zmęczenie potrafi czasem nieźle pokrzyżować plany i zepsuć niejedną fotografię. Przestaje się zważać na szczegóły, pomija drobiazgi, przestaje analizować fotografowaną scenę. Będąc zmęczonym łatwo przeoczyć rozkład cieni. Często nie mam wpływu na to, z której strony pada światło i jak rozkładają się cienie. Ale mam przynajmniej wpływ na to, czy na zdjęciach poza aparatem i statywem jest mój cień, czy też go tam nie ma. Niekiedy wystarczy się nieco przesunąć, by z kadry zniknęły wszystkie cienie. Często jednak jest tak, że aby ze zdjęcia wyeliminować cień aparatu i statywu, należałoby zastosować obiektyw długoogniskowy. Tymczasem ja używam bardzo szerokiego kąta. Najszerszego z możliwych. (Już nie! Niedawno pojawił się na rynku obiektyw obejmujący fotografowaną scenę w ponad 180° perspektywie. Ale to inny system, nie do Pentaxa tylko do systemu mikro 4/3. Obiektyw ma pole widzenia równe zależnie od wersji 220°, 250° i aż 280°. Szkło jest ciężkie i koszmarnie drogie. No i widzi za siebie. Ciężko się schować za aparatem, by nie być przy okazji w kadrze.)

To, czego nie da się wyeliminować, niekiedy daje się wyedytować potem w programie graficznym. Niekiedy jest to jedyne rozwiązanie. Rozwiązanie czasochłonne i wymagające precyzji. Można też pozostawić. Nie zawsze przecież przeszkadza. Szczególnie jeśli uda się ów cień ładnie w zdjęcie wkomponować. W dzień, gdy jest tylko jedno źródło światła, łatwiej jest nad tym zapanować i uniknąć tego problemu. Nocą jesteśmy oświetlani z wielu kierunków naraz i wytwarzamy wiele cieni. Zawsze któryś pcha nam się w kadr i nijak nie daje siego pozbyć bez naruszenia zaplanowanej kompozycji. Dłuższy obiektyw znacznie nam scenę zacieśni. Coś z niej stracimy. Możemy jednak zrobić cała serię zdjęć takim obiektywem, a następnie, już w domu, połączyć je w jedno większe. Taka panorama zyska na jakości. Oczywiście jest trudniejsza w wykonaniu i wymaga więcej zachodu, więcej uważności i więcej pracy. Efekty mogą być bardzo dobre, jeśli wszystko pójdzie nam doskonale. W panoramowaniu bardzo pomocne są specjalnie do tego celu konstruowane tzw. głowice panoramiczne. Panoramować możemy nie tylko w poziomie dokładając dookoła kolejne zdjęcia z punktu, w którym stoi statyw, ale i w pionie od dołu do góry lub z góry na dół. Możemy oba sposoby połączyć tworząc jeszcze szczegółowszy obraz. Panoramować można w końcu przesuwając stopniowo sam statyw z jednego punktu do drugiego. Zaletą tego rozwiązania jest to, że cały czas pozostajemy w jednakowej odległości od fotografowanego obiektu. Przy obracaniu aparatu na statywie zmienia nam się punkt i kat widzenia. Przy przesuwaniu po prosty przejeżdżamy wzdłuż fotografowanego np. budynku. Lub w jego górę jeśli przesuwamy się w pionie. To rozwiązanie nadaje jeszcze inną jakość zdjęciu, ale pociąga sobą inne trudności techniczne. Możliwości jest wiele.

To jeszcze nie koniec

Koniec zdjęć to bynajmniej nie koniec wyprawy. Najlepiej byłoby zaplanować wypad tak, aby jego koniec wypadł możliwie najbliżej domu. To jest niemal niemożliwe. Drugim rozwiązaniem jest skończyć go z chwilą ruszenia porannej komunikacji. Za mną cała noc wędrowania. Jestem zmęczony po kilku godzinach. Nie tyle samym wędrowaniem, co pora nocy. Normalnie dawno bym już spał. Nawet mimo tego, że normalnie chadzam dość późno spać. Przy nocnych zdjęciach jest dużo czekania, dużo stania. W miarę możliwości staram się, aby wszystko, co chcę w danej wyprawie fotografować, było skupione na możliwie niewielkim obszarze. Jednak czasem sam obiekt czy teren wymusza dłuższą wędrówkę. Np. nocna wyprawa nad jezioro Maltańskie.

Ta pierwsza opisywana przeze mnie wyprawa skończyła się niemal pod domem. Wystarczyło kilka minut marszu, bym wrócił do siebie. Wszystko skończyło się wraz z rozładowaniem ostatniej baterii. Demontuję sprzęt. Zakładam osłonę na obiektyw. Przy rybim oku to bardzo ważne, bo soczewka jest mocno narażona na wszelkie urazy mechaniczne. Nie da się jej ani ukryć w osłonie przeciwsłonecznej, która jest minimalna, ani nakręcić przed nią soczewki zabezpieczającej. Chowam aparat do plecaka. Tam sobie będzie bezpiecznie czekać do momentu, aż go wyjmę i zabiorę się do ładowania baterii i zgrywania zdjęć. Jest dość zimno w nocy. A w mieszkaniu stosunkowo ciepło. Nie mogę zaraz po powrocie się do tego zabrać. Musze odczekać dłuższy czas, by temperatura aparatu podniosła się na tyle, by nie skropliła się na nim para wodna. Inaczej może dojść do jakiejś awarii.

Kiedyś tuż przed powrotem wyjąłem z aparatu baterię i kartę i zapakowałem je osobno. W domu bateria poszła do ładowania, a  karta do czytnika. I omal nie straciłem karty. Z częścią zdjęć miałem problemy i dopiero po paru godzinach, za pomocą specjalnego programu do odzyskiwania danych, udało mi się szczęśliwie uratować zdjęcia z uszkodzonego nośnika. Miast szybciej, okazało się wolniej. Nie ma co się spieszyć. Lepiej poczekać.

Demontaż nieco mi zajmuje. Chowam wężyk spustowy. Zamykam złącze zaślepką wodoszczelną. Płytkę szybkomontażu od głowicy pozostawiam w aparacie. Wolę tak, niż zapomnieć jej przy następnym wypadzie. Wadą mojej głowicy jest to, ze ciężko do niej dopasować inną płytkę, a nie mam gdzie kupić drugiej takiej samej bez kupowania od razu całej głowicy. Ot uroki chińszczyzny. Niemiej to jej jedyna poważna wada, bo sprawuje się dobrze i kosztowała niewiele w zestawie ze statywem. Na profesjonalny poliwęglanowy statyw długo mnie jeszcze nie będzie stać. A tak mam przynajmniej statyw, który radzi sobie całkiem dobrze już drugi rok z zadaniami, jakie przed nim stawiam. O ile nie rozkładam go zbyt szeroko i nie montuję zbyt ciężkiego zestawu. Na szczęście to co mam, nie wazy więcej niż dopuszczalny udźwig statywu i głowicy. Ale i tak jestem już dość blisko owej granicy.

Składam statyw. Głowica pozostaje wkręcona na stałe. Przypinam do plecaka. Szybkim krokiem wracam do domu. Tu pozostawiam cały sprzęt w plecaku, jedynie statyw wraca na półkę. Idę spać.

Czas przejrzeć zdjęcia

Wstaje dzień. Musze i ja. Odeśpię to jakoś kiedyś. Dziś będę pewnie mniej przytomny z powodu zarwanej nocki. Ale było warto. W wolnych chwilach siadam do komputera i zaczyna się praca nad zdjęciami. Zaczynam od zgrania ich na komputer. Przy okazji opatruję je podstawowym zestawem słów kluczowych. Ułatwi to potem wyszukiwanie konkretnych zdjęć w moich zbiorach. Po zgraniu przeglądam, czy nie ma jakichś nieudanych, które ewidentnie klasyfikują się do usunięcia. Wężyk spustowy, jaki kupiłem, ma jedną wadę – bardzo miękki spust. Zbyt miękki jak dla mnie i zdarza mi się czasem niechcący go nacisnąć, co powoduje naświetlenie dodatkowych niezaplanowanych klatek. W końcu znalazłem taki sposób montażu wężyka, by problem ten zminimalizować i nie wciskać go przypadkowo podczas przenoszenia statywu z aparatem z miejsca na miejsce.

Kolejny etap to obróbka zdjęć. Podstawowy problem to dopasowanie balansu bieli. Ponieważ zdjęcia nocne maja zazwyczaj zawarte w sobie oświetlenie z różnych źródeł, różne są też tzw. temperatury barwowe owych źródeł. A to pociąga za sobą całe spektrum przebarwień. Czasem daje to bardzo interesujące efekty barwne. Aparat nie zawsze sobie radzi ze światłem zastanym w nocy. Ponieważ i tak muszę potem wprowadzać ręcznie korekty, poprzestałem dla zdjęć nocnych na tzw. automatycznym balansie bieli. Zdęcia zapisuję w formacie RAW, więc z późniejszą zmianą wielu elementów naświetlania nie ma problemów, a wachlarz możliwych do wprowadzenia zmian jest dość spory. Ostatni etap to wyostrzanie i odszumianie zdjęć. A raczej najpierw odszumianie, a potem wyostrzanie. Kolejność jest ważna. Nie zawsze bowiem zdjęcie najpierw wyostrzone a potem odszumione wygląda tak dobrze jak najpierw odszumianie, a potem wyostrzone. W końcu wybieram pierwsze zdjęcia do wrzucenia na bloga. Gdzieś tam w przyszłości powstaje opis wyprawy, czyli teraz, wiele dni po niej samej. Wcześniej nie było czasu. A wypraw było już kilka i każda kolejna czeka na swe opisanie, co zamierzam uczynić w dalszych odcinkach.

Zapraszam: http://foto-po-zmierzchu.blogspot.com/

Poznań, 2016.11.08
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Ogólna

Scroll Up